TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Sierpnia 2019, 21:03
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Świadectwa kapłanów w 25-lecie święceń

Świadectwa kapłanów w 25-lecie święceń

Diecezja kaliska świętuje srebrny jubileusz. Świętują go także kapłani wyświęceni jako pierwsi w stolicy nowej diecezji. Publikujemy ich świadectwa po 25 latach kapłańskiego życia.

Ocierać się o nieskończoność Boga

Ks. Sławomir grześniak, proboszcz parafii Najświętszego Zbawiciela w Ostrowie Wlkp.

Mija ćwierć wieku, a wciąż pozostaje we mnie żywa pamięć dnia święceń kapłańskich, jakby to było wczoraj. Po raz pierwszy wraz z ks. biskupem Stanisławem wypowiadaliśmy słowa konsekracji, a ja nie mogłem się nadziwić, że Chrystus wybrał właśnie mnie, abym stał się narzędziem jego łaski. Pamiętam, jak po zakończonej liturgii i otrzymaniu pierwszego dekretu jechałem samochodem do domu. Nawet nie zauważyłem, jak wyprzedziłem wszystkich bliskich, nie mogłem pomieścić w sobie radości, zadziwienia i wzruszenia.
Właściwie, gdybym miał określić czas, w którym pojawiła się we mnie myśl o powołaniu do kapłaństwa to mam pewną trudność, bo była ona we mnie jeszcze zanim poszedłem do szkoły. Mój dziadek był dla mnie, jak Mojżesz, który zachował silną ufność w Bogu, mimo wielu przeciwności losu i długoletniej choroby. Naszą codzienną towarzyszką życia była Matka Boża, która poprzez wodę z Lourdes i wiarę babci i cioci uratowała moją mamę ze śmiertelnej choroby, kiedy w wieku 2 lat zapadła na zapalenie opon mózgowych i ze stanu agonalnego w jednej chwili podczas modlitwy różańcowej wstała, jak gdyby nigdy nie chorowała, Być może to doświadczenie przechowywane w pamięci rodziny kształtowało we mnie ufność w dobroć Boga. W latach licealnych zacząłem uciekać od tego wewnętrznego głosu powołania. Przed maturą pojechałem na rekolekcje dla chłopaków w Seminarium Duchownym w Poznaniu. To był trudny czas, ale wróciłem do domu z myślą, że nie ma co uciekać. Poczułem pokój w sercu, który mimo różnych życiowych zawirowań nigdy mnie nie opuścił.
Pierwsze trzy lata kapłaństwa to była młodzieńcza radość dotykania tajemnicy działania Boga w ludziach. Podczas jednej z wizyt u chorego pana Stanisława spotkałem ludzi z Hospicjum. Wcześniej spotykałem się z tym środowiskiem, gdyż pisałem pracę na temat duszpasterstwa ludzi umierających. Opatrzność Boża sprawiła, że spotkaliśmy się właśnie w momencie, kiedy ich kapelan, ks. Jacek Plota został powołany na rektora seminarium i pozostali bez opieki duszpasterza. To był niesamowity czas. Młody, świeżo upieczony ksiądz zaproszony do obcowania na co dzień z cierpieniem, umieraniem i śmiercią. Trzeba było się uczyć pokory i bezsilności trwania wobec cierpiącego człowieka i jego rodziny. Trudno było nie uciekać, czy zasłaniać się religijnymi praktykami. Teoretycznie wiedziałem, że Chrystus jest w drugim człowieku, ale dopiero właśnie w Hospicjum doświadczyłem realnie, że czasem ze zdeformowanych cierpieniem i chorobą twarzy patrzą na mnie oczy samego Chrystusa. Przez trzy lata żyłem jakby w dwóch równoległych