TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 28 Maja 2020, 21:33
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Poeta serca

Poeta serca

Adam Mickiewicz nie tylko porównał go do Goethego, ale uważał jego poezję za jeden z podstawowych znaków kultury domowej czasu swojego dzieciństwa. Jan Lechoń pisał, że jego twórczość jest jednym z tonów najczystszych, najbardziej polskich naszej poezji, tonów, które zdołał uczynić własnymi, wyrazić jak nikt inny przed nim i po nim, jest ona wyrazem wiary ufnej, pełnej serca, nie rozumującej i mistycznej, wiary ciepłej, rodzinnej, która w dniach uroczystych jednoczyła cały naród jak rodzinę w uczuciu wzajemnego przebaczenia, miłości i ufności. O kogo chodzi? O Franciszka Karpińskiego. 

„My przecież myślimy o Karpińskim, modlimy się jego słowami, często o tym nie wiedząc” - powiedział przed laty ks. Jan Sochoń, odbierając nagrodę literacką imienia Franciszka Karpińskiego, którą od 1995 r. przyznaje Civitas Christiana. To rzeczywiście niesamowite, ile pokoleń polskich katolików modliło się słowami naszego wielkiego sentymentalisty, nie mając o tym zielonego pojęcia. 

 

„Szukam Go koło siebie”

Powiem więcej. Założyłbym się o całkiem spore pieniądze, że wielu spośród czytających te słowa w dalszym ciągu nie wie, o kogo chodzi. Autor Pieśni porannej, czy Wam to coś mówi? W dalszym ciągu nic? OK, a co powiecie na Kiedy ranne wstają zorze? Ach, to Franciszek Karpiński napisał tę pieśń... Tak, tak! I nie tylko tę, bo i Wszystkie nasze dzienne sprawy czyli Pieśń wieczorną, a także kolędy Bóg się rodzi, moc truchleje Bracia patrzcie jeno czy wreszcie eucharystyczną pieśń Zróbcie Mu miejsce. Inny z laureatów wspomnianej nagrody literackiej dla odznaczających się czułością serca, ksiądz Jan Twardowski, powiedział: „Wiele pieśni Karpińskiego jest mi bardzo bliskich, a słowa o Bogu Szukam Go koło siebie zawsze mnie poruszały. Bezpośredniość przekazania przeżycia religijnego, odwaga mówienia wprost o Bogu sprawiają, że nie sposób zapomnieć tych pieśni, nawet jeśli tylko raz byśmy je usłyszeli”. To prawda, że nie zapominamy tych pieśni, ale być może już tak bardzo się do nich przyzwyczailiśmy, że nie zwracamy uwagi na ich piękno. Może warto skorzystać z okazji, że 2 października będziemy obchodzić 270. rocznicę urodzin Franciszka Karpińskiego i zagłębić się w treść tych perełek liryki religijnej. I, co do tego mam absolutną pewność, zachwycić się.

 

„Niech prawdą idzie na świecie”

Franciszek Karpiński urodził się w Hołoskowie koło Otynii jako syn Rozalii i Andrzeja, ubogiego szlachcica i zarządcy. Zanim jeszcze zdobył staranne wykształcenie w szkołach, wiele się nauczył od swojego ojca, „srogiego, ale razem najcnotliwszego”, jak o nim mówił. W swojej autobiografii Historia mojego wieku i ludzi, z którymi żyłem, wspomina pewien epizod związany z kradzieżą nożyka parobkowi wynajętemu do młócenia zboża. Kiedy sprawa wyszła na jaw, ojciec najpierw nakazał mu do nóg wieśniaka paść i o przebaczenie prosić, po czym i wieśniak i sam ojciec wymierzyli mu odpowiednią karę rózgą. I jeszcze ojciec nakazał mu tę ojcowską karzącą dłoń ucałować. Tak komentował to Franciszek u schyłku swego życia: „O święta ręko ojca mojego (chociaż go już nie masz od tak dawnego czasu), jeszcze ja cię i teraz w myśli mojej całuję!... Tym to ja surowym ukaraniem wziąłem wstręt największy w dalszym życiu moim, co jest cudzego nie tykać. Karałeś, ojcze, i każdy upór i każde łgarstwo surowo; a że pierwsze z dziecięciem obchodzenia się największe w nim czynią wrażenia, o jakże często – wyszedłszy na świat – przypominały mi się nakazy twoje!”

Nie była to oczywiście jedyna „nauka” tego typu, jaką otrzymał Franciszek od swojego ojca. Oto, co zdarzyło się raz  w kościele: „Ojciec mój, niespodziewanie dla mnie przybywszy na nabożeństwo, widział z ławek nieprzyzwoitą w kościele swawolę moją i zaszedłszy z tyłu za mną, ciężki mi wyciął policzek, mówiąc głośno: »Złego i w kościele biją«, a potem, do swojej ławki poszedłszy, spokojnie kazania słuchał. Prawda ze strony ojca, a wstyd z mojej strony przypominały mi na potem skromność w kościołach”.

Przed śmiercią Andrzej Karpiński powiedział do swojej małżonki: „Powiedz Franciszkowi, niech prawdą idzie na świecie”. Te słowa przypomną się poecie kilka lat później, gdy pracując w sądzie, przyjmie pieniądze za takie napisanie pozwu, które doprowadzi do skazania niewinnego. Tuż przed rozprawą odda te pieniądze pozywającemu nakłaniając go do pogodzenia się ze swoim przeciwnikiem. I tak się też stało, ale wkrótce potem Franciszek porzuci swą pracę w trybunale, bojąc się „śliskiej drogi”, a nauki i wspomnienie ojca będą zawsze obecne w jego życiu. 

