TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Września 2019, 19:31
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Zostawić po sobie ślad

Zostawić po sobie ślad

Zainspirowany w Roku Jubileuszowym (2000) słowami Jana Pawła II, by „zostawić po sobie jakiś ślad”, oddał się pracy pisarskiej. Miał już wtedy 81 lat! To pisarstwo stało się jego prawdziwą pasją. Bazując na spostrzegawczości, pracowitości, talencie i niezwykle dobrej pamięci, napisał przez te 20 lat swojej starości (pisze bowiem do dziś), mnóstwo pamiętników, autobiografii, artykułów, książek w większości historycznych. Pan Czesław 15 sierpnia kończy 100 lat życia. 

W ostatnim czasie do naszej redakcji przyszedł mail o takiej treści: „Chciałam zaprezentować Wam człowieka, mojego ojca, który jest niezwykle ciekawą osobą. Uważam, że warto napisać o nim artykuł w prasie katolickiej (jaką jest wasze czasopismo „Opiekun”), a jeszcze lepiej - przeprowadzić z nim wywiad”. Odpowiadając na ową prośbę, udałam się do Byczyny, gdzie pan Czesław czasowo przebywał u jednej ze swoich córek, by się z nim spotkać. Na stałe Czesław Grzana mieszka w Parcicach razem z synem Jackiem i jego rodziną. Pan Czesław 15 sierpnia obchodzić będzie swoje 100 urodziny. Jego najbliższa rodzina o nim samym mówi, że jest autorytetem, nie tylko dla nich, ale dla wielu, którzy go znają i poważają. Jest gorącym patriotą. Często i systematycznie wspomaga materialnie biedne dzieci, siostry na Syberii, dzieła misyjne i różne akcje charytatywne. W swoim czasie, gdy miał jeszcze siły, pocieszał chorych i samotnych odwiedzając ich w domu. Długa jest lista jego zalet. Tak więc nie pozostaje nam nic innego jak przedstawić bliżej tę zacną postać. 

15 sierpnia w Kościele katolickim obchodzone jest święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, inaczej nazywane także świętem Matki Boskiej Zielnej. Dzień ten w życiu pana Czesława nie jest tylko świętem kościelnym, ale i jego, a dlaczego o tym zaraz sam opowie.
Czesław Grzana: Jak Bóg da, to właśnie 15 sierpnia skończę 100 lat życia. Urodziłem się w  Niemczech, albowiem były to czasy kiedy skończyła się I wojna światowa. Ojciec zabrany do wojska na wojnę, dostał się do niewoli. Zaraz na początku i przebywał w niewoli austriackiej cztery lata, do listopada 1918 roku. W tym czasie moja matka, z moim starszym bratem mieszkała u swoich rodziców. Po zakończeniu wojny ojciec wrócił do matki do Parcic. Jednak tam nie było pracy i jedyna możliwość, jaka wtedy się pojawiła, to wyjazd do pracy do Niemiec. I tam po niespełna roku, 15 sierpnia 1918 roku przyszedłem na świat. 17 sierpnia zostałem ochrzczony w niemieckim kościele rzymskokatolickim w miasteczku Loburg. Od tego właśnie momentu zaczęło się moje życie.

Pańskie życie zaczęło się, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Jak żyło się w Niemczech i Polsce w czasie międzywojennym? 
Moi rodzice Walenty i Jadwiga Grzana mieszkali i pracowali w Kalitz. Potem mój ojciec znalazł prace w sąsiednim majątku we wsi Goebel i tam z początkiem 1920 roku przeprowadziliśmy się. I właśnie w miejscowości Goebel spędziłem swoje pierwsze lata dzieciństwa. Z dzieciństwa zapamiętałem takie momenty jak to, że poza opieką nad bratem pomagałem rodzicom, głównie mojej matce, w różnych zajęciach. Rodzice hodowali świnie w niewielkiej obórce. Z bratem pomagaliśmy przy utrzymaniu porządku w niej, a także staraliśmy się o pożywienie dla nich. I tak do roku 1930 mieszkaliśmy i pracowaliśmy w Niemczech. Kiedy władzę w Niemczech objął Hitler, nakazał wszystkim Polakom opuścić terytorium tego kraju. Tak więc po 12 latach życia w Niemczech cała nasza rodzina wróciła do Polski. Ojciec kilka lat wcześniej nabył dwa gospodarstwa w Polsce i tym samym mieliśmy do czego wrócić. Tak zaczęliśmy życie w Parcicach, w całkiem nowych i zarazem innych warunkach. W latach 1931 do 1939 uczyłem się w szkole w Parcicach i pracowałem jednocześnie, w średniej wielkości gospodarstwie rolnym rodziców. W naszym kraju wówczas panowała powszechna bieda. Opowiadać można by było godzinami. Powiem tylko, że lata mojego dzieciństwa i wczesnej młodości opisałem w  autobiograficznych książkach, jeszcze nie opublikowanych: „Moje lata dziecięce w Niemczech 1919-1930”, „Życiorys z lat dziecięco-młodzieżowych 1930-1939” i „Życiorys z lat młodości 1939-1953”, a jeśli chodzi o nasz kraj, to po 123 latach zaborów, w tym latach I wojny światowej, był kompletnie wyniszczony. Trzeba było budować wszystko od nowa. I kiedy był już na drodze normalnego rozwoju i odbudowy wybuchła II wojna światowa. Pierwszym napadniętym przez Niemcy Hitlerowskie krajem była właśnie Polska. I wszystko się zawaliło. 