światach, z jednej strony entuzjazm i radość życia, kiedy obcowałem z młodzieżą i dziećmi w czasie katechezy czy w grupach duszpasterskich, z drugiej natomiast, świat wyciszony, trudny, ale i dotykający wieczności i prawdy o przemijaniu. Śp. ks. Eugeniusz Dutkiewicz, założyciel Hospicjum w Gdańsku powiedział kiedyś, że chory umierający jest sakramentem Chrystusa. Kiedy rozpocząłem posługę w Hospicjum naprawdę tego doświadczyłem. To obcowanie ze światem Boga poprzez umierających, którzy powoli odchodzili z doczesności stało się dla mnie niesamowitym kapitałem do dziś.
Czas posługi w kaliskiej parafii pw. Świętej Rodziny i w Hospicjum, skończył się, kiedy Ks. Biskup postanowił mnie wysłać na studia do Rzymu. Jakież to było zadziwienie, że ja chłopak ze wsi, mogę spacerować po Wiecznym Mieście, dotykać korzeni chrześcijaństwa słuchać wykładowców z całego świata. Szybko jednak zaczęło mi brakować duszpasterstwa, kontaktu z ludźmi. W wolnych chwilach zacząłem angażować się w pomoc pastoralną najpierw na Elbie, potem, jako proboszcz w górach w Accumoli. Czułem się prawie, jak na misjach. Trzeba było od nowa uczyć uczestniczenia we Mszy św., spowiadania się. Kiedyś po nabożeństwie majowym podeszła do mnie starsza pani i ze łzami w oczach powiedziała, że już nie pamięta kiedy było u nich wystawienie Najświętszego Sakramentu i zapomniała, jak pachnie kadzidło. W tamtym bardzo zlaicyzowanym świecie okazało się, że ludzie jednak pragną Boga.
Po powrocie do kraju, otrzymałem misję posługiwania w diecezjalnej Caritas i pasterzowania w maleńkiej parafii, w Przedborowie. To były jeszcze początki tworzenia właściwie wszystkiego od podstaw w całej diecezji. Kolejny raz w moim życiu doświadczyłem, jak cierpienie i ludzka bieda stają się miejscem działania miłosiernego Boga. Oprócz głoszenia Słowa i sakramentów to posługiwanie potrzebującym tworzy najgłębsze więzi w Kościele Chrystusa.
Marzyłem kiedyś o założeniu rodziny, ale dzisiaj tak naprawdę ludzie, których spotkałem na mojej drodze są moimi krewnymi. Po 16 latach bycia proboszczem znam wszystkich i przeżywam ich radości i smutki. Pewnie, że czasem przychodzi trudny okres zniechęcenia, zawodu czy pokusa rutyny, ale tak naprawdę niesamowite jest to, że każdego dnia ocieram się o nieskończoność Boga. Obcowanie z Jego tajemnicą namacalnie uobecnianą w życiu konkretnych ludzi jest najwspanialszym doświadczeniem, jakie mogło w moim życiu się wydarzyć. Czasem, kiedy wracam do dnia moich święceń, mimo iż upłynęło ćwierć wieku, a życie zweryfikowało wiele młodzieńczych ideałów, wciąż nie mogę pomieścić w sobie tej tajemnicy, którą złożył we mnie Jezus, i że do wielkich dzieł swoich wybrał właśnie mnie. Nigdy w moim sercu nie zaistniał choćby cień wątpliwości, że kapłaństwo jest tą jedyną drogą, jaką wybrał dla mnie Bóg. Na obrazku prymicyjnym umieściłem słowa: „Nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ga 6,14) tak, kapłaństwo jest związane nierozerwalnie z krzyżem, ale i z paschalnym porankiem, w którym oczekuje nas Zmartwychwstały, więc chcę opowiadać ludziom o dobroci Boga.

