TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 26 Stycznia 2021, 16:07
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Tajemnica przejścia

Tajemnica przejścia

W miarę nadchodzących dni Eliasz coraz bardziej odczuwał upływ czasu. Słabnące siły zwiastowały kres jego ziemskiego życia. Nie dziwił się temu. Przecież taka była kolej rzeczy w życiu każdego człowieka. 

Dlaczego zatem w jego przypadku miałoby być inaczej. Nadchodzącą śmierć traktował jako wolę Boga, Jego tajemnicze i trudne do przeniknięcia wezwanie. Zdawał sobie sprawę z tego, że Stwórca nie chce unicestwienia człowieka a w swych przedwiecznych zamiarach nie planował bólu i niepewności jakie towarzyszą ostatniej godzinie ziemskiego istnienia człowieka. A jednak wkradły się one w ludzkie życie, podobnie jak wąż podstępnie wślizgujący się do ludzkiego domostwa i zadający gospodarzowi śmiertelną ranę. 

Wezwany do nieba
Eliasz wiele w życiu doświadczył i widział. Znał bezmiar ludzkiej słabości. I z nią wiązał bolesny kres człowieka. Grzech, jak wężowy jad zatruł dar życia. Odebrał mu jego piękno i nieśmiertelność. Oddalił od możliwości przebywania z Bogiem. Ale czy tak będzie zawsze? Czy to wszystko jest dla człowieka bezpowrotnie stracone? Jeśli by miało tak być, to po cóż Bóg uczynił go prorokiem, po cóż wzywał ludzi do nawrócenia? Czy tylko po to, by przedłużyć człowiekowi o parę chwil ziemską egzystencję, by ten czynił jakieś dobro, które i tak przeminie? Nie, tak nie może być. To nie może stanowić celu jego misji. Za tym wszystkim musi być coś więcej. Sam nie miał pojęcia o tym dokąd to wszystko zmierza. Ludzki umysł podsuwał tę czy inną odpowiedź, ale nie dawały one satysfakcji pełnego rozwiązana. Prorok czuł się jak gdyby oganiała go ciemność. Jedyne co rodziło się w jego głowie to myśl: Bóg wie, On nie zostawia, nie opuszcza. Zmaganie jakie rozgrywało się w jego sercu zaczęło przypominać wichurę. Czuł się jak stare dorodne drzewo, które pochyla poryw wiatru tak, jak gdyby chciał je wyrwać z korzeniami i przenieść w inne miejsce. Był gotów. Jeśli Bóg chce go zabrać, nie będzie się opierał i pójdzie tam, dokąd wskaże mu drogę. Nagle, tknięty impulsem wiary, pośród tego naporu myśli zdał sobie sprawę, że chwila jego śmierci nie stanowi końca, ale jest czasem, w którym człowiek zostaje wezwany do nieba, miejsca, gdzie króluje Bóg. Pozwolił zatem, by ów tajemniczy poryw poprowadził go w nieznaną drogę. Dał wiarę słowu, które tym razem nie było skierowane ani do władców ani do ludu, lecz jedynie do niego samego. A jednocześnie słowo to miało tak wielką miarę, iż jego blask będzie rozświetlał drogę życia tych wszystkich, którzy otrzymają ten dar w kolejnych pokoleniach.

