TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Lutego 2020, 01:24
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Przepraszam... dziękuję... proszę

Przepraszam... dziękuję... proszę

rajsko

Już minęło. Już po. Już nie ma. Tak myślałabym 4 października o godzinie 20.16, gdybym podeszła do nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, jak początkowo chciałam. A jak zamierzałam to przeżyć? Nijak. Wszystkich, którzy zaczynali coś mówić o kopii ikony Matki Boskiej Częstochowskiej, zbywałam krótkim ,,to tylko obraz”. Teraz zaś mogę z pełną świadomością, z ręką na sercu i trzeźwym umysłem oznajmić wszem i wobec: to tylko obraz i aż obraz. Właśnie. Tylko i aż. Aż i tylko.

Około pół roku przed październikowym wydarzeniem w mojej parafii Ksiądz Proboszcz czytał ogłoszenie o zbliżającym się przybyciu Matki. A ja tylko myślałam: ,,co to za głupoty, przecież Maryja była, jest i będzie z nami, bez względu na to, czy w rogu postawimy jej oblicze”. Coraz bardziej byłam bliższa poglądom o obrazach takim reformatorom Kościoła jak Jan Kalwin czy Ulrich Zwinglie. Dla przypomnienia wspomnę, iż ci dwaj powyżej wspomniani panowie, palili w Szwajcarii wszelkie przejawy (według nich) wielobóstwa. Dla nich, podkreślam dla nich, takim objawem było czczenie malunków i umieszczanie w świątyniach ołtarzy. Nie było więc ze mną zbyt fajnie. Chociaż codziennie się modliłam, czytałam Pismo Święte i uczestniczyłam co niedziela we Mszy Świętej, nie potrafiłam dostrzec jak wielki skarb mamy w tych rzeczach materialnych, jakie wieszamy w kościołach, domach, szkołach, urzędach.
Moje zachowanie zaczynało wypływać na zewnątrz. Gdy słyszałam głosy moich babć, mojej mamy, że trzeba udekorować okna, w mojej głowie rodziła się niemal zawsze myśl, pytająca: po co te wszystkie dekoracje. Dlaczego? Teraz już wiem. Człowiek, który nie wie, co takie ikony mają w sobie, nie ufa im i podchodzi do nich z wielką rezerwą, ma niedostateczną wiarę w Boga, nie potrafi docenić tego, co Stwórca mu dał, wybrzydza jakby fotografie świętych, nigdy w życiu się nad nimi nie zastanawiając. Dalej, ateista, który mówi z wielką dumą, iż nie wierzy, bo nie może wytrzymać tego czczenia obrazów, nie rozumie tego, co dzieje się w sercu ludzi oddanych Panu Bogu. Ja również do tej grupki należałam. Na szczęście moje poglądy zostały w porę zmienione, a dokonała tego właśnie Maryja, Królowa Polski, nasza ukochana Matka.
29 września, w dzień Świętego Michała Archanioła, patrona mojej parafii, rozpoczęły się misje przygotowujące nas do uroczystego przyjścia Matki Jezusa w symbolicznym obrazie. Te maryjne rekolekcje prowadził ojciec Marek, paulin, który przybył aż z dalekiej, wschodniej Ukrainy, z miasta, które było oddalone od Kalisza 2500 kilometrów. Wyobrażając to sobie, byłam zdumiona, jak ten człowiek całe swoje życie zawierzył jedynemu Stwórcy i Matce Bożej. To już mi dało powód do chociażby krótkiej refleksji. Jeżeli istota ludzka jest zdolna oddać swój byt, tutaj, na ziemi, Matce i Bogu, poświęcić się całkowicie bliźnim, potrafi wyjechać z Ojczyzny, by nauczać daleko od domu, a potem przyjeżdża znów i głosi słowo Boże tak daleko od obecnego miejsca zamieszkania, to chyba również i te obrazy mają jakiś sens i cel. Bo wszystko ma swój sens i cel. Ze wszystkich kazań, katechez, homilii, jakie wygłosił wspomniany wyżej duchowny, najbardziej zapamiętałam jedno, krótkie, aczkolwiek w swojej prostocie tak głębokie zdanie: ,,Spójrzcie w te oczy”. I dzięki takiemu, wcale nie długiemu stwierdzeniu, nie mogłam się doczekać, kiedy będzie już 3 października, godzina 17.00. Chwila, w której przybędzie Matka. Chwila, która okaże się momentem prawdy, wcale nie tym, który znamy z polsatowskiego programu. To będzie prawdziwa prawda, droga i życie.

