TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 09 Grudnia 2019, 15:20
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Ojciec „Cienia ojca” (2)

OJCIEC „CIENIA OJCA” (2)

Dziś opowieści o pisarzu okresu PRL Janie Dobraczyńskim ciąg dalszy. Media od lat o nim milczą, a jego nazwisko wciąż wywołuje ogromne kontrowersje.

Mimo, że o Dobraczyńskim próżno szukać informacji w mediach, zwłaszcza mainstreamowych, ostatnio jednak odkryłam ciekawy zapis o pisarzu w książce Ewy Kurek. Nosi ona tytuł „Dzieci żydowskie w klasztorach. Udział żeńskich zgromadzeń zakonnych w akcji ratowania dzieci żydowskich w Polsce w latach 1939-1945”. Przypomnę, że dr Kurek jest jednym z historyków walczących o rzeczywiste przedstawianie relacji polsko-żydowskich w czasie okupacji.
Od 2008 roku, pomnikową postacią w dziejach ratowania żydowskich dzieci przez Polaków, według mediów, jest Irena Sendlerowa. Tymczasem, nie ujmując niczego jej zasługom, fakty historyczne ukazują, że m.in. Dobraczyński, nie tylko nie ustępował jej bohaterstwem, ale może nawet ją przewyższał.
Ponieważ mój ojciec był
w przyjaźni z Korczakiem…
W latach 80. XX wieku dr Kurek rozmawiała z Dobraczyńskim o jego działalności na rzecz dzieci. Oto co jej powiedział. „Ponieważ mój ojciec był w przyjaźni z dr. Korczakiem, a telefony do getta jeszcze wtedy działały, na moją prośbę ojciec zatelefonował do niego. Stanęło na tym, że Korczak przez dziurę w murze, którą dzieci wyszły z getta, wyśle ludzi ze swojego zakładu. Na kilka minut przed godziną policyjną osobiście odprowadziłem dzieci pod mur getta. Wszystkie trafiły za mur, a tym samym znikły z oficjalnej listy małych żebraków. Tamte wydarzenia powróciły do mnie po dwóch latach, gdy jasnym stało się, że Niemcy gotują się do likwidacji getta. Wśród wielu wojennych problemów zaistniał wtedy także problem ratowania żydowskich dzieci. Dzięki tamtej akcji „żebraczej” poznałem grupę podległych mi służbowo opiekunek społecznych. Wiedziałem, że zajmują się kwestią żydowską. Poinformowały mnie, że od pewnego czasu pracują nad tym, aby znaleźć możność wyprowadzenia z getta dzieci i oddawania ich pod opiekę polskich rodzin lub zakładów opiekuńczych. Największą trudnością, na jaką napotykały w swej pracy, była obawa ze strony prowadzących sierocińce zakonnic. Siostry nie wiedziały, czy mogą zaufać nieznanym sobie osobom. Zapewniłem opiekunki, że będą mogły odprowadzać dzieci do zakładów, a ja biorę już na siebie sprawę, aby zakłady dzieci przyjmowały. Mogłem podjąć się tego zadania. Ojciec mój przez 40 lat, do roku 1932, był dyrektorem opieki społecznej w Warszawie i z racji tego współpracował blisko z rozmaitymi zakładami zakonnymi. Jako jego syn, byłem znany w domach zakonnych. Z tymi właśnie zakładami rozpocząłem współpracę przy lokowaniu dzieci żydowskich w sierocińcach. Zawiadomiłem siostry, że będę do nich przysyłał żydowskie dzieci, oczywiście na podstawie fałszywych dokumentów. Nie miałem obowiązku osobistego podpisywania skierowań do zakładów, bo robił to mój podwładny, kierownik referatu. Umówiłem się jednak z siostrami, że mój podpis na skierowaniu będzie świadczyć o tym, że przysyłamy im dziecko żydowskie. (…)
Nie potrafię określić liczby podpisanych przeze mnie skierowań. Od pań opiekunek wiem tylko - zwłaszcza od pani Jadwigi Piotrowskiej, z którą współpraca przerodziła się w szczerą przyjaźń - że było ich co najmniej trzysta. Skąd brały się żydowskie dzieci? Były to najczęściej dzieci, których rodzice błagali o ukrycie ich, sami zaś albo byli w getcie i czuli, że getto skończy się źle, albo ukrywali się poza gettem i dziecko było dla nich balastem. Były też dzieci, które zostały przez swych rodziców umieszczone w polskich rodzinach, a te poczuły się zagrożone i ze strachu szukały dla swych podopiecznych bezpiecznego miejsca. Zdarzały się także rodziny czy osoby nieuczciwe, które wzięły od żydowskich rodziców pieniądze za ukrycie dziecka, a potem dla wyłudzenia dalszych pieniędzy szantażowały ich. W tych ostatnich przypadkach dzieci żydowskie należało po prostu wyrwać z rąk szantażystów i zabezpieczyć zarówno je same, jak i ich rodziców (…)
Nie ma sprzeczności
Dlaczego ratowałem żydowskie dzieci? To proste. W moim domu rodzinnym panowała tolerancja. (…) W szkole miałem kolegów Żydów, a jeden z nich przez lata był moim najlepszym przyjacielem. Żydzi, z którymi utrzymywaliśmy kontakt, byli religijni w sposób - powiedziałbym - normalny. (…) Poza tym, co powiedziałem wyżej, dla nikogo nie jest tajemnicą, że osobiście wywodzę się ze środowisk narodowych. Środowiska te często są oskarżane o antysemityzm.
W rzeczywistości - jeśli już upierać się przy nazywaniu tego zjawiska antysemityzmem - trzeba mówić o antysemityzmie ekonomicznym środowisk narodowych. Taki antysemityzm nigdy nie miał nic wspólnego z antysemityzmem rasowym, jaki pojawił się w hitlerowskich Niemczech. Antysemityzm ekonomiczny w polskich środowiskach narodowych brał się stąd, że w Polsce przed wojną był bardzo duży, sięgający 12%, wskaźnik ludności żydowskiej. W dziedzinie handlu udział Żydów był tak duży, że pewne dziedziny były całkowicie w ich rękach. Taka konkurencja ekonomiczna musiała wywoływać konflikty. W tym sensie, rzeczywiście, byłem antysemitą ekonomicznym. Mój „antysemityzm” nigdy nie sięgał chęci odbierania komukolwiek życia! Nie ma sprzeczności pomiędzy moim antysemityzmem a tym, że gdy trzeba było, ratowałem Żydów i żydowskie dzieci. Ratowałem je więc przede wszystkim dlatego, bo były dziećmi, ponieważ były prześladowane, ponieważ groziła im śmierć, ponieważ były ludźmi. Ratowałbym każdego zagrożonego śmiercią człowieka. A dziecko jest mi szczególnie bliskie. Tak mi nakazuje moja religia katolicka. Nie liczyłem na żadną nagrodę czy choćby tylko słowne uznanie. Jeśli mogłem ocalić życie kilkuset dzieci, uczyniłem to. Sam ten fakt jest dla mnie najlepszą i wystarczającą nagrodą”. CDN

Aleksandra Polewska

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!