Nie opuścił mistrza
Podczas podjętej wędrówki zauważył, że jego uczeń Elizeusz podążał za nim. Wpierw wydawało mu się, że w tę drogę może udać się jedynie sam. Dlatego wezwał go, by pozostał na ziemi Izraela. Zapowiedział mu, iż zmierza do Betel. To sanktuarium wyznaczało granicę ziemi Izraela – Królestwa Północnego. To tam Jakub ujrzał aniołów Bożych zstępujących z nieba i doń wstępujących. Spodziewał się, że w tym miejscu zakończy swe życie. Opuści ziemską ojczyznę. Kraj, który zawsze był tak drogi jego sercu. Ludzi, o których wiarę walczył, choć wielokrotnie nie pojmowali tego, co dla nich czynił. Ale jego uczeń Elizeusz poprzysiągł na życie Boga i Eliasza, że nie pozostawi go samego. Prorok wiedział, iż podąża tam, gdzie jego uczeń nie będzie mógł się udać. Ale nie sprzeciwił się jego słowom. Uznał, że może to sam Bóg zdecydował, by Elizeusz był świadkiem tego, co nastąpi. Udali się zatem razem. Po drodze mijali grupę ludzi zgromadzonych wokół jakiegoś proroka nieznanego z imienia. Owi ludzie byli jego uczniami. Zawołali w stronę Elizeusza. Oznajmili mu, że zbliża się dzień, w którym Bóg zabierze Eliasza i wyniesie go ponad Elizeusza. Tak zapowiadali śmierć proroka. Pewnie też sugerowali Elizeuszowi, by przyłączył się do nich. Po co podąża za człowiekiem, który za chwilę umrze. Nic już od niego nie zyska. Ale Elizeusz ich nie posłuchał. Nakazał, by milczeli. Co więcej, powiedział, że doskonale wie, o czym mówią i co dzieje się dookoła niego. Nie muszą mu tego zapowiadać. W tej sytuacji Eliasz zaproponował swemu uczniowi rozstanie. Zapowiedział, iż ma wyruszyć w dalszą drogę do Jerycha. Może dla Elizeusza będzie lepszą rzeczą przyłączyć się do któregoś z proroków lub samemu zamieszkać na ziemi Izraela. On sam bowiem ma wędrować do miasta położonego na granicy Ziemi Obiecanej. Szedł tam, gdzie zaczęły się spełniać obietnice dane Mojżeszowi. Do miejsca, które jako pierwsze przejął Jozue, co stanowiło dla Hebrajczyków spełnienie obietnicy. Na to miejsce patrzył Mojżesz z góry Nebo przed swą śmiercią. Pewnie więc tu nastąpi kres życia Eliasza. Ale Elizeusz nie chciał go opuścić. I podobnie jak w Betel, w Jerycho jacyś uczniowie prorocy mówili mu o odejściu Eliasza. I tym nakazał zamilknąć oraz odpowiedział, iż i on zdaje sobie sprawę, że życie jego mistrza dobiega do kresu.  

Wysłuchane prośby
Jerycho jednak nie okazało się ostatnim etapem ich drogi. Stąd poszli nad Jordan. Gdy dotarli do jego wód, Eliasz zdjął swój płaszcz, zwinął go i uderzył nim w wody rzeki. One rozstąpiły się. Wtedy prorok przeszedł po suchym dnie wraz z Elizeuszem. Znaleźli się na ziemiach należących do pogan. Niegdyś stali tu Izraelici, nim Jozue przez rozdzielone wody Jordanu przeprowadził ich do Ziemi Obiecanej. W tym miejscu Eliasz spytał Elizeusza, czym mógłby go obdarzyć. Ów poprosił o dwie części jego mocy. Prosił proroka o rzecz, jaką otrzymywał pierworodny syn w spadku po swych rodzicach – dwie części majątku. Eliasz wiedział, że nie jest to łatwe do spełnienia, gdyż nie zależy jedynie od jego woli, ale woli Boga. Dlatego zapowiedział, iż prośba zostanie wysłuchana, gdy Elizeuszowi dane będzie ujrzeć jak jego mistrz zostanie zabrany do Boga. Gdy jeszcze trwała ich rozmowa nagle, pośród wichru pojawił się ognisty rydwan. Rozdzielił ich. Elizeusz stał na ziemi Eliasz zaś został uniesiony do nieba. Jego odejściu towarzyszyło wołania ucznia. Nazywał go swym ojcem, rydwanem i jeźdźcem Izraela. Chwilę potem Eliasz zniknął z jego oczu.

 

tekst i zdjęcie
ks. Krzysztof P. Kowalik 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!