TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 16 Lipca 2020, 04:27
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Paulin w krainie kangurów

Paulin w krainie kangurów

Australia zachwyca przyrodą, ale jest jednym z najbardziej zlaicyzowanych krajów świata. O posłudze duchowej paulinów wśród Australijczyków, o wprowadzaniu pobożności maryjnej, a także o życiu codziennym wśród kangurów i koali opowiada o. Albert Wiesław Waśniowski, prowincjał zakonu paulinów prowincji australijskiej.

Od ilu lat ojcowie paulini posługują w Australii?
O. Albert Wiesław Waśniowski: Początki były w 1981 roku, kiedy jeden z naszych ojców wracając z USA nie mógł dostać się do Polski ze względu na wprowadzenie stanu wojennego. Wówczas w Rzymie spotkał arcybiskupa Canberry, który zaproponował mu, aby na pewien czas przyjechał do Australii. O. Augustyn Lazur pracując w amerykańskiej Częstochowie marzył o tym, aby paulini mieli swoją placówkę w Australii. Za rok otrzymał zaproszenie i udał się do tego kraju. Pierwszy klasztor pauliński w Australii powstał w Berrima Penrose Park, 130 km od Sydney. Dziś jest to sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie w Australii pracuje 19 paulinów łącznie z ks. biskupem Columbo Macbeth-Green, który także jest paulinem. Mamy dwa klasztory przy sanktuariach maryjnych. Pracujemy również w czterech parafiach.

Jak wygląda życie religijne na tym kontynencie?
Australia należy do najbardziej zlaicyzowanych krajów świata ze względu na to, że jest to bogaty kraj i ludziom żyje się tam dobrze. Sami wiemy z doświadczenia, że w takich sytuacjach dużo łatwiej jest odejść od religii, od wiary. Niestety człowiek ma swojej naturze tendencję do łatwiejszego życia i dlatego dokonuje takich wyborów. Australia liczy około 25 mln ludzi, z których 25 procent to katolicy. Natomiast statystki mówią, że do kościoła chodzi około 5 procent. Jest to bardzo mały odsetek, ale ci, którzy zostali przy kościele, to autentycznie chodzą z wyboru, z przekonania, że jest to ich Kościół i czują się za niego odpowiedzialni. Natomiast przyszłość Kościoła katolickiego w Australii to emigranci. Te osoby, które emigrują do Australii z takich części świata jak Azja i Afryka, autentycznie żyją Kościołem. Mamy bardzo dużo Filipińczyków, Wietnamczyków, a także emigrantów z Korei i Chin. W parafiach w Sydney mamy bardzo duży procent katolików obrządków wschodnich z Bliskiego Wschodu, np. z Iraku, czy Libanu. To są ludzie, którzy naprawdę żyją Kościołem, ponieważ wywodzą się z krajów prześladowanych przez islam. Autentycznie ich zaangażowanie w Kościele jest fascynujące.

Czy młodzież australijska jest związana z Kościołem i uczestniczy w jego życiu?
W Polsce pracowałem w diecezji kaliskiej w Wieruszowie, gdzie przez dwa lata uczyłem religii w liceum i miałem wtedy duży kontakt z młodzieżą. Jadąc do Australii liczyłem na to, że będzie podobna sytuacja. Niestety jest inaczej. Każda parafia katolicka ma swoją szkołę podstawową parafialną, gdzie większość dzieci do niej chodzi. Dwie lub trzy parafie, które ze sobą sąsiadują w miastach najczęściej mają szkołę średnią katolicką, natomiast uczestnictwo tych dzieci i młodzieży w życiu parafii czy niedzielnej Mszy św. jest minimalne. Biskupi i kapłani zadają sobie pytanie, gdzie został popełniony błąd, że nie jesteśmy w stanie tych młodych ludzi przyciągnąć do Kościoła. Prawdopodobnie mają na to wpływ dwa względy. W Australii wszystko opiera się na podróżowaniu samochodami z rodzicami, a ponieważ rodzice nie mają jakiegoś głębszego związku z Kościołem, to nie przywiozą dzieci do kościoła, a wybierają wycieczkę, sport, plażę. Wpływ na taki stan mają też zapewne skandale w Kościele w Australii ciągnące się już prawie 20 lat. To na pewno wpłynęło na mentalność wielu ludzi, zwłaszcza młodych, którzy od razu skrytykują wszystko i nie starają się szukać prawdy, tylko uważają, że cały Kościół jest zły i trzeba odejść.

W 2008 roku w Australii odbyły się Światowe Dni Młodzieży.
Tak. Byłem wtedy proboszczem w dużej parafii w Sydney i muszę przyznać, że był to przełomowy moment dla Kościoła katolickiego w Australii i dla wielu młodych ludzi, którzy nabrali odwagi, żeby przyznawać się do katolicyzmu i Kościoła. Widzieli oni młodych ludzi z innych części świata, którzy modlą się i nie wstydzą się być katolikami i to był dla nich taki impuls. Owocem ŚDM jest adoracja Najświętszego Sakramentu i wspólna modlitwa różańcowa. Wcześniej tego nie było. Życie parafii skupiało się tylko wokół niedzielnej Mszy św., nie było żadnych dodatkowych nabożeństw. Po ŚDM wiele parafii zaczęło regularnie wprowadzać adorację Najświętszego Sakramentu, Drogę krzyżową czy Różaniec.

