TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Marca 2020, 19:57
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Roráte caeli

Roráte caeli

Święty czas oczekiwania - tak Adwent nazywa Liturgia Godzin w hymnie nieszporów. Nie tylko Boże Narodzenie, nie tylko Wielkanoc, czy ważne uroczystości są świętym czasem. Jest nim także nieco ponad trzy tygodnie Adwentu, z których większość jest za nami.

Bóg nie przychodzi do stajenki, groty, żłóbka. Przychodzi do nas. Ale czy w ogóle potrzebujemy Jego przyjścia? Czy po prostu wystarczą nam symbole i „magia” świąt? Sianka, szopki w kościołach, choinki, bombki, mikołaje. Życzenia, uśmiechy, prezenty – nawet dla kota, chomika czy patyczaka, by nikt nie czuł się pominięty. Wszystko piękne, wszystko super. Ale ten święty czas rozpoczął się 1 grudnia i cały czas trwa, chociaż się zmienia.
Pierwsza część Adwentu dała nam szansę, by spojrzeć na siebie, na swoje serce. By się zatrzymać i popatrzeć na swoje życie. Bo „oto Pan się zbliża ze swą potęgą, oto z władzą Jego ramię; oto Jego nagroda z Nim idzie, a Jego wysłannik przed Nim” (Iz 40, 10). Bóg ma władzę nad wszystkim, nic się Mu nie wymyka. Tak, mamy potężnego Boga. Najczęściej stanowi to dla nas pociechę, nadzieję, daje siłę i oparcie. Chociaż bywa, że z tą potęgą musimy się zmierzyć i nie jest to łatwe. Gdy spotyka nas coś trudnego i wiemy, że Bóg mógł zainterweniować, a tego nie zrobił, bo miał inny plan, wtedy wolelibyśmy wierzyć, że nie jest wszechmocny. Że nad czymś nie mógł zapanować. Nie mógł nam pomóc. Ale takiego Boga nie znajdziemy w Biblii. Izajasz pisze: „Kto poznał zamysły Pana albo kto został Jego doradcą, tak by mógł Go pouczać? Kogo On pytał o radę, by Go w czymś pouczył? Kto Mu podpowiadał wyrok? A kto Mu podpowiadał drogę rozumu? Wszystkie narody są niczym kropla na krawędzi dzbana, można je uznać za ziarenko do mierzenia na wadze lub policzyć za ślinę rozdeptaną” (Iz 40, 13-15). Bóg nie potrzebuje sztabu specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Jako Stwórca wszystkiego sam świetnie ze wszystkim sobie daje radę. Nas niekiedy to przerasta, nie potrafimy ogarnąć Jego woli. W Księdze Izajasza czytamy: „Moje plany bowiem nie są takie, jak plany wasze, ani jak wasze drogi, moje drogi mówi Pan” (Iz 55, 8). W piosence „Modlitwa o wschodzie słońca” padają słowa „Każdy Twój wyrok przyjmę twardy/ Przed mocą Twoją się ukorzę”. Ten, który nas stworzył, nieustannie przebacza nam grzechy, chroni przed podstępami Złego, a pewnego dnia wezwie z tego świata, nie jest dobrym kumplem. Spoko koleżką. Nawet Jego przyjaźń nie jest pozbawiona mocy i potrafi wcisnąć człowieka między skały. Można przyjaźnić się z Bogiem jak Mojżesz, ale zawsze będzie to relacja z kimś nieporównywalnie większym. Dlatego nie oczekujemy narodzin biedniutkiego Jezuska, ale Boga, który rozprasza ciemności. Jeśli zrobimy najmniejszą szczelinę – rozproszy także nasze. W tym pomagają poranne Roraty, od początku do końca przeżywane w ciemności. Dzięki temu możemy zobaczyć, że jeszcze większą ciemność mamy w sobie i naprawdę potrzebujemy przyjścia Chrystusa. Nie dla zadośćuczynienia corocznej tradycji, nie dla radości dzieci, ale tak totalnie egoistycznie dla nas samych. Potrzebujemy, by wreszcie niebiosa spuściły rosę, a obłoki wylały Sprawiedliwego (Roráte caeli désuper, et núbes plúant jústum), jak gdzieniegdzie można zaśpiewać w czasie Adwentu. Mimo że nie jestem szczególnie sentymentalna, to co roku porusza mnie to wołanie wspólnoty Kościoła - o świcie, w ciemności i po łacinie.
Kiedy już wiemy, z czym się zmagamy; jakie mroki zżerają nas od środka, możemy skupić się na Tym, który ma przyjść. Niech On będzie najważniejszy. I to nie dlatego że urodziny bez Jubilata są bez sensu, jak przed świętami głoszą katolickie memy. Nie dlatego by nie dać się pogrążyć w przedświątecznym szaleństwie i nie zgubić między promocjami a reniferami. Bóg ma być najważniejszy, bo jest najważniejszy. I to nie od Wigilii, ale już teraz. Tak, to jest ten czas. Bo kiedy zatroszczymy się o Boga, On zatroszczy się o nas - o każdą naszą niemoc, zwątpienie, niewiarę. Czas jest krótki. Czekamy już stęsknieni na Boże Narodzenie. Sens tego czekania ukazują hymny w Liturgii Godzin, którymi Kościół modli się od 17 grudnia: „Cieszą się chóry niebiańskie/ Radość ogarnia narody:/ Oto Najwyższy przychodzi,/ Aby ratować ginących”; „Już jaśnieje żłób Twój, Panie,/ Nowe światło noc przenika,/ Wiara, której zło nie zaćmi,/ Niech zabłyśnie wśród ciemności”; „Wkrótce ujrzymy nasze zbawienie,/ Więc wznieśmy głowy, czekając z wiarą/ Na jasne Słońce, które swym blaskiem/ Rozproszy mroki”. W tym doświadczeniu od początku Adwentu towarzyszy nam Maryja. Jej oczekiwanie było najbardziej namacalne i intensywne, więc dzisiaj nie musimy przeżywać tego czasu w samotności. Myślę, że ona bardzo chętnie z każdym z nas usiądzie i będzie z nami, dopóki wszystko się nie rozjaśni. Nie zabierze żadnej z naszych ciemności, ale możemy mieć pewność, że w przyjście Zbawiciela ona wierzy bardziej niż my. Dzięki temu mamy szansę nieco zaczerpnąć z jej ufności. Kiedy ktoś bliski jest przekonany o powodzeniu jakiejś sprawy, dodaje nam to otuchy. A cóż dopiero kiedy tą bliską osobą jest Maryja z jej niesamowitą wiarą.
Adwent i Boże Narodzenie są szczególnym czasem dla tych, dla których wyjście z własnych słabych miejsc jest ponad siły. W Wielkim Poście jesteśmy wezwani do nawrócenia, do powrotu, jak zachęca nas jeden z hymnów: „W tym świętym czasie powrotu do Ciebie…”. Adwent jest czekaniem. Oczywiście nie zupełnie biernym z podejściem hurraoptymistycznym, że jakoś to będzie. Ale jeśli wiemy, z jakiego powodu i na kogo czekamy - to kawał roboty za nami. Pan przychodzi do tych, którzy nie są w stanie sami powrócić. Odwagi. Pan jest blisko. Roráte caeli désuper.

Tekst Katarzyna Kołata

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!