TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Lutego 2020, 19:32
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Samoloty i cuda

Samoloty i cuda

Czy potrzeba cudu abyśmy
poznali przyczyny katastrofy
polskiego samolotu pod Smoleńskiem?

Właśnie czytam w prasie o kolejnym wypadku lotniczym, który na szczęście nie zakończył się katastrofą. Chodzi o lądowanie w bardzo trudnych warunkach Boeinga 737 kolumbijskich linii lotniczych „Aires“ na Wyspie św. Andrzeja, który z takim impetem usiadł „na brzuchu“, że rozpadł się na dwa kawałki. Ze 131 osób na pokładzie, jedna zmarła najprawdopodobniej na skutek zawału serca, a pięć osób jest w stanie dość ciężkim. Pozostali pasażerowie doznali ledwie drobnych obrażeń. W tytułach często pojawiają się określenia typu „cudowne“ bądź „cud“, zawsze i obowiązkowo w cudzysłowie, bo oczywiście dzisiaj nikt już nie traktuje na poważnie tego słowa. Przykłady takiego podejścia mamy również i w naszym kraju, gdzie coraz częściej próbuje się rozłożyć na czynniki pierwsze takie wydarzenia, jak choćby Cud nad Wisłą, aby już nikomu nie przyszło do głowy doszukiwać się jakiejkolwiek Boskiej interwencji w zwycięstwie polskiego oręża, które uchroniło Europę przed zalewem bolszewickiej nawałnicy. Ja bym się nawet specjalnie nie upierał przy dowodzeniu, że było akurat odwrotnie, ale zastanawiające są te zaciekłe próby odżegnania się od Pana Boga.
Wracając do wspomnianego wyżej wypadku lotniczego, czytam, że pilot jest oskarżany o podjęcie próby lądowania, choć otrzymał informacje o bardzo trudnych warunkach pogodowych. I nie sposób czytając te słowa nie powrócić do jakże różnego w konsekwencjach wypadku lotniczego, który miał miejsce cztery miesiące temu pod Smoleńskiem…; w którym wszyscy zginęli, i choć człowiek człowiekowi równy, zwłaszcza przed Panem Bogiem, nie możemy zapomnieć, że była tam spora część polskiej elity politycznej i wojskowej reprezentującej całe spektrum polityczne, choć niewątpliwie z lekkim przechyłem w kierunku centroprawicy, a przynajmniej tego, co w dzisiejszym postpolitycznym tyglu za takową uchodzi. I minęły cztery miesiące, a my w dalszym ciągu nie wiemy praktycznie nic. To znaczy słyszeliśmy o „cudzie“ (tu cudzysłów absolutnie uprawniony) rosyjsko – polskiego pojednania, słyszeliśmy, że strona rosyjska robi więcej niż należałoby oczekiwać, słyszeliśmy, że przyznano polskie odznaczenia za gorliwość i dyspozycyjność rosyjskich urzędników i oficjeli udzielających się w sprawie smoleńskiej i tylko odpowiedzi na pytania dotyczące katastrofy nie słyszeliśmy. Poza oficjalną niemal wersją, że musiał to być błąd pilota działającego pewnie pod presją kogoś z prezydenckiego salonu. Postępów w śledztwie nie widać, widać natomiast pośpiech w „pozamiataniu“ wszystkiego, co się z tragedią smoleńską kojarzy. Pominę litościwym milczeniem kwestię tablicy upamiętniającej żałobę pod Pałacem Prezydenckim, przyznam tylko, że nie mogę pojąć, co robił tam ten nieszczęsny kapłan z kropidłem. Nie zamierzam wchodzić w buty politycznych działaczy, ale do tych pytań będę wracał tak długo, jak długo będą pozostawać bez odpowiedzi. 

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!