Już za kilkanaście dni będziemy obchodzić 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Jak pamięta Pan tamten dzień, 1 września?
Pamiętam bardzo dokładnie. Miałem wówczas 20 lat i przed sobą najlepsze lata. Jednak musiałem przeżyć je w ciężkich, trudnych i zbrodniczych czasach wojennych. O tym, że wojna wybuchnie wiedział cały świat już parę miesięcy wcześniej. Nie wiedziano tylko kiedy i jaki będzie ona miał przebieg. Okazała się ona o całe niebo okrutniejsza od pierwszej. Chociażby ze względu na udział lotnictwa bombowego. Zrzucanie bomb było groźne dla wojska, żołnierzy i ludności cywilnej. Siało śmierć i zniszczenie. Tego w czasie I wojny nie było. Jak wiemy 1 września Hitler wydał rozkaz zbrojnego uderzenia na Polskę. Około godziny 4.40 rano pierwsze bomby lotnicze tej wojny spadły na bezbronne miasto Wieluń. Wybuchy te były tak silne, że było je słychać u nas w Parcicach.  Wówczas to w Parcicach już od kilku dni stacjonowało wojsko polskie z Obrony Narodowej. Nie posiadali jednak w dostatecznej ilości własnych środków transportu. Dlatego Polski Dowódca Wojsk zażądał od sołtysa wsi kilka furmanek. Również i mojemu ojcu nakazano podstawić furmankę zaprzęgniętą w konie. A na woźnicę ojciec wyznaczył mnie. 

Tak tego dnia losy wszystkich ludzi w Polsce, ale jak się potem okazało i w świecie, były niepewne. Bardzo szczegółowo opisał Pan każdy dzień września 1939 roku, przedstawiając nie tylko osobiste przeżycia, ale i życie i los Polaków w okresie okupacji hitlerowskiej. Proszę choć w kilku zdaniach opowiedzieć o tych pierwszych dniach września.
Tak jak mówiłem, ojciec wyznaczył mnie na woźnicę. Z Parcic wyjechało wówczas wielu z nas. Dokąd będziemy jechać? Kiedy wrócimy? Czy w ogóle wrócimy? Tego nikt wówczas  nie wiedział. Matka dała mi na drogę kawałek chleba, a ojciec dwa złote. I tak opuściłem dom rodzinny. Szybko zjadłem co dała mi matka i potem byłem bardzo głodny, czekałem z niecierpliwością na obiad następnego dnia, który miał być o godzinie 12. Jednak o godz. 11.30 dotarła wiadomość, że Niemcy są w Lututowie. Ogłoszono alarm i tabory wojskowe musiały wycofać się w kierunku Złoczewa. Tak przepadł wyczekiwany obiad.  Byłem strasznie głodny, a wojsko w ogóle nie przejmowało się cywilami. I tak przyszedł mi do głowy pomysł, by pojechać do mieszkającej we wsi Męka, między Sieradzem a Zduńską Wolą wujenki po jakieś jedzenie. Żołnierz, którego wiozłem swoją furmanką postarał mi się o rower i tak ruszyłem na poszukiwanie jedzenia. Nie udało się, po drodze złapała mnie żandarmeria wojskowa. Zostałem aresztowany i zamknięty w celi w areszcie Powiatowej Komendy Policji wraz z innymi aresztowanymi. Rankiem kazano nam wyjść na dziedziniec i oznajmiono, że jesteśmy wolni. Owszem byłem wolny, wśród obcych daleko od domu, bez jedzenia. Dołączyłem do grupy uciekinierów decydując się na dalszą ucieczkę przed Niemcami, bodaj do samej Warszawy. W dalszym ciągu głodny, żywiąc się po drodze tym, co rosło na polu, na drzewach. 5 września ruszyłem w samotną drogę w kierunku Łowicza i dalej na Warszawę. Wokoło słyszałem świst kul karabinowych. Przelatywały obok mnie z jednej i z drugiej strony. Przez cztery dni przeszedłem 100 km. Ósmego dnia w Łowiczu „załapałem się” na pociąg, ale długo nim nie jechałem. Musieliśmy opuścić wagony, gdyż stał się on celem nalotu i ostrzału. Tak więc znów trzeba było iść pieszo. Dwunastego dnia dotarłem do Warszawy. Tam udało mi się kupić za pieniądze od ojca chleb, który podzielił na porcje na późniejszy czas. Znalazłem ogłoszenie, że potrzebują chętnych do pracy pomocniczej dla wojska z obrony Warszawy. Zostałem skierowany do załadunku i wyładunku mąki. Przez kolejne 11 dni  do 26 września kierowano nas do kopania rowów strzeleckich na ulicach Warszawy. Poza tym byliśmy zatrudnieni przy wyładunku amunicji i pocisków, a także przy ewakuacji mieszkańców. 26 września Warszawa została zbombardowana. 29 września wyruszyłem w drogę do domu, Parcic. Po długiej, wyczerpującej drodze dotarłem do Wieruszowa, który był wypalony i w połowie zniszczony. W poniedziałek, 2 października wróciłem do domu. Tak zakończyła się moja 32-dniowa tułaczka po napaści Niemiec hitlerowskich na nasz kraj. 