Czy ma Ojciec kontakt z Polonią w Australii?
W całej Australii zamieszkuje około 150 tysięcy Polaków, głównie w Melbourne i Sydney. My jako paulini nie pojechaliśmy z taką misją, by pracować wśród Polaków, chociaż wszystko zaczęło się od Polaków. To pierwsze sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia, które znajduje się w połowie drogi między Sydney i Canberry, zostało przygotowane z Polakami, potem zaczęły dochodzić inne grupy etniczne. Do dnia dzisiejszego w każdą niedzielę odprawiamy tam Mszę św. w języku polskim. Akcentem przypominającm o polskości jest wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, który zabieramy ze sobą wszędzie. W Australii na nowo uczymy ludzi pobożności maryjnej. Przy sanktuariach mamy groty Matki Bożej, do których odbywają się procesje. Polacy wybudowali sobie w lesie kilka kapliczek ku czci Maryi, a w ich ślady poszły inne narodowości. W obu tych sanktuariach mamy po prawie 40 różnych kaplic etnicznych, które stały się atrakcją duchową i turystyczną. Wierni przychodzą i modlą się przy nich w swoich językach. Sam przekonałem się, że Matka Boża może być np. Wietnamką, bo tak ją widzą i przedstawiają Wietnamczycy. Taka jest więc specyfika tego miejsca.

Ojciec doświadczył trudnego czasu, kiedy Australia była trawiona przez pożary. Czy w niebezpieczeństwie były też klasztory paulińskie?
Pierwszy pożar wybuchł we wrześniu 2019 roku. Był taki moment, że o godzinie 2.00 w nocy do klasztoru przyjechały służby, obudziły nas, kazały spakować się i czekać na sygnał do ucieczki. Rzeczywiście paliło się 10 km od naszego klasztoru. Pamiętam, było to przed urodzinami Matki Bożej przypadającymi 8 września. Na prawdę bałem się i bardzo dużo modliłem na różańcu. Wtedy człowiek widzi, że od niego już nic nie zależy, tylko od Pana Boga. Z kolei po Bożym Narodzeniu ojcowie mieszkający w drugim klasztorze dwa razy musieli go opuścić. Zdarzyło się to po raz pierwszy w naszej historii. To była wyjątkowa sytuacja w Australii. Spłonęło wówczas bardzo dużo domów. Po kilku dniach pożar został zażegnany. Wielu odczytywało to, jako cud. Monsun - deszcz, przyszedł niespodziewanie i ugasił pożary w ciągu tygodnia. Zwykle ten typ deszczu dociera do północnej części kraju, a tym razem, pojawił się w rejonie, w którym szalały największe pożary. Silne opady deszczu na wschodzie i południu Australii, spowodowały ugaszenie ognia. Wierzymy, że to znak od Pana Boga.

Potem wybuchła epidemia koronawirusa. Jak Australijczycy radzą sobie z tą pandemią?
Wirus dotarł do Australii głównie przez turystów z Chin. Jak wyjeżdżałem do Polski na Kapitułę Generalną zakonu paulinów to mieliśmy już pierwsze przypadki, ale nikt nie spodziewał się, że to tak rozwinie się w całym świecie. Australia całkowicie zablokowała kontakty ze światem. Do grudnia nie ma żadnych turystycznych wyjazdów z Australii. Nie wolno Australijczykom nigdzie wyjeżdżać i tak samo nie zapraszają nikogo do siebie. Ruch turystyczny jest zakazany. W Australii jest bardzo mało zachorowań, ale restrykcje są bardzo ostre. Niestety kościoły od marca były zamknięte. Kilka dni temu pozwolono otworzyć świątynie, ale dla 10 osób. Dopiero od 12 lipca planuje się otwarcie kościołów dla 100 osób. Reżim w świątyniach jest bardzo duży. Wszystkie ławki muszą być często dezynfekowane. Prowadzi się także rejestry osób wchodzących do świątyni. Wszystkie te dokumenty z adresami należy przechowywać przez przynajmniej miesiąc i dopiero można zniszczyć. Ludzie nie mogli nigdzie przemieszczać się, jedynie do sklepu. Ciekawostką może być to, że najbliższy sklep od naszego klasztoru znajduje się w odległości 50 km. Po powrocie do Australii będę musiał przejść dwie kwarantanny. Najpierw dwa tygodnie w Sydney, a potem kiedy wrócę do mojego stanu Quinsland to kolejne dwa tygodnie.

Australia kojarzy nam się z kangurami i misiami koala.
Jeżeli chodzi o naturę australijską to przy naszych dwóch klasztorach są kangury, które często podchodzą do naszych okien. Mamy bezpośredni kontakt z tymi zwierzętami, nawet do kilku metrów możemy podejść do nich. Zdarzają się też koale, ponieważ przy naszym klasztorze rosną eukaliptusy, które one jedzą. Warto przy swoim domu mieć pytony, które łapią myszy i szczury. Niestety mamy też inne węże. Australia ma najbardziej jadowite i trujące węże na świecie. Niestety nas takie odwiedzają. Muszę przyznać, że ojcowie boją się ich. Domy w Australii budowane są w ten sposób, że wszystkie okna i drzwi mają siatki, aby nie weszły żadne insekty, ale tak samo węże. Człowiek wychodząc na zewnątrz rozgląda się, czy nie ma węży. Jeżeli idę w mniej pewne miejsce, to na pewno ubieram pełne buty, nie idę w klapkach czy sandałach. Cały czas staramy się kosić trawę. Wokół klasztoru i kościoła nie ma wysokiej trawy, bo taka stanowi zagrożenie. Ale co jest przepiękne to na pewno ptaki. Mamy mnóstwo papug różnokolorowych. Są też kukabary, typowo australijskie ptaki, które mają specyficzny krzyk przypominający płacz dziecka. Kukabary są bardzo piękne i łapią małe węże. Tak więc przyroda australijska jest zachwycająca.

rozmawiała Ewa Kotowska - Rasiak

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!