TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 05 Grudnia 2020, 00:20
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Zmarli, święci i Himalaje

Zmarli, święci i Himalaje

Fizyka i metafizyka. Natura i mistyka. Tu i tam. Życie i śmierć. Kiedy w tych dniach odwiedzamy miejsca, w których zostały złożone doczesne szczątki naszych kochanych, i tych mniej kochanych, ten dualizm staje się udziałemkażdego z nas. I nie sposób nie spróbować zmierzyć się z tym wszystkim, co jest rozciągnięte między tym co doskonale znamy, ponieważ mamy doświadczenie życia, a tym czego nie znamy, a co jest już udziałem naszych bliskich, którzy odeszli.

Pamiętacie jeszcze te słowa z książki „Popiół i diament“? Ten napis na grobie: „Byłem kim jesteś, jestem kim będziesz. Módlmy się za siebie nawzajem“? Krążąc po cmentarnych alejach zdajemy sobie sprawę, że czasami nie mamy nawet pewności co do tego, kim jesteśmy tu i teraz, co tu dopiero mówić o tym, kim są nasi zmarli? Kim są teraz i gdzie są teraz choćby moi nieżyjący rodzice? A mój brat? Zmarłymi, duchami, świętymi? Tymi przemyśleniami pragnę się z Tobą, drogi Czytelniku, podzielić.

Jakby nigdy nic brodzę już w smudze cienia
I patrzę jak zachodzi słonko ojca i matki
Jakby nigdy nic przyjaciół paru na cmentarzach
Jakby nigdy nic rosną na nich kwiatki

Kilkadziesiąt lat temu, kiedy ta piosenka pojawiła się na kolejnej płycie ulubionego zespołu, jej słowa wydawały się smutnym, a nawet stanowczo za smutnym, opisem pewnej sytuacji egzystencjalnej, która mnie, młodego człowieka i moich rówieśników nie dotyczyła. Bo życie tryskało w nas, rodzina kochała, przyjaciele po prostu byli i świat stał przed nami otworem. Ba! Nawet siermiężna komuna się posypała i zaczynało być kolorowo i obiecująco…
Spacerując między grobami w pierwszych dniach listopada, zważywszy że etap oblepiania sobie całych dłoni woskiem ze zniczy mieliśmy już szczęśliwie za sobą (mimo, że wówczas zniczy dało się jeszcze „używać” w ten sposób), naszym głównym tematem było rozważanie jakie olbrzymie tłumy stawiłyby się na naszym własnym pogrzebie, gdybyśmy tragicznie zginęli razem następnego dnia. Całe mnóstwo ludzi, no bo moja szkoła, twoja szkoła, harcerze, ministranci i wszelkie inne kręgi, z którymi dzieliliśmy nasze młode życie. Te wyliczanki czyniły też całkiem makabryczne wrażenie na naszych koleżankach i to też był efekt mile widziany.
Wystarczyło jednak zaledwie kilka lat, by słowa Józefa Barana zaczęły nabierać aktualności. Któryś z kolegów odszedł w wypadku samochodowym. Inny po błyskawicznej i morderczej chorobie. Później zaszło rzeczywiście słonko ojca i matki. Później brata. I kolejnych przyjaciół. A potem nawet ten Kochany Człowiek tam na Watykanie zamienił swoje ulubione okno na to w Domu Ojca. Ale o ile w tym ostatnim przypadku świętość niemalże od początku nie podlegała dyskusji, a dzisiaj już nazywamy go Świętym oficjalnie, to przecież w tych innych przypadkach tak. A w niektórych z nich, to po ludzku patrząc, tych szans na świętość, czyli na niebo jest tak niewiele… Dlatego też w tych dniach oni wszyscy są ponownie obecni, choć nie wiem skąd przybywają. Nie mam wiedzy czy są już świętymi, więc daję im to co mogę, nawet w tej chwili: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków“. Daję im moją modlitwę.

