TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 11 Grudnia 2019, 08:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc. 316

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc. 316

No i nie udało się. Strasznie był zły, ale nie wiedział na kogo. Albo na co. Bo przecież nie mógł być zły na siebie za to, że akurat był jego dyżur i miał przy sobie parafialny telefon komórkowy, który zadzwonił w piątkowe popołudnie we Wszystkich Świętych, kiedy był prawie w połowie drogi do swojego rodzinnego miasta. Co prawda powinien właściwie już dojechać, ale w ten dzień poruszanie się po publicznych drogach było prawdziwą gehenną, więc w pewnym sensie to nawet dobrze, że wezwanie do szpitala do chorego dosięgło go w tym miejscu. Co prawda próbował zadzwonić do swoich wikariuszy, ale oba telefony były wyłączone, więc chcąc nie chcąc wykonał trzeci telefon, tym razem z sukcesem, do swojego kuzyna Sylwka i oznajmił mu, że jednak się nie spotkają, bo musi zawrócić z połowy trasy z powodu wezwania do chorego. Trochę się obawiał reakcji, ale odpowiedź kuzyna bardzo go zbudowała.

- Ależ, oczywiście że rozumiem, nie ma o czym gadać. Pewnie byś miał olbrzymie wyrzuty sumienia, gdybyś odmówił, a w międzyczasie chory by umarł. Jedź! Sakramenty są ważniejsze, a my przecież jeszcze żyjemy i na pewno będzie okazja. Teraz już mamy ze sobą kontakt, więc się jakoś zgadamy. Jedź z Bogiem i uważaj, bo pewnie ruch okropny - powiedział Sylwek, a Mateusz mógł mu tylko podziękować za zrozumienie. Po raz kolejny dotarło do niego, że ludzie świeccy potrafią mieć nieraz znacznie głębsze zrozumienie pewnych spraw niż się od nich oczekuje. Dojechał do najbliższego skrzyżowania i zawrócił. Czekało go pewnie kolejne dwie i pół godziny jazdy, a może i warunki się pogorszą. Przez chwilę zastanawiał się, o którego pacjenta mogło chodzić, bo przecież był tam zaledwie dwa dni wcześniej i nikt na tym oddziale nie wyraził chęci przyjęcia sakramentów, ale też i nikt nie wyglądał jakoś szczególnie źle. Potem przyszła mu taka myśl, że byłoby straszne, gdyby się okazało, że chory nie doczeka jego przyjazdu i szybko sięgnął po różaniec, aby natychmiast chorym się zająć. Droga okazała się równie ciężka jak w przeciwnym kierunku, ale około 18.30 był na plebanii, gdzie się przebrał i zabrał z kościoła bursę z olejami i Komunią Świętą. Kilka minut przed dziewiętnastą wszedł na oddział i pielęgniarka zaprowadziła go na salę, gdzie leżało kilku mężczyzn. Kobieta dyskretnym gestem wskazała łóżko, po czym wyszła. Mateusz pochwalił Boga i zapytał, który z panów poprosił o sakramenty i wpatrywał się w mężczyznę, którego zasygnalizowała mu pielęgniarka, ale pacjent patrzył na niego zdziwionym wzrokiem. Mateusz rozejrzał się więc po pozostałych łóżkach, ale wszyscy przecząco kiwali głowami. Już miał opuścić salę, ale pomyślał sobie, że to po prostu nie jest możliwe, że zrezygnował ze spotkania i jechał prawie trzy godziny na darmo. Odwrócił się jeszcze raz i zapytał.

- Na pewno nie chce pan przyjąć sakramentów? Nie prosił pan o księdza? - dopytywał.

- Nie... - powiedział mężczyzna, ale w jego głosie nie było pewności.

