Sekrety Bożonarodzeniowego przedstawienia
Święta, Święta i po Świętach, jak głosi porzekadło… Ale przynajmniej mogę wam opisać odkryte 20 grudnia sekrety Bożonarodzeniowego przedstawienia. Jak zwykle rok IV wytężał wszystkie swoje siły i moce przerobowe, aby przygotować godne wydarzenie.
A cóż tym razem przygotowali nasi współbracia? Otóż w tym roku podeszli do sprawy nieco inaczej niż my rok temu. Postawili na większą prostotę, harmonię i jednowątkowość – skorzystali ze scenariusza sztuki o Poznańskiej Piątce – pięciu młodych męczennikach: Czesławie Jóźwiaku, Edwardzie Kaźmierskim, Franciszku Kęsym, Edwardzie Kliniku i Jarogniewie Wojciechowskim. Byli oni wychowankami salezjańskiego oratorium św. Jana Bosko w Poznaniu. Gdy wybuchła wojna nie mieli nawet 20 lat. Działali w konspiracji. Niestety – zostali wykryci, aresztowani, oskarżeni o zdradę III Rzeszy i zgilotynowani.
O godzinie 17 zgromadziliśmy się w auli na poddaszu ASD. Zazwyczaj korytarz prowadzący do niej tego jednego wieczoru stawał się jakby „przedtaktem”, wprowadzeniem w tematykę lub nastrój sztuki. Tym razem pod sufitem, na charakterystycznych, oddalonych od siebie o około 1,5 m przęsłach, chłopacy rozwiesili długą na kilkanaście metrów biało-czerwoną flagę i gdzieniegdzie porozkładali militarystyczne dodatki typu hełmy i atrapy granatów. Z oddali słychać było dźwięki poloneza. Po wejściu do auli pierwszym, na co zwracało się uwagę, było pianino, postawione pod kurtyną po przeciwległej stronie i grający na nim Jakub; dziwna, wąska, wysoka na dwa metry konstrukcja, ukryta pod czerwonym płótnem, a po wejściu w głąb auli – niewielka scena, zajmująca jedną z krótszych ścian pomieszczenia, (usytuowana tuż po lewej stronie przekraczanego przed chwilą wejścia, vis-a-vis kurtyny) i rozwieszona przy niej pionowo flaga III Rzeszy pokaźnych rozmiarów; na środku dwa krzesła, a między nimi biurko – na nim lampa i fotografia Hitlera. Wszystko to bez barokowego przepychu, dość surowo, ale z gracją i zarazem niemal technicznym pomyślunkiem.
Gdy wszyscy goście, wraz z czcigodnymi spóźnialskimi, zajęli swoje miejsca, wygaszono światła: rozbrzmiał zarysowujący historyczny kontekst wstęp, do nagrania którego głosu użyczył ks. wicerektor Waldemar Graczyk. Pierwsze sceny sztuki prezentowały Piątkę w wybranych scenach z ich codziennego życia – odgrywający ich Franciszek, Jakub, Rafał, Jakub i Radosław rozmawiali wesoło o przygotowywanym nabożeństwie, upatrzonej przez Jarogniewa dziewczynie, ćwiczyli śpiew z granym przez Łukasza ojcem salezjaninem, opiekunem oratoryjnej młodzieży… Sielankowy obraz zaburzyło wycie syren i komunikat radiowy: „A więc wojna”…
W kolejnych scenach usłyszeliśmy o zdobyciu Poznania przez Niemców, byliśmy świadkami wstąpienia Piątki do antynazistowskiego podziemia i ich przysięgi wierności wobec granego przez Nikodema oficera WOZZ, podejmowanych przez nich działań patriotycznych – wieszania plakatów, rozdawania ulotek oraz aresztowania przez gestapowca (w którego wcielił się Tomasz) pierwszego z Piątki – Edwarda, jego brutalnego przesłuchania, przeprowadzonego przez oficera gestapo (granego przez Michała), podczas którego dowiedzieliśmy się, że także pozostali towarzysze Edwarda zostali aresztowani. Widzieliśmy cierpiącą w ciężkim niemieckim więzieniu Piątkę, która pomimo okrutnych warunków wciąż zachowywała otuchę i Boży pokój. Ich towarzyszem niedoli był grany przez Kamila współwięzień – początkowo niechętny, wkrótce otworzył się i przekonany autentyczną wiarą przyszłych błogosławionych świętował z nimi Boże Narodzenie. Ostatnia scena przedstawiała wydanie wyroku i egzekucję Piątki. Chłopacy odczytali fragmenty ich oryginalnych listów i symbolicznie zawiesili więzienne pasiaki na przygotowanej specjalnie atrapie gilotyny: czerwony reflektor rozświetlał aulę krwawym blaskiem, a w tle rozbrzmiewało Adagio g-moll Tomaso Albinoniego, co w połączeniu z odczytywanymi z przejęciem ostatnimi słowami Piątki dało niesamowicie wzruszający efekt.
Po zakończonej sztuce, słowie abp. Gądeckiego i podzieleniu się opłatkiem, zeszliśmy do refektarza i tam cieszyliśmy się wspólną wieczerzą i kolędowaniem wraz ze sformowanym specjalnie na tę okazję zespołem. Po wybrzmieniu ostatniej kolędy rozeszliśmy się na tradycyjne „wigilie kursowe”, a nasi koledzy z roku IV chodzili po całym seminarium, śpiewając kolędy. Tego wieczoru prawdziwie się „ukrasiliśmy”, że tak sobie pozwolę na nawiązanie do jednej z kleryckich neosemantyzacji. ■
Kl. Krzysztof Bogusławski
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!