TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Stycznia 2020, 11:38
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Piękne prowincje są wszędzie

Piękne prowincje są wszędzie

Gdybym mieszkała w wielkim mieście, po lekturze książek Katarzyny Enerlich natychmiast sprzedałabym mieszkanie i kupiła ziemię na wsi. Jak to jest, że najpierw zachwycamy się metropoliami, a gdy już w nich zamieszkamy marzymy o prowincji? O to i inne rzeczy postanowiłam zapytać pisarkę z Mazur osobiście.

Dlaczego prowincje tak nas uwodzą?
Katarzyna Enerlich: Bo tak naprawdę w środku, w tej naszej duchowej pestce, jesteśmy częścią wszechświata, natury. Od tego nie da się odejść. To jest jak oddech, a wręcz - jak oddechy naszych przodków w nas. Może to brzmi nieco metaforycznie, ale tak to właśnie czuję. Są ludzie, którzy to czują od razu i dla nich życie w zgodzie z naturą jest czymś normalnym, a są tacy, którym trzeba to tylko przypomnieć. Czasem wystarczy jeden bodziec: wyjazd do kogoś na wieś, by odreagować miejskie zmęczenie, spotkanie na swojej drodze człowieka, który przypomni nam o tych korzeniach, a czasem – przeczytanie książki. Jeśli moja książka dla przynajmniej jednej osoby była takim bodźcem, znaczy to, że nie napisałam jej daremnie.
Oby tych zachwytów nad prowincją było jak najwięcej. Im większy żal w nas wyjazdu z niej do miasta, tym bardziej jesteśmy z nią związani i tym bliżej jesteśmy swojej odwiecznej natury.

Historia Mazur to także historia Niemców, którzy po II wojnie światowej musieli opuścić swoje mazurskie domy. Dzieje relacji polsko-niemieckich postrzegane są dość stereotypowo: konflikty, napięcia, wieczne pretensje. To bardzo ciekawy, ale dość trudny temat dla powieści, która ma dać odrobinę wytchnienia czytelnikowi. Co spowodowało, że spośród setek mazurskich historii skupiłaś się właśnie na nim?
Nigdy nie traktowałam historii mojej ziemi jako powodu do konfliktów i pretensji. Jestem zdecydowanie przeciwna odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli na coś nie mam wpływu, nie mogę dać światu niczego więcej ponad normalne, ludzkie życie. Myślę, że to nie jest trudny temat, tylko ludzie go takim zrobili. Pisanie o tym nie było próbą ugłaskiwania, uładzania, uspokajania, lecz chęcią opowieści o przedwojennych ludziach jakiejkolwiek narodowości, mających te same, co my dziś, marzenia, miłości, nadzieje, plany. Niczym się od nas nie różnili, poza tym, że bezlitosne koło wielkiej historii przetoczyło się przez ich małe historie.
Mówi się, że życie jest wszędzie i czasem układa się tak, że zaczynamy podróżować, czy z przymusu, czy z własnej woli, zamieszkujemy w innych częściach kraju, a nawet świata. Ale ta świadomość przynależności ziemi ojczystej we wrażliwych ludziach pozostaje na zawsze. Tak, jak pozostała w Polakach - repatriantach świadomość Kresów, jak w Niemcach tkwi do dziś miłość do dawnego heimatu, jak powracający Żydzi wciąż mają obraz swojej dawnej ojczyzny, zamknięty pod powieką. Moja ziemia to historia poplątana, w której zbiegły się nie losy wielu, nie tylko tych, narodowości. Nie można o tym zapominać, tak, jak nie można nie pozwalać na pielęgnowanie tych najgłębszych z ludzkich uczuć. Przywiązania do ziemi ojczystej. Ilekroć o nim mówię, przychodzą mi na myśl słowa Wisławy Szymborskiej z wiersza Gawęda o miłości do ziemi ojczystej: bez tej miłości można żyć, mieć serce suche jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić, z dala od zgryzot i pocieszeń...
Od kilku lat prowadzę koncerty w małym amfiteatrze podczas Festiwalu Kultury Kresowej. Dla mnie to niebywałe doświadczenie: móc tak blisko obcować z ludźmi, dla których Polska nie przestała istnieć, mimo nowych granic. Ich pojęcie przywiązania do ojczyzny ma zupełnie inny wymiar, niż nasze. Odkrywanie jej nie tylko w muzyce, ale również w literaturze i sztuce, to dla mnie wielkie duchowe przeżycie. Któryś z występujących artystów powiedział mi kiedyś, że Kresy są nie tylko dziedziczne, ale i zaraźliwe. Miał rację. Ja zaraziłam się Kresami na dobre, dzięki tym spotkaniom. Z nich również czerpałam inspirację do moich „Prowincji…”, choć one mówią przecież bardziej o tęsknocie Niemców. Ale nie dzielę tęsknot na narodowości, każde przywiązanie jest takie samo. Chciałam w swoich książkach owo przywiązanie zauważyć, podnieść, jak kamyk, napisać o nim. Jest ono przecież nieodłączną częścią mojej prowincji…