Naturalnie i bez żadnych zadziwień, w końcu dostrzegłam w swoim kalendarzyku postawionym na biurku, datę trzeciego dnia dziesiątego miesiąca. Mówiąc wprost i bez niepotrzebnych zawikłań, był to 3 października, szczególny okres z całego roku, w którym króluje Różaniec i Maryja. Pomyślałam, że to nie przypadek, iż to właśnie teraz, a nie kiedy indziej, przychodzi do nas nasza Pocieszycielka. Bo wszystko ma swój sens i cel. Nawet tak drobny szczegół niesie coś, czego wyjaśnić nie w sposób.
Liczyła się tylko godzina 16. Kościół pękał w szwach. Ludzie jednak kochają Boga i pragną mu podziękować za to, że dał nam możliwość przeżycia tych 70-90 lat na tak pięknym świecie. Wystarczy tak niewiele. Poddanie się woli Bożej, to nic innego jak odnalezienie ścieżki życiowej i cudownego życia. Bóg pragnie naszego szczęścia, naszego zadowolenia i radości z życia, naszej wdzięczności. On nie chce, żebyśmy cierpieli bez jakiegokolwiek celu. Każdy ból ma w sobie wytłumaczenie, którego może i my nie znamy, ale On zsyła nam przeciwności losu wcale nie dlatego, byśmy cierpieli ot, tak. Wszystko jest dawane po coś, abyśmy zdołali coś rozszyfrować. Bóg nie podaje rozwiązania na tacy, nie napisze nam na maila, że ktoś ma zostać lekarzem. Odnalezienie wskazówek Najwyższego wymaga wysiłku, byśmy potrafili to docenić.
Zboczyłam troszkę z właściwych torów, ale myślę, że ta chwilowa zmiana trasy była w tym przypadku konieczna i potrzebna. Procesja, jak ruszyła w kierunku miejsca odebrania obrazu z rąk naszych sióstr i braci, była bardzo liczna, myślę nawet, że wyszli wszyscy. Nie posadziłam swego ciała na ławkach, ale nawet nie poczułam, gdy minęły te 120 minuty. Spojrzenie w oczy Matki dało mi wszystko. Zrozumiałam, że człowiekowi, tak samo mi, jak i Tobie, bardzo potrzebne są obrazy ze świętymi postaciami. Nasze zmysły inaczej reagują, gdy widzą to, w co wierzy dusza. Dzięki możliwości zobaczenia Maryi staje się nam Ona bliższa, czujemy, że Ona też kiedyś na tym świecie chodziła, była, smuciła się i radowała. Schodzi do naszego codziennego życia, pragnie byśmy ofiarowali jej swoje problemy, bo Ona wie, że każdy grzech należy mocno zgnieść i wyrzucić do kosza. Ona to zrobi. My mamy zbyt mało sił, aby samodzielnie je zniszczyć i wywalić. Dlatego też Ona nam się pokazała we wszelakich obrazach, jakie nasze oczy dojrzą, a do których nasze nogi dojdą. My, gdy widzimy, że Jezus też miał ubranie, też miał włosy, wąsy, duchowo się do Niego przybliżamy. I chociaż może w rzeczywistości Chrystus wyglądał w ogóle inaczej, nie ma nic wspólnego z Tym, którego znamy z różnorakich przedstawień, nie myślmy o tym. Co to ma za znaczenie, skoro dzięki takiemu obrazowi wznowiliśmy naszą modlitwę i wiarę w Boga? Gdy nadeszła pora Komunii Świętej, jakiś nieznany mi mężczyzna, podszedł do konfesjonału, wyspowiadał się, a później z radością przyjął Chrystusa do swego serca. A gdy widziałam jego uśmiech, sama chciałam tak się cieszyć, że mogę tu i teraz żyć.

I takie cuda potrafi zdziałać kawałek drewna z wymalowanym obliczem świętej postaci. Skoro dzieją się takie rzeczy, dzięki zwykłej rzeczy materialnej, która umożliwia przejście w świat duchowy, to przecież czemu nie? Czemu ma nie być nawiedzeń? No, powiedzcie mi czemu? Już w poniedziałek, dzień, który mieliśmy wolny od zajęć szkolnych, ojciec Marek podczas Mszy św. dla młodzieży, wspomniał o Karolu Wojtyle i jego: Totus Tuus Maryjo, Cały Twój Maryjo. Nawiązując do naszego Wielkiego Rodaka, mówił, byśmy my, młodzi powierzyli Matce wszystko. Dosłownie wszystko. Od problemów na marzeniach skończywszy. I ja to zrobiłam. Powiedziałam Jej o moich najskrytszych pragnieniach i wierzę, że je spełnię. Bo jeśli są to dobre rzeczy zgodne z Bożą wolą, to mi się uda. Bóg pokaże mi drogę, ale którą wybiorę, to już zależy tylko ode mnie, bo Stwórca dał nam wolną wolę.
Obecnie (5-6 października) leżakuję w domu, ze względu na to, że w moim ciele bakterie urządziły sobie imprezkę wywołując ból gardła, gorączkę i katar. Małe objawy, które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie. Nie traktuję jednak tej choroby jako kary. Wręcz przeciwnie. To jest czas, podczas którego miałam zastanowić się nad przeżytymi rekolekcjami, wprowadzić słowo w czyn, zastanowić się gdzie idę. „- Czy mógłbyś mi łaskawie powiedzieć, w którą stronę mam pójść? - Zależy to w dużym stopniu od tego, w którą stronę zechcesz pójść - powiedział Kot. - Nie zależy mi na tym, w którą... - powiedziała Alicja. - Więc nie ma znaczenia, w którą stronę pójdziesz - powiedział Kot”. Fragment „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla pięknie obrazuje, to jak ważne jest w życiu wybranie drogi, którą kroczyć będziemy przez swoją całą podróż powrotną do Domu Ojca.
PS. O Mszy „pożegnalnej” nie wspominam, bo jak dla mnie to Matka nigdy od nas nie odejdzie, a nawet przekazanie obrazu dalej, nie przynosi mi smutku, gdyż wiem, że Ona była, jest i będzie zawsze, a Jej oblicze może przynieść obfite plony wszędzie, więc musi też podróżować i odwiedzać wszystkie istoty homo sapiens sapiens. Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam, Mamusiu!

Weronika Góral, parafia Rajsko

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!