TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Września 2020, 09:12
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XXXIX

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XXXIX

Odbywające się w seminarium spotkanie kapłańskie nie „rozczarowało“ przewidywań Mateusza: zdominowały je sprawy formalne, które oczywiście są ważne i konieczne, choć jak zwykle pozostawało dziwne uczucie, typu: nagadaliśmy się ponownie na te same tematy nie dochodząc do żadnych wniosków. Pozytywną stroną był natomiast widok niektórych przyjaciół, a wśród nich Zdzisława. Dzidek, bo tak nazywali go przyjaciele, był starszy od Mateusza o sześć lat i od dobrych kilkunastu proboszczował w maleńkiej wiosce z trzema kościołami filialnymi. Jako kleryk pierwszego roku Mateusz został zaproszony przez Zdzisława na Mszę prymicyjną. To był bardzo miły gest z jego strony, ponieważ jako nieśmiały pierwszak Mateusz nie zdążył zaprzyjaźnić się z żadnym z ówczesnych diakonów, ale na szczęście w seminarium zawsze starano się, aby w pierwszą niedzielę po święceniach kapłańskich żaden kleryk nie pozostał „opuszczony“ w seminarium. I tak świeżo wyświęceni księża dzielili między siebie wszystkich seminarzystów zapraszając ich na uroczystą pierwszą Mszę św. we własnych parafiach. W ten sposób Mateusz trafił na prymicje do Zdzisława i od tego czasu przyjaźnili się.
Podczas spotkania Mateusz zauważył, że jego starszy kolega był obecny na nim tylko ciałem, nie reagował nawet na te zagadnienia, które zwykle wywoływały u niego ostre reakcje. Najwyraźniej myślami był daleko. Podczas przerwy, kiedy Mateusz sprawdzał swój popołudniowy rozkład zajęć, by zorientować się, czy ma chwilę na kawę i rozmowę ze starszym przyjacielem, sam Dzidek podszedł do niego z propozycją.
- Może byś zaprosił wiejskiego proboszcza na jakąś kawę?
- Nie uwierzysz, ale właśnie sprawdzałem, czy nie mam dziś po południu jakichś spotkań – roześmiał się Mateusz – i okazuje się, że jestem wolny. Więc natychmiast po obiadku lecimy do mnie?!
- Super! Muszę coś ci powiedzieć – z tajemniczą miną oznajmił Zdzisław.
- No to teraz rozpaliłeś we mnie żądzę wiedzy – powiedział wesoło Mateusz. – Będę siedział przez kolejne dwie godziny jak na szpilkach.
- A… musisz siedzieć do końca? – zapytał Dzidek rozglądając się podejrzliwie dookoła.
- W sumie nie muszę, ale czy chcesz zrezygnować ze wspaniałego seminaryjnego obiadu? A propos, to ponoć ostatni taki obiad za rządów obecnego dyrektora gospodarczego Rysia, który podobno ma odejść gdzieś na parafię. Może będzie jakiś pożegnalny bonusik, bo ja wiem, lody albo czekolada – śmiał się Mateusz.
- A nie ugotujesz jakiego makaronu? Tyle lat siedziałeś u tych makaroniarzy, że chyba jakieś spaghetti nauczyłeś się przyrządzać. A czekolady nie jem, bo jestem na diecie! – odparł Zdzisław.
- Nie! Nie wierzę, ty na diecie? – Mateusz objął wzrokiem ponad sto kilogramów żywej wagi Zdzisława.
- Jak Boga kocham! A wiesz, że kocham. Odkąd się odchudzam, schudłem już chyba z 60 kilo.
- No nie powiem, żeby ten spadek wagi był zauważalny – sceptycznie ocenił Mateusz.
- Niestety. Za każdym razem jak stracę z 8 czy 10 kilo przychodzą święta, a później kolęda i odzyskuję średnio 2 kilo więcej niż schudłem. A odchudzam się już szósty rok, no to sam sobie policz ile schudłem. 60 kilo jak nic! – podsumował Zdzisław.
- Czyli jeśli nie kłamiesz to… - Mateusz zamknął oczy rachując w myślach – po sześciu latach odchudzania ważysz jakieś… 10 kilo więcej.
- No tak! A ludzie myślą, że księża to mają takie łatwe życie – zaśmiał się Zdzisław. – Dobra, jedziemy do ciebie na pogaduchy i spaghetti!
Jeszcze w drodze Mateusz nie mógł wytrzymać z ciekawości, co takiego chciał mu zakomunikować Zdzisław, ale niestety musieli pojechać każdy swoim samochodem, żeby już później nie wracać do seminarium. Opuszczając konferencję w połowie czuł się jakby uciekał na wagary i trochę mu się chciało śmiać. Jak dzieciak! Później nie omieszkał wcisnąć kilka razy pedał gazu „do dechy“ zanim wrzucił pierwszy bieg, tłumacząc sobie, że mróz i trzeba silnik podgrzać. Jak dzieciak. Dzięki Bogu, nie pozwolił sobie na start z piskiem opon… Dzieciak!
