TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Stycznia 2020, 11:31
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Ocalona z piekła (3)

Ocalona z piekła (3)

Ania

Ania Golędzinowska z włoskim wydaniem swojej książki zatytułowanym „Oczy dziecka”

Ania napisała książkę. Znalazła wydawcę, jednak ten, choć był bardzo poruszony jej historią, postawił warunek. - Opublikuję ją pod warunkiem, że pojedziesz do Medjugorie i zaraz, jak tylko stamtąd wrócisz zaczynamy proces wydawniczy. To, że Ania nie była religijna, to mało powiedziane. Kiedy szła ulicą i miała przejść obok kościoła, wolała przejść na drugą stronę jezdni. Jednak teraz tak bardzo zależało jej na publikacji, że była gotowa pojechać nawet na pielgrzymkę. Tamtego dnia wydawało się jej, że jest kobietą sukcesu. Że spełniła swoje marzenia. Nie podejrzewała nawet, że w Medjugorie po raz pierwszy w życiu poczuje się szczęśliwa i że to poczucie nie zniknie po powrocie jak kamfora, ale całkowicie odmieni jej życie. Jej spojrzenie na życie. Jej oczy.

„Oczy dziecka” – tak brzmi włoski tytuł owej głośnej książki, która w Polsce stała się bestsellerem jako „Ocalona z piekła”. Jednak w dniu, w którym jej wydawca prosił Anię, by przed publikacją pojechała do Medjugorie, jej dzieło nosiło całkiem inny tytuł. I choć opowiadało jej własną historię, było w gruncie rzeczy historią całkiem innej dziewczyny, niż ona. A wszystko dlatego, że Ania dzieli swoje życie na dwie części: na tę do pielgrzymki do Medjugorie i na tę po niej. Pojechała do Bośni i na początku kompletnie niczego tam nie czuła. Niczego nie oczekiwała. Lubi podkreślać, że kiedy człowiek jest zadowolony z życia, Bóg nie jest mu do niczego potrzebny. Jej też wtedy nie był potrzebny. Drażniła ją atmosfera tego miejsca. Te skupione, nabożne miny pielgrzymów z całego świata. Ten tłum. Te modlitwy. Wszystko. Ale skoro pobyt w Medjugorie miał być ceną za publikację jej książki – okej. Odbębniła swoje. I kiedy już była pewna, że absolutnie nic się w Medjugorie nie wydarzy, usłyszała w swoim wnętrzu dziwny głos. Ten głos zapraszał, by przebaczyła wszystkim tym, którzy ją w życiu skrzywdzili. Nie dla tych, którzy ją niszczyli, ale dla siebie samej. A trzeba przyznać, że krzywdziciele Ani stanowili całkiem sporą armię. Od rodziców, którzy zaniedbywali ją i jej siostrę od dziecka. Miała wybaczyć ojcu alkoholikowi, który idąc pewnego dnia po kolejną butelkę wódki poślizgnął się na oblodzonych schodach warszawskiego sklepu, a jego upadek okazał się śmiertelny. Mamie, która po jego śmierci wpadła w depresję, a potem za wszelką cenę chciała znaleźć sobie partnera. Jednemu z „wujków”, przyjaciół mamy, który w czasie jej nieobecności molestował Anię seksualnie. Mama nie chciała wierzyć, więc teraz musiała „wujkowi” wybaczyć molestowanie, a mamie to, że nie chciała jej bronić. Siostrze, że istnieje, bo jej pojawienie się na świecie, Ania odebrała jako zamach na siebie samą. Ludziom, którzy dali jej narkotyki. Tym wszystkim, którzy nie chcieli widzieć, że cierpi i przez brak wrażliwości których, w wieku 16 lat Ania postanowiła się zabić. Człowiekowi, który rok później, mamiąc młode, ładne nastolatki wizją międzynarodowej kariery modelki, wywiózł ją do Włoch odebrał paszport i zmuszał do pracy w podrzędnym domu publicznym w Turynie. Policjantom z Turynu, którzy wiedząc, co dzieje się z młodymi dziewczynami stamtąd chronili ciemne interesy właściciela „agencji towarzyskiej”. Mężczyźnie, który był przystojny, dobrze ubrany i bardzo miły, dopóki nie zabrał jej z agencji na przejażdżkę i brutalnie zgwałcił. Mężczyznom, którzy wiedząc, że dziewczyny trafiły do „tej pracy” wskutek przestępstwa korzystali chętnie z usług agencji, a proszeni o pomoc znikali w mgnieniu oka. Mężczyznom, których Ania poznała już po ucieczce z Turynu i wykradnięciu swego własnego paszportu, a którzy obiecywali jej wszystko i dawali wszystko, prócz miłości. 