W „Prowincji pełnej marzeń” Polka zakochuje się w Niemcu. Łamiesz kolejny literacki stereotyp: rola amanta przypada nie Włochowi, nie Hiszpanowi, nie Francuzowi – tylko narodowości, która z romantyzmem wydaje się nie mieć nic wspólnego…
Goethe, wielki niemiecki romantyk, mówił: Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię. Okazuje się, że romantyzm i jego patetyczna czasem śmiałość  wobec życia jest dobrem uniwersalnym, niekoniecznie przydzielonym danej narodowości. A jego: Trwaj, chwilo, jesteś taka piękna – włożona w usta Fausta – to również jego wkład w naszą współczesną świadomość.
Właśnie o tej śmiałości i trwaniu chwili jest również „Prowincja…”. Moi bohaterowie niekoniecznie mają kochać się na zawsze. Ale ich własna śmiałość w łamaniu stereotypów, magiczna wiara w moc marzeń i przede wszystkim bycie szczęśliwym w danej chwili, choć bez literackiego paktu z Mefistofelesem, są treścią powieści.
Tak to było ze mną, że wrogość w stosunku do Niemców miałam zaszczepioną przez moją babcię, która przeżyła dwie wojny, bo urodziła się w 1899 roku, w jej domu był sztab niemiecki, a ona często ukrywała się z rodziną w schronie. Prawie na jej oczach, pod jej domem Niemcy zastrzelili dwoje żydowskich dzieci, którym pomogła, dając jedzenie i ciepłe ubranie. Przez lata nie mogłam się z tego stereotypu wydostać, dopiero zupełnie świadomy wyjazd i zaplanowany do Niemiec zmienił to. Wtedy właśnie zdecydowałam, że bohater mojej książki będzie Niemcem. Wróciłam i napisałam „Prowincję pełną marzeń”… Dodam jeszcze, że historia Hansa Ritkowskiego, opisana w pierwszej części „Prowincji…” jest historią prawdziwą. Rzeczywiście spotkałam kiedyś takiego Niemca, który mieszkał w przedwojennym Mrągowie, czyli Sensburgu. Spacerowałam z nim po uliczkach mojego miasta i słuchałam opowieści o tamtym życiu. To mnie zainspirowało do napisania powieści. Czułam, że muszę ocalić tę historię. Syn Hansa, Niemiec, w którym zakochuje się moja bohaterka, jest już postacią fikcyjną.
Widzę ciepły odzew ze strony moich Czytelników, których ta historia uwiodła. Nawiązują ze mną kontakt, przyjeżdżają do Mrągowa i, jeśli mam czas, oprowadzam ich po moim mieście, ale tym z „Prowincji”. Idziemy pod „kamienicę pełną szeptów”, w której dzieje się akcja, dotykamy metalowej poręczy przy schodach, na których Hans spędził swoje pierwsze w życiu wagary, wchodzimy do apteki „Pod Orłem”, w której zakupy robiła matka Hansa, by zobaczyć w niej stare meble i przedwojenne farmaceutyczne buteleczki, o których piszę w książce. Czasem te spotkania z Czytelnikami owocują potem ciepłymi, niezwykłymi relacjami, których nigdy nie nawiązałabym, gdybym nie napisała „Prowincji…”. Wiele osób dane mi było spotkać właśnie dzięki temu, z niektórymi łączy nas nieznośne poczucie nieprzypadkowości spotkań. Ot, taka magia w codzienności. Zatem – również dla mnie samej moje książki nie są daremne.
Ludzie mieszkający na prowincji, w większości chcą z niej uciec. Zwłaszcza młodzi. Uważają, że to kraina podciętych skrzydeł.
Przed laty miałam kompleks prowincji. Zazdrościłam moim rówieśnikom, że mogą występować w Gawędzie, zespole dziecięco – młodzieżowym, pokazywanym w telewizji, że tańczące tam dziewczynki mają białe tenisówki, takież same podkolanówki i są sławne! Zazdrościłam tego, że mogą iść na łyżwy na Torwar, że mają blisko do ogrodu zoologicznego. Te atrakcje były poza moim zasięgiem. Potem dopiero przekonałam się, że można swoje małomiasteczkowe pochodzenie przekuć na dobro – że ludzi na prowincji jest mniej, więc może mam szansę pokazać, że ten świat jest lepszy, oryginalny, choć może mniej doceniany. Nigdy nie czułam się, jakbym miała podcięte skrzydła. Może trochę było mi „pod górkę” – na przykład bezrobocie na prowincji ma zupełnie inny wymiar, niż w wielkim mieście, a z nim musiałam się borykać w moim życiu. Skrzydła można jednak rozwinąć wszędzie. Wierzę w to głęboko!

