TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Września 2020, 09:38
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Wśród bomb i strzałów

Wśród bomb i strzałów


- Cały bezsens naszej walki staje mi się sensem, kiedy ojciec podnosi Hostię i kielich – powiedział porucznik Andrzej Romocki „Morro”, dowódca kompanii „Rudy” w batalionie „Zośka” do ojca Józefa Warszawskiego, kapelana zgrupowania „Radosław”.

W Powstaniu Warszawskim uczestniczyło około 150 kapelanów i około 40 z nich zginęło. W pierwszych dniach w wyzwolonych dzielnicach księża mogli znowu w kościołach odprawiać Msze dziękczynne za odzyskaną wolność. Potem kiedy na kościoły również spadały bomby przeniesiono się w bramy domów, do mieszkań prywatnych przed zaimprowizowane ołtarze i figury Matki Bożej albo przed kapliczki na podwórkach, a kiedy domy legły w gruzach do piwnic. Takie Msze św. nazywano katakumbowymi. Modlono się w wielkim skupieniu. Najczęściej wszyscy uczestnicy Eucharystii przystępowali do Komunii Świętej. Nabożeństwa pozwalały ludziom chociaż na krótko oderwać się od dramatycznej rzeczywistości, zaznać otuchy płynącej z wiary w Boga i Jego opiekę.
Dominikanin o. Michał Czartoryski 1 sierpnia miał wyznaczoną na Powiślu wizytę u lekarza okulisty, odwiedził też znajomego i tam zastał go wybuch powstania. Został kapelanem na Powiślu wśród powstańców ze zgrupowania „Konrad”. Kiedy odprawiał Msze św. 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia NMP na dziedzińcu kamienicy przy ul. Smulikowskiego zebrał się cały oddział. Jak napisał w książce „Duch 44” Stanisław Zasada, dookoła płonęły domy, słychać było huk pękających pocisków i terkot broni maszynowej, a on stał przy polowym ołtarzu, jak gdyby nigdy nic, niewzruszony strzelaniną. „Byliśmy zahipnotyzowani spokojem księdza kapelana” - wspominał Stanisław Krowacki, jeden z żołnierzy „Konrada”. Kapelan mówił kazanie o wolności, poświęceniu i ofierze. „Gorące słowa otuchy uskrzydlały nas i mobilizowały do większych wyrzeczeń, czuliśmy się jedną wielką rodziną, walczącą o swój byt i godność” – mówił dalej Krowacki. O. Michał często przychodził też do rannych w szpitalu na Powiślu, który został urządzony w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. To tam zginął. Wcześniej 6 września odprawił swoją ostatnią Mszę św. i proponowano mu wyjście z Powiśla. Chociaż wiedział, że za chwilę wkroczą Niemcy, nie zostawił chorych. Jedna z sanitariuszek wspominała: „Szczególnie utkwiło mi w pamięci to, jak ojciec Michał rozdawał rannym i nam, sanitariuszkom, Komunikanty, po kilka, do ostatniej kruszyny, aby nie dostały się w ręce wroga i nie były zbezczeszczone. I tak posileni, z Bogiem, ciągle podtrzymywani na duchu rozmowami z ojcem Michałem, czekaliśmy końca”. Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że esesmani zapytali o. Michała, kim jest. Kiedy Niemcy kazali mu zdjąć habit, odmówił. Rannych rozstrzelano w łóżkach, a kapelana na zewnątrz. Po egzekucji ciała zostały spalone.
Wspomniany na początku i pochodzący z Ostrowa Wielkopolskiego jezuita o. Józef Warszawski ps. Ojciec Paweł, kapelan zgrupowania Radosław z harcerskimi batalionami „Zośka” i „Parasol”, nazywany został „Chodzącym tabernakulum”, bo zawsze nosił przy sobie Najświętszy Sakrament. Wiele lat po wybuchu powstania wspominał żołnierza, który był przywalony ścianą mieszkalną tak, że spod gruzu widać było tylko jego głowę i prosił o Wiatyk. Ojciec Paweł zdążył mu pomóc, bo miał przy sobie Najświętszy Sakrament. Aż nadeszła wrześniowa sobota pod koniec powstania, kiedy wezwał go dowódca zgrupowania Radosław prosząc o odprawienie Mszy Świętej. Przez usta o. Warszawskiego nie chciały przejść słowa, że tym razem nigdzie nie można „zdobyć” hostii. O. Paweł napisał: „Trwożyłem się zgasić jeszcze jedną nadzieję, na którą wiedziałem, że liczyli. Mówił mi to Jerzyk. Zwierzyła się Marysia protestantka. Zapewniała sanitariuszka Ewa. Mnie tak jest, jak gdyby z ołtarza udzielał się jakiś fluid... Przedziwnie brzmiały podobne słowa żołnierza z pierwszej linii. A przecież jak dziś widzę postać „Miecza” - rana przy ranie, chodzący bandaż – a nieustająca z pola walki wola i wielkość. A za nim snujące się echo tych właśnie słów”. Nagle o. Paweł został wezwany do rannego Berlingowca, z którym już nie można było się porozumieć. Nie wiadomo było: kim był i czy był osobą wierzącą. Próbowano coś się o nim dowiedzieć. O. Paweł wyciągnął płaszcz spod jego głowy. W nim znalazł książeczkę do nabożeństwa w języku polskim. Na tym nie koniec. O. Paweł wspomina: „Odwróciłem jeszcze jedną z kart modlitewnika. Zadrżała mi trzymająca ją ręka... Nie mogło to być prawdą, com teraz zobaczył. (...) Trzymałem w dłoni - dotykałem palcami - ujmowałem, jak w czasie Mszy św.: opłatek. Dwa maleńkie, (...) białe cząsteczki opłatkowe. Parę (...) wigilijnych okruchów. Zanosiła się (dusza) śpiewem hymnowym, rozradowana darem Opatrzności... Oto mogę powrócić do Radosława i zameldować: Panie pułkowniku, hostia gotowa! Msza się odbędzie”.

Renata Jurowicz

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!