TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 08 Kwietnia 2020, 17:28
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Mama zaprowadziła mnie do Maryi

Mama zaprowadziła mnie do Maryi

Tuż po rozpoczęciu peregrynacji Cudownego Wizerunku Nawiedzenia w diecezji kaliskiej zamieściliśmy rozmowę z ojcem Hieronimem, jednym z dwóch kustoszy Ikony Jasnogórskiej. Od kilku miesięcy ojciec Hieronim został proboszczem jednej z paulińskich parafii, a jego miejsce na peregrynacyjnym szlaku zajął ojciec Mariusz Małkiński. Zapytaliśmy go o historię jego powołania i wrażenia z nowej dla niego posługi. Oto, co nam powiedział o sobie. Już wkrótce zamieścimy również rozmowę z ojcem Krzysztofem. 

 

Proszę Ojca, w jaki sposób zetknął się Ojciec po raz pierwszy z paulinami?

Ojciec Mariusz Małkiński: Urodziłem się w Ełku na Mazurach i tam nie było paulinów, moje powołanie jest raczej związane z pielgrzymką na Jasną Górę. Pierwszy raz na pielgrzymkę zabrała mnie mama, kiedy miałem dwanaście lat, więc właściwie byłem jeszcze dzieckiem. Pielgrzymowaliśmy tak razem przez kolejnych kilka lat, a ponieważ wówczas nie było jeszcze pielgrzymek diecezjalnych, więc jeździło się do Warszawy i stamtąd na pieszo do Częstochowy. Wtedy można powiedzieć rozpoczęło się moje poznawanie Jasnej Góry i ojców paulinów. Myślę, że już wtedy rodziło się powoli to powołanie do życia zakonnego, właśnie podczas pielgrzymek.

 

Czyli najpierw mama zaprowadziła ojca do Maryi, do Częstochowy, a potem już zaopiekowali się ojcem paulini?

Bynajmniej nie było to takie proste, a wręcz przeciwnie, moja droga do paulinów i do kapłaństwa była dość skomplikowana. Przygodę seminaryjną rozpoczynałem dwa razy. Za pierwszym razem, tuż po ukończeniu szkoły średniej wstąpiłem do seminarium, ale nie u paulinów, tylko kanoników regularnych. Jak mówiłem wcześniej, w moim mieście rodzinnym nie było paulinów, za to moja parafia była prowadzona przez kanoników regularnych i chyba dlatego tam skierowałem swoje kroki. U kanoników spędziłem dwa lata, nowicjat i pierwszy rok studiów, ale po tym okresie, w którym przeżywałem różne problemy i rozterki stwierdziłem, że chyba jednak nie nadaję się do kapłaństwa. Niemal natychmiast po odejściu z zakonu kanoników otrzymałem kartę powołaniową do wojska. Odbyłem pełną służbę, wówczas trwała ona półtora roku, ale cały czas gdzieś tam we mnie kołatała się ta myśl o kapłaństwie.

 

W każdym razie nikt nie może ojcu zarzucić, że poszedł w kapłaństwo aby się uchronić przed wojskiem?

Powiem szczerze, że chciałem iść do wojska. To był trudny moment w moim życiu, bo jednak to powołanie do kapłaństwa już wcześniej się we mnie rozwijało i po tej w sumie nieudanej próbie z kanonikami regularnymi wydawało się, że coś się zmienia, że może to jednak nie moja droga i w tym momencie wojsko bardzo się przydało. Był to czas takiego przełamywania siebie, bo ja w wojsku nauczyłem się, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Jak się chciało jechać do domu na przepustkę, to trzeba było na przykład wszystko posprzątać i to nie tak zwyczajnie, ale po prostu na błysk, gdyż było to skrupulatnie sprawdzane i najdrobniejsze nawet przeoczenie czyniło wszystko daremnym. Poza tym dużo sportu i wiele innych sytuacji w wojsku pomogło mi przełamać różne wewnętrzne trudności, z którymi się borykałem wcześniej. Przede wszystkim nauczyłem się, że nie wolno łatwo się poddawać, czy zawracać z raz obranej drogi.

 

Rozumiem, że drugie podejście było już u ojców paulinów.

