TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Września 2020, 09:07
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XXXVIII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XXXVIII

 

 „To naprawdę niesamowite, jak wiele mogą uczynić te młodziaki, jeśli tylko im się chce“ – myślał Mateusz zmierzając szybkim krokiem w kierunku szpitala. Z rękami głęboko schowanymi w kieszeniach, z głową wtuloną między ramiona i ciepły szalik, zdał sobie sprawę, że zupełnie odzwyczaił się od tak niskich temperatur. Najwyraźniej jego samochód również, ponieważ tego ranka odmówił posłuszeństwa, i podobnie jak cała masa innych aut, pozostał na parkingu w zwałach śniegu. W ten oto sposób wszystkie dzisiejsze powinności Mateusz musiał wykonać na własnych nogach: najpierw szkoła, a teraz ta wizyta w szpitalu, u kobiety, której jeszcze nigdy nie widział na oczy. Była to ciocia Grzesia Łupnickiego, w której mieszkaniu Mateusz przeżył mały horror podczas kolędy. Ciągle myślał o całej tej sytuacji, którą zaaranżowali i zrealizowali w najdrobniejszym szczególe uczestnicy noworocznego wyjazdu w góry.

„Że też im się chciało tyle kombinować!“ – myślał Mateusz, bo rzeczywiście plan był misterny. Najpierw musieli doskonale przestudiować plan całej kolędy, i tu Mateusz w pewnym sensie sam był sobie winien, ponieważ poprosił Proboszcza, aby w odróżnieniu od poprzednich lat, przygotować całościowy program kolędy i rozprowadzić go wśród ludzi już podczas Świąt. Okazało się to bardzo pożyteczne, bo nawet sam Proboszcz przyznał, że dzięki temu przyjęło ich znacznie więcej rodzin, które często bywały nieobecne. Ale z drugiej strony młodzi mieli cały program kolędy. W ten sposób odkryli, że jeśli Mateusz będzie chodził po ulicy Wyspiańskiego, to mieszkanie cioci Grzegorza będzie ostatnim, jakie odwiedzi w tym dniu.

- Ale skąd wiedzieliście, że to właśnie ja będę chodził po tej ulicy, a nie Ksiądz Proboszcz? – dziwił się Mateusz.

- Ma się swoje sposoby – uśmiechnął się Grzegorz. – A tak poważnie, moja ciocia zapamiętała ministranta, który towarzyszył Proboszczowi po kolędzie w ubiegłym roku, bo chłopaczek miał taką zajęczą wargę.

- Rysiu Pawluczek? – zapytał Mateusz.

- Dokładnie. Dotarliśmy do Rysia i zapytaliśmy go, jak się Ksiądz Proboszcz czuł kolędując po melinach na Wyspiańskiego – chichotał Grzegorz -  no i Rysiu nam powiedział, że Proboszcz wyraził się całkiem poważnie, że jego noga więcej tam nie postanie. Byliśmy pewni na 99 %, że przyjdzie właśnie ksiądz.

- A nie baliście się, że po takim smsie mogę zadzwonić na policję? – irytował się Mateusz.

- No nie sądziliśmy, że może ksiądz być takim cykorem. Poza tym, nawet jeśli zadzwoniłby ksiądz to i tak… wiedziałbym o tym pierwszy – Grzegorz mówił to całkiem poważnym głosem.

- Nie, no takiego kitu już mi nie wciśniesz. Nie mów, że masz wtyki na policji?! – Mateusz nie chciał wyjść na głupka.

- Nic księdzu nie mówi moje nazwisko? – zapytał z głupim uśmieszkiem Grzegorz.

- Łupnicki, Łupnicki… - Mateusz powtarzał nazwisko usiłując przypomnieć sobie, czy słyszał je w jakimś kontekście, aż nagle go olśniło. – Nie!

- Tak! – odparł ze śmiechem Grzegorz. – Mój staruszek jest wicekomendantem policji.

- I on cię wysłał na rekolekcje do benedyktynów? – dziwił się Mateusz.

- Księże Mateuszu! Mój ojczulek od 20 lat niesie baldachim na procesji Bożego Ciała! W tamtym roku nawet przy biskupie, zatkało księdza, co? – uśmiechał się Grzegorz, bawiąc się kolczykiem dyndającym nad jego prawym okiem.

To była święta prawda. Pozory mylą, a sytuacje i ludzie niejednokrotnie zaskakują. Tak, jak zupełnie zaskoczyli go ci młodzi ludzie, którzy zadali sobie cały ten trud, aby przygotować dla niego tę kolędową kolację – niespodziankę. Dziewczyny nagotowały mnóstwo jedzenia, a chłopcy przygotowali na komputerze wspaniałą prezentację z ich wyjazdu w góry, którą po kolacji wyświetlili na białej ścianie pokoju stołowego. Na białej ścianie pokoju cioci Grzesia, który dwa dni wcześniej – oczywiście za zgodą cioci – pomalowali! Mateuszowi nie mieściło się w głowie, że ta młodzież, na którą tak często narzekali, zadała sobie tyle trudu, aby zrobić księdzu niespodziankę. I większość z nich Mateusz tak naprawdę poznał nieco lepiej dopiero podczas sylwestrowego wyjazdu w góry, bo w kościele raczej się nie udzielali. Żeby było śmieszniej, na kolędzie i kolacji stawili się wszyscy, dosłownie wszyscy, i zabrakło tylko… właścicielki mieszkania, cioci Grzesia, która była w szpitalu z powodu jakiejś poważnej choroby, która regularnie co dwa miesiące odsyłała ją do szpitala na kurację sterydową. Mateusz obiecał odwiedzić ją w szpitalu i, ponieważ już jutro wychodziła, spieszył się, aby zdążyć dotrzymać obietnicy. Oczywiście, jak na złość, akurat dzisiaj jego auto stało unieruchomione pod plebanią.