Książka, którą Ania zostawiła u wydawcy opowiadała o nich wszystkich. Tyle, że jej śliczna autorka nie pisała na jej stronach „to moja historia”. Pisała o pewnej dziewczynie. Dziewczyna przyszła na świat na początku lat 80. w komunistycznej Warszawie, w biednej rodzinie, w której do pewnego momentu wszystko jakoś się układało, ale odkąd zmarł ojciec życie małej bohaterki zamieniło się w piekło. Dziewczynka miała jednak marzenia i postanowiła walczyć o ich realizację. Wyrwać się z biedy, szarości, zostać aktorką albo modelką, znaleźć prawdziwą miłość i bezpieczeństwo. Mimo, że mała słyszała od dziecka, że marzenia są dla bogatych, nie wierzyła w to. Wkrótce jednak przekonała się, że coś w tym powiedzeniu jest. Miała kilkanaście lat i już maszerowała po równi pochyłej. Po próbie samobójczej odratowano ją w tym samym szpitalu, w którym kiedyś przyszła na świat. - Tam urodziłam się na nowo – mówi dzisiaj. – Tam postanowiłam walczyć o siebie od początku. 

I walczyła. Ale zupełnie niechcący wpadła do jaskini lwa. Początkowo nic nie budziło jej niepokoju. Pierwszy kontrakt modelki był w pełni profesjonalny, nic nie wskazywało na to, że jest przykrywką handlu żywym towarem. Kiedy wyrwała się z piekła turyńskiej agencji towarzyskiej, trafiła na prawdziwe salony. Bajka o Kopciuszku się spełniła. Najdroższe samochody, ubrania, torby, telefony, weekendy na Lazurowym Wybrzeżu i Seszelach. Luksusowe mieszkania, praca w telewizji, sława celebrytki, zakochany, najprawdziwszy książę i bratanek Silvio Berlusconiego. A jednocześnie rozbierane zdjęcia, podobno imprezy u premiera, które zasłynęły jako bunga-bunga i poczucie bezsensu życia. Ale może na tym właśnie życie polegało? – tłumaczyła sobie bohaterka książki, którą Ania zaniosła do wydawcy. Książki o spełnionych marzeniach. Pomimo wszystko spełnionych. Kiedy wróciłam z Medjugorie zadzwoniłam do wydawcy i podziękowałam za to, że kazał mi tam jechać. I powiedziałam, że nie może tej książki wydać, bo muszę napisać ją od początku – wspomina dziś Ania. – Tamta historia była przepełniona goryczą, a ja z Medjugorie wróciłam szczęśliwa, zaakceptowałam swoją historię. Zobaczyłam ją na nowo, nowymi oczami, które tam dostałam. Te oczy mam do dzisiaj, są pełne radości. Dlatego dałam jej nowy tytuł: „Oczy dziecka”. Ludzie, którzy mnie znali wcześniej mówią, że w moich oczach widać teraz dziecięcą radość. I, że moje oczy są dla nich dowodem na to, że wszystko może się zmienić. Że Bóg istnieje, że kocha każdego z nas. I, że na nas czeka, bo chce nam dać szczęście.

Aleksandra Polewska


Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!