Tak. Po zakończeniu służby wojskowej znowu poszedłem na pielgrzymkę, aby prosić Maryję o jakieś światło, aby zdecydować co dalej robić ze sobą. Miałem nadzieję, że podczas pielgrzymowania będę miał czas na refleksję, na przemyślenia, ale ponieważ grałem już wówczas na gitarze, okazało się, że całą pielgrzymkę musiałem grać i wolnej chwili nie miałem, aby porozmawiać z jakimś księdzem czy ojcem. Dopiero na sam koniec, przed wejściem do Częstochowy zapytałem tylko kleryka, gdzie mają seminarium. I on mi odpowiedział, że w Krakowie. Po powrocie z pielgrzymki przez całą noc myślałem, co mam zrobić... „Do paulinów, do paulinów, do paulinów” ta myśl mnie nie opuszczała, więc na drugi dzień przepakowałem swoje rzeczy i powiedziałem mamie, że jadę do paulinów. Mama oczywiście ucieszyła się, bo to było też pragnieniem moich rodziców, abym był księdzem. I wyszedłem z domu nawet nie wiedząc o której mam pociąg, bo przecież w Ełku nie ma bezpośredniego połączenia do Krakowa, ani nie wiedząc kiedy i jak przyjmują do seminarium. Po prostu poszedłem na dworzec wstępując po drodze do proboszcza po opinię. Proboszcz widząc mnie z plecakiem zapytał, o której mam pociąg, a ja odpowiedziałem, że nie wiem.

 

Ale udało się ojcu dotrzeć do tego Krakowa?

Tak, pociągiem przez Warszawę, ale w Krakowie okazało się, że tam owszem jest seminarium, ale nie ma przyjęć, bo przyjmują na Jasnej Górze. Na szczęście akurat rozpoczynały się rekolekcje powołaniowe i tam zostałem na czas tych rekolekcji. Potem jeszcze wróciłem na kilka dni do domu, a później pojechałem na Jasną Górę, gdzie po odbyciu odpowiednich rozmów przyjęto mnie. Byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. W roku 1999 złożyłem śluby wieczyste i przyjąłem święcenia diakonatu, a w roku 2000 zostałem wyświęcony na kapłana.

 

Czy po święceniach został ojciec na Jasnej Górze?

Po krótkim urlopie związanym z prymicjami każdy neoprezbiter wraca na Jasną Górę i tam pełnimy miesięczną posługę, a później rozjeżdżamy się na różne placówki. Ja przez rok pracowałem w Mochowie w diecezji opolskiej, a później przez trzy lata w Wielgomłynach koło Częstochowy i tam właśnie dowiedziałem się, że ojciec generał chce abym pojechał na misje na Łotwę, gdzie posługiwałem przez trzy lata, a później jeszcze rok na Ukrainie. Z Ukrainy trafiłem ponownie na Jasną Górę.

 

Czym się Ojciec zajmował na Jasnej Górze?

Przede wszystkim praca duszpasterska, spowiedź, Msze św., homilie, na Jasnej Górze jest bardzo dużo pracy. Oprócz tych podstawowych obowiązków, ojciec generał powierzył mi również opiekę nad Sodalicją Mariańską i ministrantów. Jest bardzo pięknie przyjechać sobie na Jasną Górę z pielgrzymką, ale nie ma się pojęcia, ile tam jest pracy. Oczywiście pięknej, ale trudnej pracy kapłańskiej. Cała Polska przyjeżdża się spowiadać na Jasną Górę.

Czyli nie są literacką przesadą słowa, że Jasna Góra jest konfesjonałem narodu?

Absolutnie nie. Ojciec Święty doskonale wiedział co mówi. Spowiadamy dokładnie wszystkie grupy społeczne, od dzieci, przez maturzystów, ludzi pracy różnych profesji, po kapłanów. Bardzo wielu ludzi poranionych szuka tutaj ratunku, przeróżne są te spowiedzi święte.

 

I z Jasnej Góry w Częstochowie został ojciec posłany do tej Jasnej Góry „na kółkach”, wędrownej, aby zastąpić ojca Hieronima?

Powiem szczerze, że dla mnie był to wielki przywilej, bo przyznam się, że gdzieś tam po głowie kołatało się takie marzenie, aby jeździć z Matką Bożą i taka nadzieja, że może ojciec generał poprosi, była ciągle żywa. Pamiętam jak głęboko przeżywałem peregrynację jako dziecko, więc myśl o posłudze przy peregrynacji była czymś bardzo zaszczytnym. Wozić Matkę Bożą jest więc czymś pięknym i wymarzonym, choć nie ukrywam, że związanym również z pewnym trudem: codziennie w innym miejscu, inne łóżko, inne jedzenie...