 

Niedoszły kapłan

Porządne wychowanie w rodzinie szło w parze z dobrymi szkołami, które ukończył Franciszek. Gimnazjum w Stanisławowie prowadzone przez jezuitów miało znakomite tradycje i tam właśnie Karpiński odbył dwuletnie kursy retoryki i filozofii. Tam też po raz pierwszy zakochuje się i choć wraz z bratem w domu nieraz ćwiczyli się w mówieniu kazań, nie pójdzie drogą kapłaństwa. „W przeciągu drugiego kursu filozofii mojej ciebie ja to, miłości, najpierwszy raz poznałem! Na próżno jezuici słodkimi namowami przynęcali mnie, ażebym do ich zakonu wstąpił – mocniejsza natura nad wymowne przekonywania swoją pójść drogą wołała” - pisał w swojej autobiografii.

Po ukończeniu gimnazjum studiował na uniwersytecie we Lwowie, uzyskując tytuł doktora filozofii i nauk wyzwolonych oraz bakałarza teologii. Tu znowu, następuje próba przekonania go do stanu kapłańskiego, tym razem ze strony obecnego na egzaminie arcybiskupa lwowskiego Sierakowskiego, również ta daremna. Co ciekawe, Franciszek Karpiński będzie miał trzy wielkie miłości swojego życia (każdą z nich będzie nazywał Justyną), ale nigdy się nie ożeni.

 

„Niedworność”

Po uzupełnieniu swojej wiedzy w Wiedniu, gdzie uczył się zwłaszcza języków, wrócił do kraju i dzierżawił majątki ziemskie w okolicach Lwowa pracując również jako nauczyciel na dworach magnackich. W 1780 r. przybył do Warszawy na zaproszenie Adama Kazimierza Czartoryskiego, by pełnić u niego obowiązki sekretarza, a potem bibliotekarza. W tym samym roku wydał we Lwowie tomik wierszy Zabawki wierszem, który dedykował właśnie Czartoryskiemu. Brał udział w obiadach czwartkowych, ale rozczarował się do życia dworskiego, bo nie dość, że nie otrzymał profitów, których się spodziewał, to jeszcze męczyły go intrygi i nie potrafił prawić komplementów. „Nauka jeszcze od ojca mi zostawiona – pisał później – ażebym tak mówił, jak myślę, a potem bawienie się moje zawsze między równymi, między którymi przywykłem mówić, co myślę – były przyczyną mojej niedworności, która mi i u Czartoryskiego będąc, często szkodziła”. Był to jednak najbardziej płodny okres w jego twórczości.

 

„Pieśni nabożne”

Nad Pieśniami nabożnymi, które interesują nas najbardziej, poeta zaczął pracować już w 1787 r., ale opublikował je dopiero pięć lat później. 29 utworów napisanych dla ludu, miało wyrugować niezbyt przyzwoite adaptacje erotyków, pieśni bachicznych i ludowych pastorałek do tematyki religijnej. W poezji religijnej Karpiński wyczuwał właściwe narzędzie do nauczania ludu, uwrażliwiania na estetykę i budzenia świadomości patriotycznej. Można powiedzieć, że wniósł rodzimy pierwiastek do obrządku tkwiącego korzeniami w zasadach ustalonych w średniowieczu. Świadomie ustalił charakter i przeznaczenie poszczególnych pieśni. Po upływie niemal 250 lat nic nie straciły one ze swej głębi.

Tylko płacz

Po rozbiorach Polski zgorzkniały poeta napisze: „Ale my to sami, myśmy największą byli przyczyną upadku ojczyzny naszej!” Utworem stanowiącym poetycki testament są Żale Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta. Ostatnia zwrotka tego wiersza wyraża gorzką świadomość nieodwracalności sytuacji i rezygnację poety z dalszej twórczości. 

Zygmuncie, przy twoim grobie,

Gdy nam już wiatr nie powieje,

Składam niezdatną w tej dobie

Szablę, wesołość, nadzieję

I tę lutnię biedną!...

Oto mój sprzęt cały!

Łzy mi tylko jedne

Zostały!...

 

Ostatnie słowa swojej autobiografii pisanej w 1822 r., na trzy lata przed śmiercią, Franciszek Karpiński  kieruje, a jakże, do swego ojca: „Ale obaczę ja i ciebie wkrótce, cnotliwy i kiedyś tak groźny dla mnie ojcze mój. Nie wszystko ja to, nie wszystko wypełniałem, w czym ty mię w młodości mojej napominałeś. Ale przynajmniej, od owego nożyka w dzieciństwie od parobka skrycie wziętego, nikomu (jak sobie przypominam) krzywdy nie zrobiłem. Szedłem, ile możności, prawdą na świecie, jakeś mię konając napominał, i chociaż ta droga wiodła mię czasem do umartwienia, ale też ta sama wyznana prawda (jakeś mi to przepowiadał) słodziła potem smutki moje. Ty zapewne u Boga naszego dobrze tam jesteś położony; powiedz za dziecięciem twoim, że był ułomnym, ale przynajmniej starał się, ażeby zbrodniarzem nie był”.

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!