TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 05 Sierpnia 2020, 07:22
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XLVII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część XLVII

Maciej podjechał pod drzwi plebanii, ale kiedy Mateusz chciał wsiąść do samochodu, kolega przecząco pokiwał głową. Następnie zaparkował przy ogrodzeniu i wysiadł z samochodu.
- No co ty, rozmyśliłeś się? Przecież mieliśmy pojechać oglądać twoje nowe królestwo – zdziwił się Mateusz.
- Ależ oczywiście jedziemy, człowieku nie mogę się doczekać. Wyobraź sobie, że czuję się tak samo jak dwadzieścia lat temu kiedy szedłem na pierwszą randkę. Nie myślałem, że będę się tak strasznie ekscytował. Niby człowiek stary, a podnieca się jak małpa gwizdkiem – trajkotał bez przerwy Maciej.
- No to czemu zamknąłeś samochód? – dziwił się Mateusz.
- No jak to czemu. Ej, ty, twój proboszcz to chyba naprawdę ma rację, że ty się nie nadajesz jeszcze na probostwo. Przecież nie mogę się tam pokazać moim samochodem, rozumiesz? Ma być „bez skapy”. Jedziemy twoim – niemal rozkazał Maciej.
- Aha! Czyli będziemy się ukrywać, tak? Jedziemy na zwiady? – ironizował Mateusz.
- Nie gadaj tyle, tylko idź po kluczyki. Jak już jesteś taki sknerus to zapłacę ci za paliwo, ale moim nie jedziemy. Jeszcze się wpakujemy na poprzedniego proboszcza, a nawet nie wiem czy on już wie, że ma zmianę, no i będzie nieprzyjemnie. Trzeba do sprawy podejść pragmatycznie. No pospiesz się trochę – niemal błagającym głosem wyszeptał Maciej, więc, chcąc nie chcąc, Mateusz wrócił do mieszkania po kluczyki od samochodu.  
Kiedy wsiedli do samochodu Maciej zaczął go zasypywać wszystkimi informacjami, które wyszperał na temat swojej nowej parafii, a może lepiej byłoby powiedzieć, na temat swojej pierwszej samodzielnej parafii, swojego pierwszego probostwa. Wiedział już wszystko: ilu mieszkańców liczy parafia, ile wiosek, ile ma kaplic dojazdowych.
- Wiesz, niektórzy koledzy twierdzą, że to przerąbane mieć na terenie parafii kaplicę dojazdową prowadzoną przez zakonnice. A ja się cieszę – tłumaczył Maciej. – Fakt, że masz codziennie dwie Msze, no i rano trzeba do mniszek podjechać na 7.00...
- Skąd wiesz, że u sióstr jest Msza o siódmej rano? – zapytał Mateusz.
- Ma się swoje źródła – odparł Maciej z szelmowskim uśmiechem puszczając oczko. – Ale ja poważnie się cieszę, bo po pierwsze, muszę rano wstać i nie będę gnił w łóżku do 9.00 jak to często bywało na ostatniej parafii, gdzie nie było porannej Mszy, a poza tym, sam rozumiesz, jaki to kapitał modlitwy! No i ty mnie znasz i wiesz jak ja lubię celebrować Eucharystię przy eleganckim ołtarzu, a u mniszek zawsze wszystko jest perfekcyjne i puryfikaterz codziennie świeżutki – cieszył się jak dziecko Maciej. Później zapadło milczenie i Mateusz mógł powrócić myślami do swojej wczorajszej rozmowy z Zygmuntem Trębaczem, dziadkiem Zbyszka, i próbował sobie to wszystko w głowie poustawiać.
Niewątpliwie pan Trębacz nie był wielkim miłośnikiem Kościoła i systematyczna lektura antyklerykalnych gazet tę jego niechęć ciągle podtrzymywała. Ale Mateusz musiał uczciwie przyznać, że człowiek miał podstawy do takiej niechęci. Pan Trębacz był przez całe życie działaczem partii zwanej robotniczą i nawet piastował w niej jakiejś pomniejsze funkcje. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu człowiekiem umiarkowanie pobożnym: co niedzielę chodził do kościoła, ochrzcił dzieci w czasie, kiedy inni partyjni działacze nie mieli na tyle odwagi aby to uczynić. Ale w jego parafii nastąpiła zmiana proboszcza i ten nowy już w drugą niedzielę swojego pobytu w parafii, być może przez kogoś podpuszczony, przejechał się po komunistach jak Gollob po bandzie, czyniąc aluzje nie pozostawiające wątpliwości, że chodziło mu o Zygmunta Trębacza. To wtedy ten ostatni poczuł się w kościele persona non grata. Próbował jeszcze pielgrzymować po różnych parafiach, ale ostatecznie przestał praktykować. Jeśli Mateusz dobrze odczytał słowa starszego człowieka, to po upadku komunizmu, kiedy pojawiły się pierwsze „wolne” pisma antyklerykalne, ktoś mu je pokazał i pan Zygmunt zaczął czytać je regularnie. Pewnie w jakimś sensie uspokajały one jego wyrzuty sumienia, niejako przyznając mu rację. Dzięki tym pismom czuł się w porządku omijając kościoły, których proboszczowie dopuszczają się wszelkich możliwych świństw i przekrętów jak mógł co tydzień przeczytać. Kiedy jednak jego wnuk Zbyszek został ministrantem, a później nawet lektorem, to nie oponował. Może nawet widział w tym jakąś ekspiację, ale niestety, seria artykułów o pedofilach wzbudziła jego niepokój, bo swojego wnuka kochał nad życie. A że gazetka proponowała nawet formularz, z którym zbierać podpisy „w ochronie dzieci przed pedofilami” duch społecznikowski sprowokował go do działania. W rozmowie z Mateuszem rozpłakał się. Powiedział, że jest pierwszym księdzem, z którym rozmawia, od ponad dwudziestu lat.
