TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Października 2019, 21:06
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 307

Ksiądz Daniel poszedł na swoje probostwo i Mateusz bardzo się z tego cieszył, bo widział, że facet już dojrzał i zaczynało mu ciążyć „bycie wikariuszem”, ale niepokoiło go to, że nie dostał żadnego innego księdza w jego miejsce. Ich parafia absolutnie nie mogłaby funkcjonować w trzyosobowym składzie.

Oznaczałoby to, że albo Szymon i Dawid podzielą między siebie godziny lekcji religii po Danielu i będą mieć każdy grubo powyżej etatu, co z kolei spowodowałoby, że w parafii pojawialiby się wieczorami i w weekendy i wszystko spadłoby na głowę Mateusza. Od pół roku, od kiedy pani z kancelarii przeszła na emeryturę, nie znaleźli nikogo na jej miejsce i księża musieli całą kancelaryjną pracę wziąć na siebie i już teraz czasami „robili bokami”, nawet kiedy jeszcze był Daniel. Mateusz nie wyobrażał sobie jak mógłby wyglądać Wielki Post, albo okres kolędowy w okrojonym składzie. To byłby koszmar. A przecież okres zmian wikariuszowskich już dobiegł końca. Wyglądało na to, że albo nikt do niego nie przyjdzie, albo będzie jeszcze jedna tura zmian.
- Ja nie rozumiem, dlaczego Ksiądz Proboszcz po prostu nie pojedzie do kurii i nie zapyta się – denerwował się Szymon.
- Bo takie mam zasady. Nigdy nie prosiłem o żadnego księdza, ani żeby przyszedł, ani żeby odszedł – odpowiedział Mateusz.
- No, ale przecież nie chodzi o to, żeby się Proboszcz prosił o kogoś, tylko żeby się zapytał, czy w ogóle, a jeśli tak, to kiedy, przyjdzie jakiś ksiądz za Daniela – gorączkował się Szymon.
- Szymuś, ale powiedz mi, co ci to zmieni? Przecież i tak za dwa dni jedziesz na urlop, czy ktoś przyjdzie, czy nie, i tak za trzy tygodnie wracasz do parafii, a potem masz jeszcze ostatni tydzień sierpnia wolny. Z czym masz problem? - dopytywał Mateusz.
- Powiedzmy, że martwię się o Proboszcza, czy Proboszcz będzie miał urlop – odpowiedział z udawaną troską Szymon, który tak naprawdę chyba chciał usłyszeć, że jego program wakacyjny jest potwierdzony, czy może zależy od ewentualnego nowego wikariusza.
- Naprawdę? Jestem wzruszony – śmiał się Mateusz. - Ale przecież wy i tak uważacie, że proboszcz nic nie robi.
- Oczywiście. Ale nieraz troszczymy się, żeby to samo robił, a właściwie nic nie robił, z dala od parafii. Żeby trochę zmienił klimat. A poważnie mówiąc, jeśli będę musiał wziąć połowę godzin Daniela, to się chyba wykończę – Szymon znowu zrobił się poważny.
- Cóż, mam nadzieję, że jakieś dodatkowe rozdanie jeszcze będzie, bo ja też widzę to dość czarno – odparł Mateusz.
- A nie ma jakiegoś świeckiego katechety? - zapytał Szymon. - Kiedyś pamiętam to się zabijali prawie, żeby jakieś godziny dostać...
- Te czasy chyba już bezpowrotnie minęły. Wielu z nich porobiło dodatkowe specjalizacje, brali po kilka godzin z innych przedmiotów, żeby mieć etat, a kiedy to było możliwe, po prostu całkowicie się przestawiali na inne materie – wyjaśnił Mateusz.
- I ja im się nie dziwię. Przynajmniej nikt im się z lekcji nie wypisuje i traktują ich poważnie, bo im zależy na ocenach, a z religią wie Proboszcz jak jest – odparł Szymon. - W każdym razie, lepiej żeby kogoś nam tu Ksiądz Biskup przysłał.
- Zobaczymy – odparł Mateusz.
- No dobra, nie ma co przejmować się na zapas! Proboszczu, jutro wieczorem mamy ognisko z młodzieżą z Paradiso, chciałbym żeby proboszcz też był. Nie będzie mnie trzy tygodnie, więc chcę, żeby to fajnie wypadło – Szymon wpatrywał się w niego z uwagą.
- No rozumiem, ale po co ja ci tam jestem potrzebny? - zdziwił się Mateusz.
- No bo... wymyśliłem sobie to ognisko, bo pamiętam jak to było kiedyś, jak ja byłem ministrantem. Było super! Brało się kiełbaski na kijach, piekło w ogniu, jadło. Potem śpiewaliśmy ze dwie trzy godziny. Trochę się powariowało, były tańce wokół ogniska, na koniec w gorącym popiele piekliśmy ziemniaki w srebrnej folii... Potem się zjadło... a na koniec jeszcze się gadało do północy z dziewczynami. No i było naprawdę super!
- Rzeczywiście, też pamiętam takie ogniska – ożywił się Mateusz. - Świetny pomysł. Ale dalej nie rozumiem po co ja ci jestem potrzebny?
- No bo teraz to prawie niemożliwe, żeby coś takiego zrobić – odparł smutno Szymon.
- Jak to? - nie rozumiał Mateusz.