- Ja do pani Katarzyny Łupnickiej, powinna być na waszym oddziale – powiedział Mateusz do napotkanej pielęgniarki.

- Ale proszę pana, teraz nie jest czas wizyt – chłodno upomniała go pielęgniarka. Mateusz rozchylił nieco kurtkę, tak, aby ukazała się jego koloratka. Ale ponieważ pielęgniarka w dalszym ciągu nie miała zamiaru go wpuścić, dotknął kołnierza swojej koszuli i zorientował się, że nie było w nim koloratki. „Do kurii na pewno bym jej nie zapomniał” – pomyślał.

- Jestem księdzem i przychodzę do parafianki…

- A, ksiądz! Od razu trzeba było tak mówić – ożywiła się pielęgniarka. – Proszę za mną. Pani Kasia chyba się księdza nie spodziewa, bo nic mi nie mówiła, a często lubimy sobie pogadać. Dzisiaj nawet jest sama, bo akurat dwie pacjentki zakończyły kurację, a następne przyjdą dopiero od poniedziałku – trajkotała.

Mateusz wszedł na salę, rozglądając się za ciocią Grzesia, którą ten ostatni z kpiącym uśmieszkiem opisał mu jako „typową, starą pannę, przy kości, zrzędzącą słuchaczkę Radia Maryja“. Kiedy Mateusz zobaczył jedyną leżącą na trzyosobowej sali kobietę, zaczerwienił się, bo był przekonany, że pielęgniarka wprowadziła go w błąd.

- Szczęść Boże. Przyszedłem odwiedzić moją parafiankę, ale… chyba jej tu nie ma. Może pani wie, chodzi mi o panią Katarzynę Łupnicką – powiedział zmieszany.

- To ja, proszę księdza – uśmiechnęła się młoda kobieta. – Widzę, że ten bęcwał,  mój bratanek Grzesiu, musiał księdzu jakichś rewelacji naopowiadać. Niech zgadnę. Powiedział, że obcięło mi nogi, albo coś w tym stylu – śmiała się piękna („Boże, jaka piękna!“ – tak dokładnie pomyślał Mateusz) najwyżej czterdziestoletnia kobieta.

- No nie, o nogach nic nie mówił – uśmiechnął się Mateusz. – Powiedział mi, że jest pani zrzędliwą, grubą, słuchającą Radia Maryja, starą panną.

- Z tą starą panną to akurat prawda – powiedziała cicho pani Katarzyna, a Mateusz chciał sobie odgryźć język ze wstydu.

- Ja… przepraszam – bąkał pod nosem.

- Nie musi ksiądz przepraszać. Ja się nie gniewam, bo naprawdę nie mam męża. Jeszcze takiego nie spotkałam, który by mnie chciał – łagodziła sytuację.

„Boże! Gdzie ci ludzie mają oczy – myślał Mateusz. – Taka piękna kobieta. Ale, kto wie, może i w tym przypadku pozory mylą. Może rzeczywiście jakaś bardzo dziwna pani. Mało to takich?“

Rozmowa z panią Katarzyną przekonała go jednak, że w jej przypadku pozory nie myliły. To była naprawdę fantastyczna kobieta! I w dodatku katechetka w jednej z pobliskich wiosek, z doświadczeniem dwóch lat wolontariatu na misjach w Afryce. I taka kobieta, zaangażowana w życie Kościoła, piękna kobieta, jeszcze nie znalazła męża!

- Myśmy wszyscy byli wychowani religijnie, księże Mateuszu. Mój brat, chociaż jest wysoko postawiony w komendzie policji, po dziś dzień nosi baldachim na Boże Ciało. Ja też chcę męża, który będzie miał wiarę, i będzie chciał żyć po Bożemu. A dzisiaj nie łatwo o takich – mówiła.

Wracając na plebanię Mateusz miał wiele do myślenia. O młodzieży, która jest zdolna do wielkich rzeczy, a dla której w Kościele nie potrafimy znaleźć miejsca. O kobietach, które angażują się w życie parafialne i katechetyczne, a nie mogą znaleźć męża. I o dekanalnym spotkaniu kapłanów w najbliższy poniedziałek, na którym po raz kolejny będą uaktualniali listę telefonów, rozmawiali o konieczności zapraszania się na odpusty oraz kłócili o wypisywanie bądź niewypisywanie certyfikatów dla rodziców chrzestnych.

Jeremiasz Uwiedziony


Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!