- I teraz nie wiem, czy to ksiądz jest takim dobrym wyjątkiem, bo mój Zbysiu bardzo księdza lubi, czy może te przypadki, o których piszą gazety to niechlubne wyjątki. Sam już nie wiem komu mam wierzyć – powtarzał bezradnie.
- Panie Zygmuncie, trzeba wierzyć temu co się widzi. Czy pan kiedyś słyszał o mnie albo o proboszczu, że my komuś krzywdę zrobiliśmy? – pytał Mateusz.
- Wy nie, ale ci wszyscy, o których donoszą gazety...
- Ale pana wnuk – przerwał mu Mateusz – z kim ma jechać w góry, ze mną czy z tymi z gazet?
- No z księdzem – cicho zgodził się pan Trębacz. – Ale przecież mają być też inni księża... – nie dawał za wygraną.
- Ale za pana wnuka to ja biorę odpowiedzialność, a poza tym, doskonale znam tych księży, nie pozwolę nikomu ich oczerniać. To nie są CI z gazet! Zakładając, że te pańskie gazety choć czasami piszą prawdę – odpowiedział Mateusz.
- No to ja już nie będę zabraniał Zbyszkowi, niech jedzie – powiedział pan Zygmunt.
- A co z tymi wszystkimi rodzinami, do których pan dotarł ze swoją hmmm petycją? – zapytał Mateusz.
- No cóż, przejdę się jeszcze raz i spróbuję odkręcić sprawę... Naprawdę przykro mi, proszę księdza.
Mateusz wyszedł z mieszkania pana Trębacza uspokojony i był prawie pewien, że teraz sprawa wyjazdu młodzieży w góry ruszy z kopyta. Teraz musi jeszcze omówić wszystko z Maciejem i z jeszcze jednym kolegą, Jakubem, który zabiera ze sobą najmniejszą grupkę lektorów. Mateusz spojrzał na Macieja, który patrzył w okno i nie chciał przerywać jego nabożnego milczenia w tym zbliżaniu się do jego pierwszej parafii.
- Stop! Zatrzymaj się! – krzyknął nagle Maciej.
- Co się stało? – Mateusz gwałtownie wcisnął hamulce.
- Popatrz, - powiedział Maciej z błyszczącymi oczyma – na tej rzeczce jest granica mojej parafii.
- Nie mów mi, że będziesz ziemię całował – uśmiechnął się Mateusz.
- Ucałowałbym, ale kręcą się tu jacyś ludzie, jeszcze mnie rozpoznają – odpowiedział Maciej całkiem poważnym głosem, jakby nie wyczuł, że Mateusz po prostu żartował. – Jedziemy dalej, tylko teraz jedź powoli, bo muszę się nacieszyć tym widokiem. Nie wydaje ci się, że te lasy tutaj jakieś piękniejsze, niż u nas koło miasta?
- Żartujesz sobie, albo ci odbiło. Las wszędzie taki sam – odparł Mateusz.
- Nie, nie! Mówię poważnie, popatrz na te świerki... Ty! Klimaty jak w „Chłopach” Reymonta, patrz na te łąki...
Mateusz patrzył na Macieja i nie mógł uwierzyć. On naprawdę mamrotał jak jakiś zadurzony po uszy szczeniak. Patrzył się na te zwyczajne pola i Bóg jeden wie co w nich widział. I niech no ktoś jeszcze powie, że księża żyją bez miłości...
- Nie wydaje ci się – mówił Maciej patrząc na wymijanych właśnie rolników stojących przy traktorze – że ci mężczyźnie mają etos pracy wypisany na twarzach? Popatrz na ich spracowane dłonie...

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!