I zamyślam się nad świętością, o którą dla nich proszę. Świętość to jest błogosławieństwo. Świętość to niebo. Świętość to piękno. Dla mnie świętość jest jak góry. Góry są najpiękniejszym cudem Bożego stworzenia, „góry, tu wszystko jest święte, tu wspinaczki nasze wniebowzięte“, ja kocham góry. I chcę kochać świętość. Chcę by świętość stała się moją prawdziwą tęsknotą. Więc tak sobie tłumaczę, że nie wszystkie góry to Himalaje. Ja jestem szczęściarzem i byłem tam w Himalajach, na wysokości 5200 metrów nad poziomem morza i po pięciu szybszych krokach dostawałem zadyszki! Himalaje nie są dla każdego! Nie każdy jest w stanie oddać życie za drugiego człowieka, jak to uczynił św. Maksymilian Maria Kolbe, bo to są Himalaje świętości. Nie każdy może oddać swoje całe życie najuboższym z ubogich w Imię Chrystusa i na dodatek przez 50 lat nie czuć bliskości tegoż Chrystusa, któremu wszystko poświęciła, jak Matka Teresa z Kalkuty, bo to są Himalaje! Nie każda para małżeńska może podjąć decyzję, by zacząć żyć w czystości i wstrzemięźliwości jak św. Jadwiga Śląska ze swoim małżonkiem, bo to są Alpy świętości. A i Alpy nie są dla każdego. Ale przecież mamy również przepiękne Tatry i Pieniny a nawet Kotlinę Kłodzką. Przy odrobinie wysiłku można tam wędrować, każdy może wędrować. Każdy może być świętym, bo piękno nie może być tylko dla nielicznych i niebo nie może być tylko dla nielicznych… A nawet jeśli ktoś całe życie na nizinach „dołuje“ i nie zdobędzie się na najmniejszy trud, by choćby pagórki świętości zawojować to jeszcze Kościół daje taką możliwość, że po śmierci można mu taką „pocztówkę“ z panoramą Tatr wysłać, czyli naszą modlitwę, i to może wystarczyć bo Jezus i za niego umarł na krzyżu…
Fizyka i metafizyka. Natura i mistyka. Grzeszność i świętość. Tu i tam. Życie i śmierć. Chciałbym jeszcze opowiedzieć Wam o tym miejscu, o tym skrawku, gdzie właściwie zaciera się różnica pomiędzy dwoma światami, i jeśli rzeczywiście chcesz tam dotrzeć nie wystarczy tylko praca twojego rozumu: trzeba zaangażować w ten wysiłek również serce, i jeśli wierzysz, także duszę. Ja dotknąłem tego miejsca dzięki mojej mamie. Moja mama była prostą, zwyczajną, taką powszednią jak chleb kobietą. Żadne tam Himalaje.
Ale nie zrozumcie mnie źle, była bardzo dobrą mamą i z całą pewnością przekazała nam całą matczyną miłość, którą tylko mogła, a pewnie nawet więcej niż mogła. Musiała na codzień sprostać wymaganiom męża i trzech synów, z których każdy (ze mną włącznie) miał swoje problemy. Oprócz tego sprzątanie i gotowanie (żaden z nas nie był ani za grosz pomocny w tych sprawach), no i praca w szpitalu (a szpitale, jak wiadomo pracują nawet w niedziele i święta). Pośród tych wszystkich obowiązków moja mama nie miała czasu na własne hobby, czy zainteresowania, ba, nie miała nawet czasu ani sił, by czytać bajki bądź inne lektury swoim dzieciom przed snem (co jak wiadomo jest warunkiem koniecznym, by być uznaną za wspaniałą mamę).
Po śmierci mojego taty i po tym jak dwóch z nas podjęło samodzielne życiowe drogi z dala od rodzinnego domu moja mama w dalszym ciągu poświęcała swoje życie najmłodszemu z synów i jego rodzinie z dwiema fantastycznymi córeczkami. Założyłbym się o wszystko, że kontynuowałaby po dziś dzień to swoje powszednie pokonywanie pagórków codzienności, gdyby nie fakt, że kiedy miała 60 lat to przyszło. TO. Coś co przypomina, że nikt z nas nie żyje wiecznie na tym świecie. W przypadku mojej mamy TO nazywało się zawał serca.