- No to ja może poproszę panów o wyjście z sali - Mateusz mimo wszystko zwrócił się do pozostałych pacjentów, którzy nie bez okazania niezadowolenia podnosili się z wolna ze swoich łóżek, wysyłając mu nieprzychylne - delikatnie mówiąc – spojrzenia. -  To nie potrwa długo, dziękuję panom za zrozumienie.

- To niech Pan będzie w twoim sercu, abyś szczerze wyznał swoje grzechy - Mateusz postanowił już się nie pytać, czy pan chce czy nie, tylko od razu przeszedł do spowiedzi błogosławiąc pacjenta.

- Ale ja nie wiem, czy chcę się wyspowiadać, nie wiem czy potrafię - powiedział mężczyzna odwracając wzrok od Mateusza.

- Ale przecież poprosił pan o księdza, prawda? A jeśli chodzi o umiejętność spowiadania, to na pewno pan sobie poradzi... Ot, przypomnienie kiedy była ostatnia spowiedź, a potem grzechy...

- Ja nie prosiłem o księdza - upierał się dalej mężczyzna.

- Wie pan co? - Mateusz starał się nie podnosić głosu. - Jechałem właśnie na groby rodziców, byłem ponad 100 kilometrów stąd, kiedy dostałem telefon, że pan prosi o sakramenty i się wróciłem.

- W sumie to słusznie, bo przecież martwi już księdza nie potrzebują, a ja jeszcze żyję - powiedział pacjent i choć jego słowa były jakąś prowokacją, to jednak jego ton był spokojny i zrezygnowany, a więc Mateusz nie chciał wchodzić w jakąś pyskówkę.

- Ma pan rację. Martwi nie potrzebują księdza, ale nawet ksiądz ma nieraz potrzebę być bliżej rodziców, czy choćby ich grobu... Ale, jak panu mówiłem, zawróciłem i jestem tutaj. Zechce pan skorzystać z możliwości przyjęcia sakramentów? - Mateusz starał się jak mógł.

- Już księdzu mówiłem, że nie wiem czy potrafię - odpowiedział chory.

- To może zaczniemy od tego kiedy była ostatnia spowiedź.

- Nie pamiętam. Ale to było chyba przed moim ślubem - odpowiedział mężczyzna, a Mateusz próbował domyśleć się ile lat miał chory.

- To rzeczywiści sporo czasu. Na pewno nie jest pan w stanie tego wszystkiego ogarnąć, więc proszę spróbować chociaż przypomnieć sobie sprawy, które najbardziej pan sobie wyrzuca - próbował pomóc Mateusz.

- O wiele łatwiej byłoby mi powiedzieć, czego sobie nie wyrzucam.

- Jeśli pan chce, proszę zacząć od tego - powiedział Mateusz, który przecież nigdzie się nie spieszył tego dnia.

- W pracy byłem zawsze w porządku. Nigdy się nie spóźniałem, często wychodziłem ostatni. Pomagałem kolegom. Nigdy żadnej machlojki. Ale mimo to, raczej nie zaszedłem tam, gdzie powinienem. Właściwie im bardziej się starałem, tym bardziej czułem się niedoceniony, ale pozostałem lojalny aż do końca. Znaczy się do teraz. Do tego raczyska - powiedział mężczyzna i zamilkł. Mateusz przez chwilę czekał na dalszy ciąg, ale w końcu sam musiał coś powiedzieć.

- A co by pan chciał powierzyć Bogu z tego, co nie było w porządku? – zapytał wreszcie.

