TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 05 Grudnia 2020, 01:07
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie możemy milczeć

Nie możemy milczeć

Bardzo ciężko jest prowadzić jakąkolwiek rozmowę w atmosferze, jaką mamy dzisiaj wokół prawa każdego człowieka do życia, bo tym jest dla mnie ta dyskusja, albo prawa kobiety do legalnej aborcji, bo tak ją definiują uczestniczki protestów. Ale czy możemy znaleźć punkt spotkania bez jasnej odpowiedzi na pytanie: kiedy zaczyna się człowiek i nabywa swoje prawa?

Byłem chyba na trzecim roku w seminarium, kiedy przyszło dokonać wyboru gałęzi teologii, w której będę chciał się wyspecjalizować i profesora pod którego kierunkiem napiszę pracę magisterską. Nie ukrywam, że wówczas największy wpływ na moją decyzję miała osobowość ks. profesora Romana E. Rogowskiego, teologa dogmatyka, pisarza, poety i wielkiego miłośnika gór. Wybrałem więc nie tyle przedmiot, co prowadzącego i nigdy tej decyzji nie żałowałem. Doskonale pamiętam rozmowę z Ks. Profesorem na temat mojej pracy magisterskiej. Powiedziałem mu, że najbardziej interesują mnie zagadnienia miłości i wolności. Że chciałbym od strony teologii spojrzeć na te ważne dla człowieka rzeczywistości. Ksiądz Rogowski zamyślił się przez chwilę powtarzając po cichu słowa „miłość i wolność” aż wreszcie powiedział: „To może napiszesz pracę o ochronie życia poczętego. Ale tak szeroko. Przeegzaminuj argumenty biblijne, teologiczne, filozoficzne i medyczne za ochroną życia poczętego”.
W pierwszej chwili się przeraziłem, ale ponieważ miałem spore zaufanie do księdza profesora oczywiście przyjąłem propozycję. Praca nie była łatwa, dzisiaj pewnie napisałbym ją zupełnie inaczej. Musiałem się poruszać w różnych rodzajach terminologii naukowej, jestem przekonany, że chyba do końca nie udało mi się nadać jednolitej warstwy językowej. Ale na pewno wniknąłem dość głęboko w tematykę, od tego czasu nie przestałem z uwagą śledzić tego co się dzieje wokół prawodawstwa odnośnie ochrony życia poczętego, wziąłem nawet udział w jednym z najważniejszych na świecie marszów pro life w Waszyngtonie. I zawsze pamiętam, że ten temat w głowie księdza profesora Rogowskiego zrodził się na fundamencie dwóch słów: miłości i wolności. Nigdy nie tracę tego fundamentu z oczu.

Jeśli nie od poczęcia, to od kiedy?