W tamtym czasie mieszkałem i studiowałem we Włoszech. Mój brat zatelefonował do mnie wyjaśniając co spotkało naszą mamę. Znajdowała się w szpitalu w stanie śpiączki. Zakupiłem bilet na najbliższy możliwy samolot i przybyłem do Polski następnego ranka. Przez cały, niekończący się miesiąc chodziłem do niej do szpitala dzień w dzień. Mogłem obserwować jak powoli, krok po kroku, moja mama zmieniała się. Po raz pierwszy w jej życiu wszystko dookoła niej, i niestety również w niej samej, w jej organizmie, działo się bez jej udziału. Przez cały ten czas mama nie odzyskiwała świadomości i nigdy nie mieliśmy od niej nawet najmniejszego sygnału, że coś do niej dotarło.
Nigdy nie była kobietą otyłą, ani nawet pulchną, ale w tych dniach widziałem ją coraz chudszą. Mama przez całe życie tleniła sobie włosy (jedyna „ekstrawagancja“ w jej skromnym prowadzeniu się) tak, że przez bardzo długi okres czasu, jako dziecko, byłem przekonany, że była blondynką: w tych szpitalnych dniach coraz bardziej wyraźnie było widać ciemne odrosty na jej głowie… Nie mogłem znieść widoku jej nieruchomych ust: kochałem je mówiące do mnie bądź do innych, a przynajmniej poruszające się w bezsłownej modlitwie, jak to było w zwyczaju mamy… Nie potrafiła modlić się czy czytać cokolwiek tylko w swoich myślach, zawsze musiała używać również ust… Czyżby nie była zdolna uczynić czegokolwiek wyłącznie dla siebie samej? Być może.
Po upływie miesiąca, kiedy w opinii lekarzy stan mamy był stabilny, postanowiłem wrócić do Włoch: miałem wiele spraw w mojej włoskiej parafii do załatwienia, no i życiu mamy nie zagrażało bezpośrednie niebezpieczeństwo. Następny miesiąc spędziłem w mojej parafii będąc w ciągłym kontakcie telefonicznym z braćmi. Stan mamy był ciągle stabilny i zdaniem lekarzy stan śpiączki mógł trwać nawet przez wiele lat. Musieliśmy zadecydować w jaki sposób zająć się mamą, która nie mogła pozostać w szpitalu. Postanowiłem więc ponownie udać się do Polski
20 września 2003 roku, a była to sobota, przybyłem do mojego rodzinnego miasta o 6.00 rano. Krótka wizyta w domu, prysznic i o 8.00 byłem w szpitalu. Widząc mamę po miesiącu nieobecności niesamowicie wychudzoną nie mogłem powstrzymać łez: wyglądała na starszą o 20 lat… Usiadłem przy niej na łóżku i płakałem. Po raz pierwszy w życiu powiedziałem jej, jak bardzo ją kocham i jak bardzo mi jej brakuje. Powiedziałem jej jak bezsensownym jest, zwłaszcza dla mnie księdza, który nie ma własnej rodziny, wracać do domu rodzinnego, w którym jej już nie ma. Szlochałem i mówiłem to wszystko, co zawsze uważałem za wstydliwe. Jaka szkoda, że nie mogła tego usłyszeć! Po tym wyznaniu opuściłem salę szpitalną na pięć minut. Kiedy powróciłem mojej mamy już tam nie było. Dokładnie było tam już tylko jej ciało. Jej martwe ciało.

Fizyka i metafizyka. Życie i śmierć. Matka i syn… Ona po prostu czekała na mnie. Dała mi szansę, abym wreszcie powiedział otwarcie to, czego nigdy nie miałem odwagi wyznać. W naprawdę ostatnim momencie swego życia nauczyła mnie, że nie powinienem nigdy przekładać na później wyznania moich uczuć. Ponieważ nie każdy będzie na mnie czekał jak moja normalna, prosta i powszednia jak codzienny chleb mama.
A może jednak to były Himalaje?

Ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!