- Zakładając, że Bóg jest, bo jak się ksiądz domyśla, przez większość mojego życia, zakładałem, że raczej Go nie ma, i zakładając, że Go interesuje, to frustracja z dobrze wykonywanej, ale nigdy właściwie nie docenionej pracy, musiała się gdzieś rozlać. Najpierw oczywiście na Niego, czyli Boga, bo nie widziałem żadnej Jego reakcji na tę i inne jawne niesprawiedliwości, ale Jemu chyba nie zaszkodziłem. Ale w sposób bardziej namacalny na moją rodzinę, którą dosłownie zniszczyłem. Żonę, dzieci i ich współmałżonków, wnuków nie zdążyłem. Na szczęście dla nich już pewnie nie zdążę. Wie ksiądz, jak widzę co ten rak robi mojemu organizmowi, to jakbym widział dokładnie, co ja robiłem mojej rodzinie. Jak ich niszczyłem. Jedyna różnica, to że mój rak się rozwinął w kilka miesięcy i pewnie szybko mnie skończy, a ja swoją rodzinę, sąsiadów, wcześniej też moich rodziców, bardzo wierzących ludzi, męczyłem przez ponad dwadzieścia lat - powiedział pacjent i w tym momencie wreszcie odwrócił się twarzą do Mateusza. Wcale nie wyglądał na terminalnie chorego. Tylko oczy miał jakby wygasłe.

- Nie chcę pana jakoś łudzić, co do stanu pana zdrowia, ale wcale nie jest powiedziane, że nie dostanie pan jeszcze jednej szansy. Natomiast mam pewność, że jeżeli pan żałuje tego, co było złe, to Pan Bóg to wszystko panu wybaczy. I będzie pan mógł być w pełni harmonii z Bogiem. Może też uda się z rodziną - powiedział Mateusz.

- Moim największym cierpieniem dzisiaj jest to, że ja robiłem wszystko, aby moja rodzina się mnie wyparła, odrzuciła, a oni tego nigdy nie zrobili - powiedział znowu odwracając wzrok.

- To powinno być pana największą radością, a nie cierpieniem – odważył się powiedzieć Mateusz, a mężczyzna skomentował to jedynie wzruszeniem ramion. Jeśli pan tego pragnie udzielę panu rozgrzeszenia, a następnie razem odmówimy dziesiątek różańca jako pokutę.

- Dobrze - odparł mężczyzna, który jeszcze tylko na moment przyjęcia Komunii Świętej odwrócił twarz w kierunku Mateusza.

Po dokończeniu modlitw Mateusz obiecał, że wpadnie do chorego również jutro i wyszedł. Przed salą czekali pozostali pacjenci i patrzyli na Mateusza z nieszczególnie skrywaną wrogością i nikt nie odpowiedział na jego „Zostańcie z Bogiem”. 

- Do zobaczenia - dodał jeszcze zanim pospiesznie zniknęli za drzwiami.

- Oby nie - dobiegło go jeszcze z wewnątrz, ale Mateusz już się tym nie przejmował, tylko z wielkim uśmiechem dziękując w duchu Bogu, że przyjechał, opuszczał szpital.

***

Zgodnie z obietnicą w sobotę popołudniu wrócił do szpitala i poszedł prosto na salę. O dziwo, wszyscy pacjenci patrzyli na niego z jakąś życzliwością, a jedynie łóżko jego wczorajszego penitenta było puste. Było też zaścielone.

- A gdzie jest ten pan? - zapytał Mateusz podchodząc do pustego łóżka.

- Umarł - powiedział pacjent z sąsiedniego łóżka. Mateusz podszedł do stolika przy zaścielonym łóżku i zobaczył na nim egzemplarz lewicowego tygodnika „Polityka”. Podniósł gazetę a pod nią leżał obrazek Pana Jezusa. Na odwrocie była tabelka z dziewięcioma pierwszymi piątkami miesiąca, w każdej rubryce był podpis księdza i daty z 1967 roku.

- Córka mu ten obrazek przyniosła dwa dni temu - odezwał się ponownie ten sam pacjent z sąsiedniego łóżka. - A skoro już ksiądz przyszedł, to może ja też bym się wyspowiadał?

- Ja będę następny - zachrypniętym głosem odezwał się kolejny pacjent spod okna.

- A nie ma ksiądz czasem takich obrazków?

Jeremiasz Uwiedziony 

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne
i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!