 

Diecezja kaliska jest pierwszą, w której jest Ojciec kustoszem Cudownego wizerunku Nawiedzenia. Nie ma Ojciec porównania, ale na pewno rodzą się już jakieś refleksje.

Kiedy ojciec generał wyznaczył mnie do tej posługi, tak sobie myślałem o poprzednich peregrynacjach, kiedy wielkie tłumy przychodziły na spotkanie z Matką Bożą, bo przecież był komunizm i peregrynacja była okazją do manifestacji własnej wiary i wolności. I zastanawiałem się, jak to wygląda w naszych czasach, kiedy realia zupełnie się zmieniły. Jakaś część ludzi, mimo wszystko, jednak odchodzi i młodzież już tak nie przeżywa spotkania, jak dawniej. A jednak na trasie okazało się, że bardzo, bardzo dużo ludzi wychodzi na spotkanie z Maryją. Często kapłani mówią, że widzą ludzi, którzy normalnie w niedzielę do kościoła nie chodzą, a na to spotkanie z Maryją przybywają. Również bardzo wielu ludzi młodych. Widzę więc, że ta peregrynacja jest w dalszym ciągu szczególnym darem i jestem bardzo mile zaskoczony.

 

Czyli nawet ojciec paulin się nie spodziewał się, że Matka Boża nadal przyciąga tak wielu ludzi w znaku Jasnogórskiej Ikony?

Nie spodziewałem się i tym bardziej się cieszę. Zwłaszcza kiedy widzę na przykład spotkania z ludźmi chorymi, kiedy ktoś jest na wózku inwalidzkim i ma ten przywilej, że dla niego opuszczamy Obraz, aby mógł się przytulić i widzę wzruszenie i łzy tych ludzi. To są niesamowite spotkania. Albo kiedy jedziemy samochodem – kaplicą na sygnale i widzę jak ludzie klękają, żegnają się, jak mamy dzieciom wskazują na Matkę Bożą, to aż się łza w oku kręci. Zwłaszcza w miastach jest to ciągle jakieś świadectwo, kiedy ludzie uklękną i nie wstydzą się swojej wiary i miłości do Maryi.

 

Jak dotychczas nie spotkał się Ojciec z żadnymi problemami na trasie?

Mnie osobiście nic jeszcze się nie zdarzyło, natomiast opowiadano mi, że podczas krótkiego zastępstwa ojca Melchiora, w jednej z parafii, podczas pożegnania nie chciała się podnieść klapa samochodu - kaplicy. Oczywiście przyczyną był rozładowany akumulator, ale ludzie sobie to bardzo ładnie zinterpretowali, że Maryja nie chce odchodzić z ich parafii. To tylko taki jeden drobny szczegół podczas posługi ojca Melchiora, mnie osobiście jeszcze żadne problemy techniczne, czy inne się nie przytrafiły.

 

Ma Ojciec jakieś ulubione chwile swojej prywatnej modlitwy przed Obrazem?

Oczywiście, okazji do takich spotkań jest bardzo wiele. Takim szczególnym czasem, nie licząc Apeli Jasnogórskich i innych modlitw razem z innymi wiernymi, a także pozostałych chwil modlitwy osobistej, jest ten moment kiedy zmieniamy się z ojcem Krzysztofem i wtedy zawsze najpierw idziemy do Maryi, aby się z Nią przywitać, to jest jak powrót do domu, do Matki.

 

Czyli jest Ojciec gotowy i szczęśliwy wobec perspektywy pełnienia tej posługi przez następne lata?

Jeżeli wszędzie będzie tak, jak w diecezji kaliskiej, to jak najbardziej (śmiech). Już to mówiłem kilka razy gdzieś przy stole, że wszyscy bardzo życzliwie przyjmują nie tylko Matkę Bożą, ale również Jej dworzanina. Maryja, jak każda królowa, ma swojego dworzanina, tego służącego, który Ją wozi. I ten dworzanin jest naprawdę bardzo dobrze przyjmowany i traktowany, za to jestem bardzo wdzięczny obu Księżom Biskupom, wszystkim księżom proboszczom, a także ludziom świeckim. Wszyscy zawsze mają dla mnie otwarte serce.

 

Bardzo serdecznie dziękuję Ojcu za rozmowę i za posługę w naszej diecezji.  

Rozmawiał ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!