TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Stycznia 2020, 11:30
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Ostatnia przechadzka?

Ostatnia przechadzka?

Kiedy zbliżał się do końca mój sierpniowy pobyt w Nowym Jorku, zdałem sobie sprawę, że to naprawdę może być ostatni raz. Przede wszystkim dlatego, że 25 grudnia wygasa moja wiza wjazdowa i wcale nie jest takie pewne, że jeszcze mi przyznają kolejną. 

Poza tym mogę się wreszcie znudzić i nie mieć więcej ochoty na kolejny przyjazd do tego samego miasta, podczas gdy tyle fascynujących miejsc czeka na „odkrycie” ich przeze mnie osobiście i dla Czytelników „Opiekuna” oczywiście też. Dlatego postanowiłem ostatni dzień przed odlotem poświęcić mojej ulubionej czynności, czyli… włóczeniu się po Manhattanie, podglądaniu Nowojorczyków i turystów, zaglądaniu do ulubionych parków i kościołów, a później, jeśli wystarczy czasu, przejściu pieszo przez brookliński most i potem dalej aż do plebanii parafii Najświętszych Serc Jezusa, Maryi i Świętego Szczepana w Carroll Garden, która od kilku lat jest „moją” parafią w Nowym Jorku (dokładnie na Brooklynie, a to już inna diecezja). Kiedy obwieszczam mój plan proboszczowi Anthoniemu, ten podsumowuje mnie krótko: „Sei matto!” co w języku włoskim znaczy: „Jesteś wariat!” (na marginesie wyjaśnię, że Anthony jest Nowojorczykiem w drugim pokoleniu, jego rodzice wyemigrowali z Włoch i Anthony urodził się już w Ameryce, ale doskonale mówi również po włosku, a także – mając Polkę za gospodynię -  zna całkiem sporo słów po polsku, więc nasze rozmowy to zawsze jedna wielka mieszanka lingwistyczna). Wiem, że to sporo mil, ale cóż to dla starego pielgrzyma?

I tak 27 sierpnia celebruję Mszę Świętą o 9. i zaraz po niej wsiadam do metra i jadę aż do Parku Centralnego, bo stamtąd chcę rozpocząć moją ostatnią włóczęgę po Manhattanie. O tym, że nie udało mi się przeczytać nawet jednego rozdziału przyniesionej ze sobą książki, o spotkaniu z Anną i przeżytym w parku trzęsieniu ziemi już Wam opowiadałem, więc możemy iść dalej. Park opuszczam przez bramę znajdującą się na południowo – zachodnim jego narożniku, bo w ten sposób mogę przespacerować przez Lincoln Center, jedno z najważniejszych miejsc na mapie kulturalnej miasta, gdzie znajduje się siedziba opery, baletu, filharmonii i nie wiem czego jeszcze, w każdym razie tam odkryłem swoją pasję do muzyki poważnej i baletu, zwłaszcza jeśli można się nimi nacieszyć za całkiem małe pieniądze (amerykańska polityka kulturalna: artysta powinien występować przed pełną salą, więc lepiej sprzedać ostatnie bilety za bezcen, niż stresować artystów pustymi krzesłami). W święta stoi tu zawsze przepiękna choinka tuż obok fontanny i trochę mi się robi smutno, że jej w tym roku nie zobaczę. 

Idąc dalej na południe wstępuję po raz pierwszy do wielkiego kościoła ojców paulinów i tam myślę, że byłoby przykro nie odwiedzić przed wyjazdem naszej katolickiej katedry św. Patryka, w której miałem okazję w 2007 i 2008 roku odnawiać moje kapłańskie przyrzeczenia w Wielkim Tygodniu. Odbijam więc na wschód i idę do katedry, a tam oczywiście przed ołtarz polski z Jasnogórską Panią i myślę o Cudownym Wizerunku Nawiedzenia, który właśnie znajduje się na terenie naszej diecezji. Po krótkiej modlitwie szybciutko maszeruję znowu na zachodnią część Manhattanu, bo tam właśnie znajduje się bardzo ciekawy park, który świadczy o inwencji Nowojorczyków i chęci wykorzystania każdego dostępnego kawałka ziemi. 

Wiadomo na Manhattanie ziemia jest dosłownie na wagę złota. Swoją drogą to jest pewien paradoks, że w kraju tak rozległym jak Ameryka, życie koncentruje się na małych w sumie skrawkach ziemi, gdzie idzie się w górę (drapacze chmur) czy wydziera teren morzu. Słyszałem, że aby rozbudować jeszcze bardziej dolną cześć Manhattanu, po prostu wydzierano coraz więcej terenu morzu, upychając tam miliony ton pisku i później budując. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli tak było w rzeczywistości, to w pewnym sensie słynne wieżowce World Trade Centre były zbudowane na piasku… 

Ale wracamy do parku, który nazywa się High Line i jest po prostu starą linią kolejową, której tory były wybudowane na wiadukcie idącym wzdłuż Manhattanu kilka metrów nad ziemią. Kiedy zamknięto tę linię kolejową, po kilku latach ktoś wpadł na genialny pomysł, aby zrobić tam taki powietrzny park i dzisiaj ma on już dobrych kilka kilometrów długości. Idę więc tym parkiem na południe oglądając zachodni Manhattan z góry. Na końcu parku postanawiam jeszcze odwiedzić pewien hotel, który zasłynął tym, że w latach międzywojennych mieszkali tam znani amerykańscy pisarze. Chodzi mi o Hotel Chelsea, który dzisiaj lata świetności ma już za sobą, ale dla mnie był wart zobaczenia ze względu na mojego ulubionego Leonarda Cohena, który śpiewa o nim w jednej ze swoich piosenek. Stamtąd muszę się już przemieszczać na wschód, aby dojść w okolice City Hall, czyli ratusza skąd mogę wejść na promenadę dla pieszych na Brooklińskim Moście. 

Kiedy idę przez most powoli robi się ciemno i odżywają wszystkie sentymenty związane z tym miejscem. Już po drugiej stronie rzeki, na Brooklynie, rozciąga się wspaniała panorama tak mostu, jak i rozświetlonego już Manhattanu. Właśnie stąd zrobiłem zdjęcie, które znalazło się w moim pierwszym eseju nowojorskim napisanym dla „Opiekuna” dwa lata temu. Tekst, który właśnie czytacie miał być ostatnim takim esejem zatytułowanym „Ostatni dzień w Nowym Jorku”. Tak to sobie zaplanowałem i z taką intencją robiłem zapiski podczas tej ostatniej przechadzki. Ale Pan Bóg ciągle nas zaskakuje. I tak oto, gdy czytacie te słowa, ja jestem… w Nowym Jorku i pewnie zastanawiam się, o czym Wam napisać w następnym eseju ;-)

Tekst i foto ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!