TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 11 Grudnia 2019, 08:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 315

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 315

Mateusz energicznymi ruchami prawej dłoni zaopatrzonej w ścierkę pucował do sucha nagrobek rodziców i nucił pod nosem piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa, która zawsze do niego wracała w listopadzie, a już zwłaszcza na cmentarzu: „Jakby nigdy nic brodzę już w smudze cienia/ i patrzę jak zachodzi słonko ojca i matki/ jakby nigdy nic przyjaciół paru na cmentarzach/ jakby nigdy nic, rosną na nich kwiatki”.
To były ostatnie dni października i cmentarz był pełen ludzi, ale jakoś dziwnie nikt go nie rozpoznawał. Tak naprawdę nie miał już nic wspólnego ze swoim rodzinnym miasteczkiem. Niestety, nawet brat z rodziną też się przeprowadzili i nie było już nikogo na miejscu, kto mógłby się zająć nagrobkiem rodziców, a słabo mu się robiło na myśl, że miałby kogoś wynająć za pieniądze. Poza tym to był jeden z tych sposobów, które sprawiały, że raz na jakiś czas musiał znaleźć czas i wybrać się „na stare śmieci”, chociaż było tych okazji coraz mniej. Uporczywie rejestrował swoje samochody w mieście rodzinnym, aby choć raz w roku przyjechać i przedłużyć ubezpieczenie, wizyty na cmentarzu przed świętami trzy razy do roku i to chyba tyle. Były jeszcze wizyty u dentystki, ale już kilka lat nic mu się nie dało we znaki, a nawyku regularnych kontroli niestety nie wypracował. No i oczywiście pozostawały jeszcze pogrzeby krewnych i przyjaciół. Kiedyś bywały jeszcze śluby, ale dzieci przyjaciół zdecydowanie bardziej wolą młodych księży, niż przyjaciela rodziny, więc tych już dawno nie było. A rówieśnicy już dawno się pożenili, co najwyżej po jakichś porażkach wiążą się po raz drugi, ale wtedy ksiądz niepotrzebny, a niektórzy wręcz obawiają się, że nakrzyczy...
Kilka dni wcześniej rozmawiał z córką swoich parafian, która skarżyła mu się, że rodzice „rozbijają jej wesele”.
- Proszę księdza, my z narzeczonym chcemy skromną ceremonię w gronie najbliższej rodziny i przyjaciół, maksymalnie na 30 osób. No ale rodzice oczywiście nas molestują, że mamy zaprosić jakieś ciocie, wujków, których ja nie widziałam chyba z piętnaście lat! I zanim jeszcze wpisaliśmy na listę naszych przyjaciół, tych których my naprawdę chcemy zaprosić, bo to w końcu nasze wesele, to lista już się powiększyła do osiemdziesięciu osób! Jak mnie to wkurza - skarżyła się dziewczyna.
- Coś ci poradzę - odpowiedział jej wówczas Mateusz. - Musisz zrozumieć jedną rzecz: wesele nie jest dla was, ale dla waszych gości. Właśnie po to między innymi, żeby te ciotki, kuzyni i inni, którzy się nie widzieli od piętnastu lat mogli się znowu zobaczyć. Już tak jest, że od pewnego momentu w życiu większość rodziny spotyka się na pogrzebach i weselach. Wiesz, na pogrzebie jest smutno i wszyscy się spieszą z powrotem do domu. A na weselu można się i pośmiać, nacieszyć, pobawić, powspominać, bo jest lepszy klimat i więcej czasu. Wiem, że teraz to cię wkurza, ale kiedyś to docenisz. Dlatego, uwierz mi, najlepiej się nastawić, że wesele nie jest dla was, jest dla waszych gości. Zróbcie wszystko, aby oni się dobrze bawili, aby zobaczyli tych, których nie widzieli od lat. No i dla waszych rodziców, którzy właśnie was tracą, pamiętaj o tym, na pewno są szczęśliwi, ale to jest trudny dla nich moment, będzie czymś fajnym odnowić więzi rodzinne z krewnymi...
- Hmm, może i ma ksiądz rację... Tylko kto za to wszystko zapłaci? - jęknęła dziewczyna.
- Skoro rodzice wam ustalają listę gości, to niech płacą - uśmiechnął się do niej Mateusz.
Krzątając się wokół grobu Mateusz pomyślał z wdzięcznością o tych wszystkich rodzinnych imprezach, na które często wybierał się bez entuzjazmu, a z których wracał szczęśliwy, że mógł spotkać swoich bliskich. A nawet pomyślał, że jest ich stanowczo za mało. Tak się jego życie potoczyło, że zawsze miał te kontakty ograniczone: najpierw seminarium z ówczesną polityką bardzo rzadkich wizyt w domu, z wojska chłopaki częściej mieli przepustkę do domu niż klerycy, potem zapał nieugaszony do duszpasterstwa na pierwszej parafii, wyjazd za granicę, a po nim już „nie było czego zbierać”. Zawsze to sobie potrafił zracjonalizować, że więzy wiary idą przed rodzinnymi, że Jezus zostawił swoją