- Ano tak to, że wszyscy przyjdą ze smartfonami, będą się w nie gapić, nie mam nikogo, kto gra na gitarze, zresztą oni za bardzo do śpiewania nie są, no i tak się obawiam, że będzie klapa! Trochę tak na fali wspomnień się podjarałem, a teraz mam pietra, że będzie smętnie – przyznał Szymon bez owijania w bawełnę.
- I co, stary proboszcz ma ci rozruszać młodzież? - roześmiał się Mateusz, który jednakże doskonale rozumiał obawy wikariusza. - Więc może na początek zróbmy tak, że przychodzą bez komórek.
- Akurat! Zrobiłem grupę na fejsie z zaproszeniem i napisałem, że jest zakaz używania komórek, to mi się zapisały dwie osoby. Musiałem więc wycofać. No i kiedy zmieniłem zapis, to się zapisało ponad 20 osób z Paradiso i chyba z 15 innych osób z naszej parafii, które nie przychodzą na spotkania, ale chcą przyjść na ognisko.
- No to świetna sprawa! Może im się spodoba i potem będą przychodzić – zapalił się Mateusz.
- Albo sobie pomyślą, że banda smutasów i już więcej na pewno nie przyjdą – zasępił się Szymon i zapadł w odrętwienie.
- Szymon, no proszę cię, nie zachowuj się jak mazgaj... Wymyśl coś! To nie jest tak jak kiedyś było na wuefie, że przychodził pan wuefista i rzucał nam piłkę i się rżnęło w gałę 45 minut bez przerwy i wszyscy mówili, że to najlepszy nauczyciel ever. Fajnie, że zaproponowałeś ognisko, ale teraz daj im coś jeszcze, przygotuj coś. Ja pamiętam, że mój znajomy ksiądz, na którym przez wiele lat się wzorowałem, zawsze powtarzał: „Mateusz! Tylko świetnie przygotowane improwizacje udają się naprawdę!”
- A teraz już się proboszcz na nim nie wzoruje? - zapytał niespodziewanie Szymon.
- Nie – uśmiechnął się Mateusz. - Przychodzi taki czas, że trzeba się zdecydować, aby być sobą. Ale korzystam z wielu jego patentów.
- To jaki jest patent na ognisko? - zapytał Szymon.
- Musi być ciemno. Muszą być odpowiednie kije do smażenia kiełbas. Można nawet je kupić. Odpowiednio przygotowane drewno, żeby ogień nie był zbyt duży, bo wtedy nie da się zbliżyć z tymi kiełbaskami. Musi być parę niespodzianek. Pamiętam, jak jeden nasz kolega obiecał nam piwo na ognisko... Mieliśmy ledwo skończone osiemnaście lat... Czekaliśmy na niego, a on nie przychodził... Wreszcie grubo po 23.00 usłyszeliśmy jego śpiew z daleka, jakby był sam lekko podchmielony. Zobaczyliśmy w świetle księżyca jago kontur z wielkim plecakiem na plecach. Piwo! Zaczęliśmy krzyczeć z radości, wiwatować... Wreszcie podszedł do ognia, wszyscy go wyściskali, ściągnął ten plecak, otwiera, a tam... dziesiątki butelek z mlekiem z naklejkami Lech Pils... Najpierw jęk, zawodu, potem chwila złości i rozczarowania, a potem śmiech przez minimum pół godziny. No i piliśmy to „piwo” czyli mleko z drożdżówkami, które kolega też przyniósł, zwłaszcza że kiełbasy dawno się skończyły i w sumie czas był na deser. Mówię ci, najlepsze ognisko w życiu – skończył opowiadać Mateusz, a Szymonowi błyszczały oczy jakby się w nich już płomień ogniska odbijał.
- Kurczę! - jęknął nagle Szymon.
- No co? - zapytał Mateusz.
- Teraz mleko jest w kartonach – wyszeptał z zawodem Szymon.
- Szymon, to tylko przykład, możemy wymyślić coś innego – powiedział Mateusz. - A telefony i tak im jakoś zabierzemy. Coś wymyślimy, nie martw się.

***
Po tym jak Szymon zmienił po raz kolejny wpis na Facebooku dotyczący ogniska korygując godzinę rozpoczęcia z 19.00 na 20.30 „ze względu na potrzebę ciemności” i zmieniając lokalizację na wzgórze przy ruinach starej wieży ciśnień chęć do wzięcia udziału zadeklarowało ponad 50 osób, a kiedy zgromadzili się w wyznaczonym miejscu okazało się, że jest ponad 70 osób. Ognisko paliło się już od dobrych dwóch godzin, więc było już sporo zwęglonych żarzących się polan, a ogień wesoło skakał po dorzucanych drwach. Młodzież kłębiła się z ciekawością wokół. Rozpoczęli od kiełbasek. Niestety było tylko 50 kijków, więc trzeba się było z kimś zaprzyjaźnić, żeby każdy miał swoją kiełbaskę, których na szczęście było znacznie więcej. Brakowało jeszcze tylko ks. Mateusza. Atmosfera się rozkręcała wspaniale, gdy nagle rozległ się dźwięk syren wozów strażackich.
- Ktoś się postarał o pozwolenie na to ognisko? - zapytała Magda.
- Nie... - odparł posępnie Szymon. - Miało być spontanicznie „na przygodę”...

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!