Przede wszystkim chciałbym najprościej jak potrafię wytłumaczyć, dlaczego jestem za ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Nie będę używał argumentów naukowych (dawno nie czytałem swojej pracy magisterskiej), ale zdrowego rozsądku. Otóż, jeżeli człowiek idzie na polowanie, ma jakąś strzelbę w dłoni i coś się poruszy w krzakach to nie strzela w te krzaki, bo może tam być człowiek, a przecież nie chce zabić człowieka. Dopóki nie ma pewności, że to nie człowiek, nie strzela.
I teraz powróćmy do dziecka nienarodzonego, które rozwija się w łonie matki. Jeżeli nie przyjmiemy za początek osoby ludzkiej momentu, w którym łączą się gamety męska i żeńska, to nie znajdziemy żadnego innego momentu w rozwoju płodowym dziecka, który moglibyśmy uznać za przełomowy. Każda decyzja będzie arbitralna. Dlatego zdrowy rozsądek podpowiada, że jeśli nie chcę ryzykować, że zabijam osobę ludzką, uznaję jej początek w poczęciu. Wszelkie inne kryteria są zawodne.
Tak to opisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae: „Niektórzy próbują usprawiedliwić przerywanie ciąży, uważając, że owoc poczęcia przed upływem pewnej liczby dni nie może być uważany za osobowe życie ludzkie. W rzeczywistości, „od chwili zapłodnienia komórki jajowej rozpoczyna się życie, które nie jest życiem ojca ani matki, ale nowej istoty ludzkiej, która rozwija się samoistnie. Nie stanie się nigdy człowiekiem, jeżeli nie jest nim od tego momentu. Tę oczywistą prawdę, zawsze uznawaną, (...) nowoczesna genetyka potwierdza cennymi dowodami. Ukazała ona, że od pierwszej chwili istnieje dokładny program tego, kim będzie ta żywa istota: człowiekiem, tym konkretnym człowiekiem, którego cechy szczególne są w pełni określone. Od zapłodnienia rozpoczynają się dzieje życia człowieka, choć potrzeba czasu, aby każda z jego wielkich potencjalnych zdolności w pełni się ukształtowała i mogła być wykorzystana”. Chociaż obecność rozumnej duszy nie może być stwierdzona w żaden sposób doświadczalnie, to jednak sama wiedza naukowa o embrionie ludzkim „dostarcza cennej wskazówki dla rozumowego rozpoznania obecności osobowej od pierwszego momentu pojawienia się życia ludzkiego: czy jednostka ludzka nie jest osobą ludzką?”.
Nie potrzebuję innych argumentów, kiedy zaczyna bić serce, kiedy wytwarzają się kolejne organy, czy też od kiedy dziecko jest w stanie przeżyć, bo przecież nawet po urodzeniu dziecko nie jest w stanie przeżyć bez pomocy. Jeżeli zaczniemy manipulować z określaniem od kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, możemy tego nigdy nie zatrzymać, a każda kolejna teza będzie tak samo „prawdziwa” jak poprzednia. Zresztą próbki już mamy. Poprzedni prezydent USA Barack Obama był na przykład przekonany, że jeśli dziecko jakimś cudem przeżyje aborcję i urodzi się żywe, to dla potwierdzenia prawa matki do wyboru, powinno być on i tak zabite (dobite?). Jeszcze jeden przykład: osiem lat temu dwoje włoskich naukowców Alberto Giubilini i Francesca Minerva opublikowało artykuł w poważnym periodyku Journal of Medical Ethic, sugerując dopuszczalność – jak to nazwali – aborcji po-urodzeniowej. Mówiąc inaczej, dziecko, które się już narodziło mogłoby być zabite, jeśli jego istnienie w jakiś sposób przeszkadzałoby (np. będąc chore, ale nie tylko w tym przypadku) w życiu jego rodziców. Rzecz wydaje się tak absurdalna, że nie powinna nawet zasługiwać na jakikolwiek komentarz. Warto jednak podkreślić kilka aspektów. Na przykład użycie słowa „aborcja” w stosunku do urodzonego już dziecka. Jest ono nieuzasadnione, ale ponieważ chodzi o termin, który już się „przyjął”, który jest akceptowalny i nie jest w powszechnym mniemaniu określeniem morderstwa, ale prawa kobiety, mamy tu do czynienia z diabelsko przebiegłą próbą przesunięcia granicy: nikt nie zabiłby narodzonego dziecka, ale aborcja to co innego. Włoscy naukowcy pisali, że „noworodek nie jest osobą, ponieważ nie ma świadomości własnej egzystencji. Nie ma, podobnie jak dziecko jeszcze nienarodzone, wykształconego poczucia nadziei, marzeń i celów życiowych”, dlatego ważniejszy jest interes rodziców, którzy mogą prosić lekarza o zabicie tego dziecka. Przepraszam, proszą o „aborcję po-urodzeniową”. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy zacząłem mieć marzenia...

Co dalej w naszym kraju?

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego o niezgodności z Konstytucją prawa do aborcji w przypadku przesłanki eugenicznej rozpętało burzę. Cały „postępowy świat” się oburzył. Jak można robić taki krok do tyłu? Dlaczego chcą zmusić kobiety do tortur? Jak można było ogłosić ten werdykt w takim okresie? Pomijając fakt, że od dawna było ogłoszone, że orzeczenie będzie w październiku, to i tak wiadomo, że dla tego typu orzeczenia nigdy nie będzie właściwego czasu. W każdym wypadku mielibyśmy burzę. Zresztą wystarczy prześledzić blogi i profile niektórych działaczek feministycznych, aby zrozumieć, że od miesięcy „marzyły im się” takie wydarzenia jak w Santiago de Chile, gdzie w listopadzie ubiegłego roku splądrowano i bezczeszczono kościoły. Nie wiem jak długo utrzymałby się tzw. kompromis aborcyjny, ale przecież działaczki Strajku Kobiet nie ukrywają, że chodzi im o całkowitą legalizację aborcji, a nie o zachowanie kompromisu. Celowo piszę o działaczkach, bo nie wiem co myślą pozostałe uczestniczki protestów przeprowadzanych w takiej formie.
Nie przypominam sobie jakichś strasznych zadym ze strony obrońców życia pod domostwami sędziów Trybunału Konstytucyjnego mających na celu zmuszenie ich do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Owszem, wiem o wielkiej akcji modlitewnej, o nowennie w tej intencji, o listach w kulturalnej formie proszących o nieprzesuwanie terminu orzeczenia. Natomiast to co widzę obecnie trudno mi nawet skomentować. Na pewno nie jest to zaproszenie do dialogu ani do dyskusji o prawach człowieka.
Na manifestacji pro life w Waszyngtonie widziałem taki transparent ze zdjęciem ludzkiego embrionu i napisem: „nie jestem drzewem, czy ktoś stanie w mojej obronie?”. Myślę, że zachowując szacunek dla demonstrujących, ludzie wiary powinni temu nienarodzonemu dziecku odpowiedzieć: „My”. Bo cokolwiek uczynimy jednemu z tych najmniejszych uczynimy dla Jezusa. Jeśli my nie będziemy mówić, to kamienie wołać będą.
Ale broniąc nienarodzonych musimy również otoczyć opieką małżonków, czy też rodziców, którym przyjdzie urodzić chore dziecko. Apelujmy do państwa, aby powstawały kolejne hospicja perinatalne, aby takie rodziny miały opiekę i pomoc. Ale też każdy z nas, gdy w swoim otoczeniu napotka kogoś, kto się boryka z taką sytuacją, powinien zapewnić nie tylko o swojej modlitwie, ale też udzielić wszelkiej możliwej pomocy. Bycie za życiem ma znacznie głębsze konsekwencje niż tylko opowiedzenie się za jakąś opcją.