***
- No, opowiadaj, bo już się nie mogę doczekać – mówił Mateusz, kiedy byli jeszcze na schodach plebanii.
- Ale jesteś niecierpliwy. A może najpierw makaronik? – Dzidek brał go na przetrzymanie.
- Chłopie, jaki makaronik, jeszcze nie ma południa, a poza tym mówiłeś, że jesteś na diecie – śmiał się Mateusz. – Siadaj, zrobię kawę, pogadamy, a później przygotujemy spaghetti. Mam nawet zamrożone krewetki – Mateusz mrugnął okiem do kolegi.
- Krewetki? No to może wstaw już wodę na makaron, bo zanim się ugotuje, przecież sam mówiłeś, że Włosi dość wcześnie…
- O rany! Dobra, dobra, już wstawiam wodę – przerwał mu Mateusz. – A ty opowiadaj, co takiego masz mi do zakomunikowania.
- Biskup mnie wezwał – odpowiedział Dzidek.
- Kiedy masz się stawić? – zapytał Mateusz.
- Już byłem. Przedwczoraj – Dzidek ponownie spoważniał.
- Nie mów mi, że dostałeś zrypkę…
- Nie, nie, wręcz przeciwnie. Biskup zaproponował mi zmianę parafii – odpowiedział Zdzisław, ale takim tonem, jakby mówił, że żona prosi go o rozwód.
- Alleluja! No to super, zawsze mówiłeś, że strasznie ci było ciężko w tej twojej wioseczce z trzema kościołami porozrzucanymi po lesie. A co ci zaproponował? – Mateusz autentycznie się ucieszył. Pamiętał, jak bardzo Dzidek przeżywał problemy swojej małej parafii, kłótnie pomiędzy wioskami, trudności ze zdobyciem pieniędzy na remonty zabytkowych kościołów. Pamiętał, że tylko góralska natura wielokrotnie powstrzymała Dzidka od prośby o zmianę parafii. Raz nawet obsmarowali go w lokalnej prasie za jakieś wykarczowane drzewo, na które notabene miał pozwolenie. 
- Domaniewo – odparł Dzidek.
- Wow! – Mateusz aż przysiadł z wrażenia – Parafia z wikariuszem! Kolega musiał się bardzo zasłużyć u szefa! Jest tam jakiś kościół filialny?
- Nie ma. Tylko kościół parafialny i cmentarz tuż pod kościołem. Piękna, elegancko wyremontowana plebania, kościół – perełka i z bardzo wydajnym ogrzewaniem. I na dodatek biskup dał mi możliwość wyboru wikariusza – Dzidek wymieniał zalety domaniewskiej parafii, ale bez żadnego entuzjazmu.
- Dzidek, co jest? Nie cieszysz się? – dziwił się Mateusz. – Przecież w tej twojej parafii nieźle dali ci popalić. Pamiętam jak cię obsmarowali za to drzewo… A dyrektorka w szkole, pamiętasz jak cię chciała podać na policję i do biskupa pisała? Odkąd pamiętam zawsze chciałeś stamtąd odejść, a teraz…?
- Widzisz Mati, to nie jest wszystko takie proste – westchnął Zdzisław. – To prawda, co mówisz. Ile oni mi tam krwi napsuli, to tylko Pan Bóg wie. Ale wiesz co? Ja ich pokochałem. Nauczyłem się ich akceptować z ich dumą, z ich przywiązaniem do własnych wiosek i kościółków. Bo tak naprawdę to wszystkie problemy były związane z tym, że ja na siłę chciałem ich jednoczyć, wiesz, jedna kasa parafialna i po kolei remontujemy wszystko, co trzeba wyremontować. A to był ten czuły punkt. Oni się zgadzali, żeby w jednym kościele filialnym były spotkania młodzieży, w innym kurs przedmałżeński i takie sprawy beż żadnych problemów. Ale kasa i remonty – każdy swój kościół. Kiedy to zrozumiałem, wszystkie moje problemy się skończyły. A ludziska są tam naprawdę kochane. Prości ludzie, ale szczerzy, kochający Boga i swoje małe ojczyzny. Wiesz, ziemia – ziemią, w takim dobrym znaczeniu. Żadnych lotów w chmurach. Konkret. Pamiętam jak zaprosiłem na pierwsze rekolekcje jednego księdza profesora – Dzidek aż się zaśmiał na wspomnienie. – Normalnie to w ostatni dzień jest taca przeznaczona dla rekolekcjonisty. A oni sypnęli groszem już w pierwszy dzień, i po Mszy sołtys powiedział mi, że „profesorkowi“ już pewno wystarczy i czy by już nie mógł sobie pojechać. Tacy są! No i ja ich kocham, a teraz muszę ich zostawić. Ty byś ich zostawił?

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!