TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 04:55
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Przypomnijmy o... grzechu! - felieton o młodych i dla młodych

Przypomnijmy o... grzechu!

Wielkim Poście w wielu polskich miastach na billboardach można było zobaczyć dwie dłonie splecione wężem, w tle satynową pościel oraz napis: „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż”. Od razu pojawiły się liczne głosy, by nie stosować tak ostrej retoryki, że przez to ludzie odwracają się od Kościoła, że to nie sposób na nową ewangelizację. Czyżby?
„Księża nie robią nic innego, tylko cały czas mówią o grzechu. Pouczają, naznaczają, piętnują” - mogę wielokrotnie usłyszeć w różnych dyskusjach. Niekiedy zastanawiam się, czy aby na pewno myślimy wtedy o tym samym Kościele, bo odnoszę zupełnie odwrotne wrażenie. Niesłychanie rzadko kapłani podczas kazań używają słowa „grzech”. Zbyt rzadko. Zazwyczaj zamiast „grzechu” pojawia się „słabość”, „wada”, „niedociągnięcie”. Jestem przekonany, że księża mają dobrą wolę, aby nie razić wiernych tym słowem i nie zrażać ich do Kościoła, niekiedy jednak taki miękki język może przynieść więcej szkody niż pożytku. Widzimy coraz niżej upadające wspólnoty protestanckie, które w krajach Europy Zachodniej czy USA rezygnują z odprawiania nabożeństw, zastępując je seansami filmowymi, czy miłą pogawędką przy kawie. To oczywiście pewna skrajność, która - miejmy nadzieję - nie grozi Kościołowi katolickiemu, a z pewnością nie w Polsce. Niekiedy jednak duszpasterzom może wydawać się, że uczyniwszy z kościoła miejsce, w którym jest zawsze miło i przyjemnie, zachęcą tym samym ludzi do praktykowania. Czy nie jest jednak odwrotnie?
Człowiek współczesny na każdym kroku otrzymuje informację, że ma stać się „człowiekiem sukcesu”, u którego nie ma miejsca na pojęcie grzechu. Seks pozamałżeński to niezobowiązująca przyjemność, oszustwo media nazywają zaradnością życiową, a lenistwo - relaksem. Jednostka odbiera przekaz, że wymaganie od samego siebie moralnej poprawy jest już passé, że liczy się tylko efektywność w zarabianiu pieniędzy i w - czymkolwiek ona jest - samorealizacji. Notorycznie umieszcza się człowieka w pluszu braku wymagań i błogiej nieświadomości. Wyobraźmy sobie zatem, że taka uśpiona osoba mimo wszystko zawędruje do kościoła. Tam z kolei usłyszy, że „Pan Jezus będzie cię kochał, czegokolwiek byś nie zrobił”, „miłosierdzie Boże jest nieograniczone”, czy cytat ze św. Augustyna „kochaj i rób co chcesz”. Wszystko to rzecz jasna zdania prawdziwe, co do tego nie ma wątpliwości. Jaki jednak wniosek nasunie się owemu zagubionemu człowiekowi, gdy usłyszy jedynie (!) takie słowa? Że powinien zmienić swoje życie? Skąd! Pomyśli, że sposób jego postępowania jest słuszny, zrozumie wszystkie te słowa jako przyzwolenie na dalsze trwanie w bagienku, a raczej gnoju, grzechu.
Z tego też względu sądzę, że akcja billboardowa była niesłychanie ważna i potrzebna, bo wielu osobom mogła przypomnieć takie pojęcie jak „grzech”. W mediach przecież o tym nie usłyszą, podobnie w swoich zlaicyzowanych środowiskach czy rodzinach. Niekiedy nie usłyszą o tym także w kościele. A szkoda. Nic dziwnego zatem, że akcja ta spotkała się z alergiczną reakcją ateistycznych mediów i otwartych dziennikarzy „katolickich”. Jeśli jednak dzięki tym billboardom choć jedna osoba zawróciła z drogi grzechu, to było warto ścierpieć te przykrości.

Kajetan Rajski

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!