Świadectwa

Na zakończenie dwa cytaty. Dr Tomasz Dangel, założyciel Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, w ramach którego działa także Hospicjum Perinatalne wypowiedział się w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” na temat cierpienia dziecka chorego w łonie matki: „Aborcję w Polsce przeprowadza się przez sztuczne poronienie, tzn. nie zabija się dziecka w macicy, ale doprowadza do przedwczesnego porodu. Dziecko, które rodzi się w ten sposób przed 24. tygodniem ciąży, ma niedojrzałe płuca i z tego powodu odczuwa duszność tak długo, jak jeszcze żyje, np. kilka godzin. Duszność jest znacznie trudniejsza do wytrzymania niż ból (…). Człowiek, który sam tego nie doświadczył, nie może sobie wyobrazić cierpienia sztucznie poronionego dziecka, które próbuje samo oddychać i się dusi. Dlatego uważam, że nawet jeżeli to dziecko zostało skazane na śmierć, to powinno otrzymać morfinę i tlen. Tak postępujemy w hospicjum u umierających dzieci odczuwających duszność”. Czyli jest możliwe, aby nawet dziecko, które musi umrzeć wskutek swojej nieuleczalnej choroby, umierało po ludzku.
A drugi cytat pochodzi z mojej rozmowy z rodzicami Zosi, która została zdiagnozowana jako bezczaszkowiec i z wodogłowiem, i w świetle polskiego prawa, mogła być poddana aborcji, co zresztą było matce często sugerowane. Rodzice postanowili ją urodzić.
Mówi mama Anna: „Zosia była malutka, ważyła zaledwie 700 gramów, co było dla mnie dużym szokiem, ale wada była na tyle istotna, że zahamowała rozwój dziecka. Bardzo się nią cieszyliśmy, przytulaliśmy, cały czas była w czyichś rękach, albo moich, albo męża, albo mojego brata, który również zdążył dojechać. Po stwierdzeniu zgonu, kiedy serduszko przestało bić, Zosia pozostała jeszcze z nami, nie zabrano jej, dano nam jeszcze dwie godziny, a de facto zabrano ją po trzech. Jeszcze moi rodzice, którzy jechali z daleka, zdążyli ją zobaczyć (...) Takie dzieciątko nie ma siły ani się ruszać, ani płakać. Dla nas ona się uśmiechała. Na zdjęciach widać różne mimiki twarzy... Uważam, że nie mamy dostępu do wszystkiego. Nasz umysł jest uwięziony tutaj, w tym świecie, czasie i przestrzeni, nie sięgamy zbyt daleko. Nie wiemy, czy dziecko myśli, czuje... Ja uważam, że Zosia czuła i wiedziała, że jest kochana”.
I tata Stefano: „Trzeba powiedzieć, że byliśmy na to przygotowani i było dla nas bardzo ważne, że mieliśmy te dwie godziny. Byłem przeszczęśliwy, że mogłem ją objąć i pokazać jej, że ją kocham. Miałem dokładnie to samo uczucie szczęścia, kiedy wziąłem w ramiona naszego pierwszego synka, Tomka, kiedy się urodził. Oczywiście, kiedy serce przestało bić, zapłakaliśmy, to normalne... Ale myśl, że ona już przeszła na drugą stronę, że ona tam jest, odczytuję jako zaproszenie: „Tato, przyjdź”. W mojej głowie, kiedy umarła w moich ramionach, poczułem taką pewność, że tutaj jest jej malutkie ciałko, jest Zosia, ale tam z drugiej strony też już jest Zosia”.

Ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!