Czy każda prowincja da się lubić?
Myślę, że tak. Każda ma jakąś swoją małą i wielką historię. Ja opisuję tę, na której wzrastałam. Ale piękne prowincje są wszędzie. Urzeka mnie wschód Mazur, tereny przygraniczne, Podlasie. Tam jest inna Polska, inni ludzi, inne miejsca – wyludnione, nie krzyczące afiszami i reklamami, nie zatłoczone ludzkimi oddechami i warkotem silników. Zawsze przypominam sobie słowa Piłsudskiego, że Polska jest jak obwarzanek – najlepsza po brzegach. Owa „brzegowość” mojego kraju mnie fascynuje, bo rzeczywiście jest magiczna. Uśpione zimą miasteczka nadmorskie, rybackie, zaplątane w sieci, pachnące solą morską, tajemnicza Kotlina Kłodzka, Bieszczady jesienią, pozłocone słońcem i wreszcie owo Podlasie, z drewnianymi domami i brakiem zasięgu, jak w Krainie Otwartych Okiennic, którą to pokochałam, Podróże do tych miejsc,  odkrywanie nowych to wielka moja pasja. Raczej nie zwiedzam zabytkowych kościołów i muzeów, lecz czerpię siłę i miłość do świata z krajobrazu. Bo ten jest najważniejszy i niezmienny.

Dlaczego warto pisać o prowincji?
Bo to miejsce na ziemi do życia w podziwie nad światem. Dla mnie obcowanie z prowincją jest codziennym rytuałem, po prostu. Chciałabym, by moi Czytelnicy odczuli to główne przesłanie moich książek. Mam umowę z samą sobą, że w każdej książce znajdzie się miejsce na mazurską prowincję. W różnych jej odsłonach, w różnych rolach – pierwszo lub drugoplanowych, ale zawsze będzie ona nieodłączną przyjaciółką moich książek.

Akcja Twojej najnowszej książki rozgrywa się w Krakowie. Czyżbyś zdradziła swoją prowincję? ;-)
„Czas w dom zaklęty” to opowieść o wielu miastach i miasteczkach naszego kraju. Akcja rodzi się w mieście u podnóża zamku krzyżackiego i wszyscy mówią w domyśle: w Rynie. Być może i jest to Ryn – ale jego nazwa nie pada w książce ani razu. Poza starymi fotografiami z tego miasta nie ma tam innych szczegółów topograficznych. To zamierzenie celowe – bo takie historie, jak ta, dzieją się wszędzie, w różnych miastach i wsiach, nie chciałam jej umiejscawiać w wybranym tu i teraz. W każdy miejscu na ziemi bywamy ofiarami ludzkiej nienawiści i hipokryzji, musimy często stawać na wysokości zadania, wybaczać. Kraków dla mojej bohaterki jest miastem jej Miłości. Powraca do niego we wspomnieniach, a potem postanawia w nim zamieszkać. Niektóre ze wspomnień Ruty są wzięte z mojego życia, bo zawsze tak jest, że autor daje swojej książce mniej lub więcej samego siebie. Kraków staje się ważnym rozdziałem w życiu bohaterki, wyjściem na świat, to tam urzeczywistniają się nieprzypadkowe spotkania, jednak akcja i tak zakończy się na mazurskiej prowincji. Życie Ruty, bohaterki mojej powieści, zatoczy więc koło. Ruta powróci do świata, z którego przyszła.

rozmawiała Aleksandra Polewska

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!