Matkę za drzwiami, bo „ci którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je są mu matką, braćmi i siostrami”, ale przecież czuł, że to nie tak do końca. No i on nie był Jezusem. Może wreszcie trzeba się bardziej postarać i nie udawać, że to naturalna kolej rzeczy? Przez chwilę chciał nawet prosto z cmentarza wybrać się do którejś z rodzin ze strony mamy czy taty mieszkających w okolicy, ale przecież miał zdążyć na Mszę wieczorną do siebie. To też była zastanawiająca sprawa, przecież miał dwóch wikariuszy na parafii, a wcześniej nawet trzech, a mimo to rzadko, kiedy jechał w rodzinne strony, prosił ich, aby zaopiekowali się parafią już do końca dnia, czy nawet dwa dni. Dla chłopaków na pewno nie byłoby to problemem, na pewno by się zgodzili, więc dlaczego z tego nie korzystał? Przecież nie chodziło o jakieś częste wyjazdy... Raz na kilka miesięcy. Czy naprawdę ciągle jeszcze był zależny od tego, co ludzie powiedzą? A może dlatego, że ciągle jeszcze inni księża często pytali jego wikariuszy, czy proboszcz często wyjeżdża, albo wręcz stwierdzali: „a proboszcza to nigdy nie ma, co?” A może już tak bardzo odzwyczaił się od wizyt u swoich krewnych? Właściwie to jeździł regularnie przynajmniej raz w roku, kiedy jeszcze żyła mama, a potem praktycznie wcale. Może tu właśnie tkwił problem... Nie jest łatwo być prorokiem we własnej rodzinie, oj nie. Mateusz zaczął się intensywnie zastanawiać, jak to zrobić, aby wrócić na cmentarz rodzinny pierwszego listopada. Wtedy na pewno spotka ciocie, wujków i kuzynów i może po prostu da się zaprosić i zacznie się coś nowego. Może oni tego potrzebują jeszcze bardziej niż on. Tylko jak się wyrwać o sensownej porze we Wszystkich Świętych. Na pewno będzie musiał odprawić Mszę na cmentarzu o godz. 12.00, bo taka tradycja, że zawsze proboszcz odprawia, około 14.00 mógłby się wyrwać. Byłby tutaj na 17.00, trochę późno...
- Mateusz? - czyjś zdumiony okrzyk wyrwał go z zamyślenia. Po drugiej stronie nagrobka stał mężczyzna, chyba trochę młodszy od niego, ale broda utrudniała rozpoznanie, choć rysy twarzy wydawały mu się znajome.
- Tak, to ja, ale... - Mateusz nie potrafił rozpoznać człowieka, który patrzył na niego.
- Nie poznajesz mnie? To ja, Sylwek, od cioci Marysi - powiedział z uśmiechem mężczyzna, a Mateusz wreszcie przypomniał sobie najmłodszego syna siostry taty, któremu zresztą przed laty błogosławił ślub.
- Sylwek, w życiu bym cię nie rozpoznał - Mateusz chwycił kuzyna w ramiona i serdecznie przywitał. - Nie uwierzysz, ale właśnie rozmyślałem o naszej rodzinie, chyba cię wywołałem.
- Myślałeś o mojej rodzinie? - ucieszył się Sylwek.
- Akurat konkretnie o twojej to nie, skłamałbym, gdybym tak twierdził, nie widziałem was od waszego ślubu, a twoją żonę wtedy w sumie pierwszy i ostatni raz, ale myślałem generalnie o krewnych ze strony mamy i taty, no i że się w ogóle nie widzimy - wyjaśnił Mateusz.
- Nie wyobrażasz sobie ile razy chciałem się z tobą skontaktować - powiedział Sylwek, kręcąc głową i wyciągając z kieszeni telefon.
- Zobacz, mam tutaj chyba ze sześć twoich numerów, ze trzy włoskie, jakiś amerykański, kilka polskich, ale żaden z nich nie jest aktualny. Od kilku lat podjęliśmy z żoną bardziej zaangażowany udział w życiu Kościoła i w sierpniu szedłem w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę i bardzo chciałem się z tobą skontaktować, bo szliśmy przez waszą diecezję... - opowiadał.
- Szedłeś z pielgrzymką koszalińską? - zapytał Mateusz?
- Tak - potwierdził Sylwek.
- Czyli nocowaliście na terenie mojej parafii - wykrzyknął Mateusz. - Ale szkoda, że nie wiedziałem, wpadłbyś na noc do mnie. Mam pokoje gościnne, moglibyśmy pogadać - nie mógł odżałować Mateusz.
- Za rok, jak wszystko będzie normalnie, też pójdę, może wtedy się spotkamy - uśmiechnął się Sylwek.
- Bankowo - potwierdził Mateusz. - Ale chyba nie będziemy czekać całego roku. Będziesz jeszcze tutaj we Wszystkich Świętych?
- Tak, tak, wzięliśmy urlop, żeby się dziadki mogły nacieszyć wnukami, będziemy do drugiego listopada - wyjaśnił kuzyn.
- Czyli co? Widzimy się pierwszego? - zapytał Mateusz.
- Zapraszam serdecznie, ale spanie na podłodze, bo nas jest dużo.
- A co ty myślisz, że ja nie byłem pielgrzymem? - żachnął się Mateusz i jeszcze raz uścisnął kuzyna.

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!