To tylko pierwszy miesiąc z sześciu lat wojennej historii i zapewne jest jeszcze wiele ciekawych faktów, wydarzeń, które mógłby Pan tutaj nam przybliżyć, jednak miejsce w gazecie jest ograniczone. Odsyłamy więc wszystkich zainteresowanych do pańskich publikacji, których jest, jak widzę spora ilość. Świadczy to o tym, że ma Pan ogromna wiedzę i zamiłowanie do historii. Kiedy postanowił Pan zebrać to wszystko i przelać na papier? 
Pojawiło się to dość późno, bo dopiero w marcu 2000 roku, kiedy miałem już 81 lat. Zainspirowały mnie słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, który właśnie 2000 Jubileuszowym Roku mówił o tym, by „zostawić po sobie jakiś ślad”. Zacząłem od własnej biografii i był to pierwszy zapisany brulion. Po napisaniu sześciu książek o moim życiu, napisałem jeszcze „Historię XX wieku”
i „Historię Polski od 1919 roku”. Potem powstawały kolejne: „Kronika budowy kościoła w Parcicach”, „Nasza szkoła”, „Wspomnienie dziejów majątku dworskiego w Parcicach od XV do XXI wieku”. „Jak powstał bank w Czastarach” oraz książki opisujące dokładnie wsie: „Parcice”, „Mała Kolonia” i „Brzeziny”. Wszystkie są dokładnie opracowane, opatrzone fotografiami. Posiadają bibliografię. 

Dzieci mówią o Panu: „nasz sędziwy tata”, „wszyscy jesteśmy dumni z naszego ojca i dziadka, jest dla nas wzorem”. 
Tak, jestem ojcem sześciorga dzieci, w tym niepełnosprawnej córki, która już nie żyje, a którą wraz z żoną zajmowaliśmy się przez 55 lat. Żona, Wanda również już nie żyje. Po jej śmierci napisałem na jej cześć książkę o 58-letnim pożyciu małżeńskim i historii całej naszej rodziny. W 2008 roku wznowiłem pisanie pamiętnika, w którym opisuję każdy dzień swojego długiego życia. Na koniec roku robię podsumowanie, kto mnie odwiedzał, gdzie wyjeżdżałem, z kim się spotkałem. W formie nieopublikowanej, w rękopisach mam całe stosy dzienników, różnych zapisków, pamiętników, itp. 

Czego można Panu życzyć w tak pięknym dniu 100 urodzin?
Na zakończenie naszej rozmowy powiem, że najważniejsze w życiu jest zbawienie. I tego sobie i innym życzę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Arleta Wencwel

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!