Kimże będzie to Dziecię...?

Ks. Grzegorz Kamzol, proboszcz parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Raszkowie

Urodziłem się w drugi dzień wiosny i jak sobie kiedyś policzyłem moje życie zaczęło się tak naprawdę około 23-24 czerwca 1966 roku. Dlaczego to piszę? Bo to data szczególna z trzech powodów. Pierwszy już podałem. Drugi to 23 czerwca 1985 roku. Miałem 18 lat i nie bardzo wiedziałem, czego chcę. W tym dniu odbywał się w mojej rodzinnej parafii odpust ku czci św. Jana Chrzciciela. Odprawiał go ks. Mirosław Łaciński. Byłem na takim etapie duchowym, że wybrałem sobie wcześniejszą Mszę św. o 10.00, bo nie miałem ochoty być na długiej Sumie Odpustowej. Kiedy odprawiała się Suma, ja chodziłem beztrosko pod cmentarzem (odpust jest zawsze przy tzw. kościółku na cmentarzu) i oglądałem odpustowe stragany. I w jednym momencie usłyszałem słowa Kaznodziei (to była Ewangelia z uroczystości) i słowa: „Kimże będzie to Dziecię?” odnoszące się do św. Jana Chrzciciela. Tego waśnie Jana wybrałem na Patrona podczas bierzmowania rok wcześniej i jego czasem prosiłem nieśmiało o pomoc w wyborze drogi życiowej. Zatrzymałem się wtedy i zacząłem wręcz rozpaczliwie słuchać czując, że to słowa do mnie. Co wybierzesz?! Jaką drogą chcesz iść?! Postanowiłem działać. Kilka dni później 6 lipca wyruszyłem zupełnie bez przygotowania na pieszą pielgrzymkę z Poznania na Jasną Górę z intencją: o dobry wybór drogi życiowej. To było niesamowite przeżycie! Potem przygotowania do matury, matura i ... brak pewności co dalej. 23 czerwca 1986. Odpust. Złożyłem (bez większego przekonania) dokumenty na politechnikę. Świadomie unikam kontaktu z Proboszczem, ponieważ podobno chciał ze mną rozmawiać, a ja domyślam się, że nie jest zachwycony moimi planami. Ks. Stefan Stasiński znał mnie chyba lepiej niż ja sam siebie. Znalazł mnie i powiedział: „Słyszę, że chcesz iść na politechnikę. Zastanów się jeszcze. Jak byś chciał porozmawiać, to przyjdź jutro czy pojutrze”. Nie umiałem odpowiedzieć... Szedłem zamyślony do domu i nabierałem pewności, co robić dalej. Byłem ciekaw, co by powiedziała Mama, gdybym tak nagle oświadczył, że idę do seminarium. Powiedziałem krótko i niepewnie: „Idę do seminarium”. Mama tylko się uśmiechnęła i powiedziała: „Cieszę się”. Już wiedziałem! Potem wydarzenia szybko się potoczyły. Dokumenty złożone. Wakacje. Pielgrzymka piesza, tym razem dziękczynna. I 15 września początek seminarium. Nowi koledzy, profesorowie, wychowawcy. I nieustannie towarzyszące mi przekonanie, że to jest to, czego szukałem. Były i pokusy, i wątpliwości, i kryzysy. Ale jednocześnie cały czas przekonanie o słuszności obranej drogi. Pod koniec seminarium coraz bardziej realne stawały się słowa hymnu seminaryjnego: „Wyśniony gdy nadejdzie czas kapłanem być Chrystusa, pójdzie z zapałem każdy z nas, rodzić Go w ludzkich duszach..”. Było już blisko święceń, praktyki diakońskie (miałem szczęście poznać parafię Ducha Świętego w Śremie, ks. Jana Roszyka i starszych kolegów z seminarium, już wikariuszy), a tu w seminarium gruchnęła wiadomość, że od 25 marca powstają nowe diecezje. Moja rodzinna parafia znalazła się w diecezji kaliskiej (15 km od Kalisza) i nie było się co zastanawiać. Ks. bp Stanisław Napierała po ojcowsku zachęcił: „Nowa diecezja potrzebuje kapłanów”. Na rekolekcjach przed święceniami w Rościnnie poznaliśmy diakonów z archidiecezji gnieźnieńskiej, diecezji włocławskiej i częstochowskiej, którzy tak jak my chcieli przyjąć święcenia w diecezji kaliskiej. Zebrało się nas 21, a w lipcu dołączył jeszcze jeden (ks. Robert Chudy). Święcenia kapłańskie jako pierwsi przyjęliśmy w nowo ustanowionej katedrze kaliskiej. To były emocje! Mnie Bóg (podpisał się Ks. Biskup) posłał do Złoczewa. Pytałem wszystkich, gdzie to jest i co wiedzą o Złoczewie. Ja nie wiedziałem nic. Wszystko powoli poznawałem. Nie wszystko było idealnie, nie wszystko się udawało, nie wszystko po latach wspominam dobrze. Brakowało doświadczenia, ale był to piękny czas. To prawda, że na pierwszej parafii zostawia się kawałek serca. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że na każdej następnej również...
Nie da się, nie starczy miejsca na opisanie wszystkiego. Wspomnę tylko, że najbardziej chyba czułem się potrzebny i spełniony jako kapelan w szpitalu. Często powtarzam, że każdy ksiądz powinien być chociaż kilka dni kapelanem szpitala, zwłaszcza, jak by za bardzo narzekał na swoje życie czy ludzi. Tam wszystko widzi się inaczej...
I myśl na koniec. Miałem w seminarium, czy na początku jakąś wizję mojego kapłaństwa. Potem czasem się zastanawiałem, dlaczego akurat taką drogą mnie Bóg prowadzi. Dzisiaj jestem pewny, że droga mojego życia jest najlepszą z możliwych. Mam tylko nadzieję, że za wiele nie popsułem i że będę umiał dalej rozpoznawać to, co Bóg dla mnie zaplanował. Nie wiem, czy to świadectwo poruszy czyjeś serce, ale chcę je dać dziękując za przyjaźń moim Braciom w kapłaństwie Chrystusowym.
Dobrze, że jesteście Bracia!

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!