TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Marca 2020, 01:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - część LXXXVIII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXXVIII

- Ale, księże Mateuszu, cóż to się stało, że po tylu latach, tak zupełnie niespodziewanie ksiądz do nas przychodzi? – zapytała pani Raszkiewicz ze zmarszczonym czołem przyglądając się Mateuszowi, który zdjął kurtkę i usiadł w fotelu. Pan Raszkiewicz natomiast poszedł do kuchni zrobić kawę i ciągle dobiegały stamtąd jego głośne zachwyty z niespodzianki jaką im zrobił dawno niewidziany kapłan. Mateusz bohatersko wytrzymując wzrok pani Kraszkiewiczowej zastanawiał się ja wybrnąć z sytuacji, bo przecież nie mógł, ot tak, powiedzieć, że przyszedł ich oswoić z myślą, że ich córka jest w stanie błogosławionym i nie wie jak im o tym powiedzieć. Miał też przeczucie, że jeśli będą jakieś trudności w zrozumieniu sytuacji to raczej ze strony mamy Weroniki, podczas gdy ojciec wydawał się osobą, która powinna mieć dużo zrozumienia. A może się mylił? Tymczasem pani Raszkiewicz nie przestawała mu się przyglądać.

- Ksiądz to był chyba u nas tylko jeden raz i jeśli mnie pamięć nie myli to była księdza pierwsza kolęda – z wyraźnym zadowoleniem przypomniała sobie pani Kraszkiewicz i z tego zadowolenia przestała przypatrywać się Mateuszowi i wyszła do drugiego pokoju, by za chwilę wrócić z... kolędowym obrazkiem. - Niech ksiądz zobaczy, księdza obrazek prymicyjny. Widzi ksiądz? Jeszcze mnie pamięć nie myli – trajkotała zadowolona z siebie a Mateusz ze wzruszeniem patrzył na swój obrazek z jego kapłańskim mottem „Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieźć”. Jak w kalejdoskopie przesunęły się przed jego oczami sceny z szesnastu już lat kapłaństwa, podczas których ten szczególny rodzaj miłości uwodzącej między Jezusem a nim się uzewnętrzniał. Jakby na nowo zadumał się nad swoim mottem uzmysławiając sobie, że Bóg potrafi być taki uwodzący w sposób zupełnie inny od człowieka, bo człowiek najczęściej na początku uwodzi a potem już tylko zwodzi, podczas gdy Jezus uwodzi zawsze, bo zawsze jest atrakcyjny, a nawet coraz bardziej atrakcyjny. Im bardziej człowiek pozwala mu się uwieść, tym bardziej widzi jaki On jest dobry.

- Wie ksiądz co? Powiem księdzu szczerze, zawsze chciałam to księdzu powiedzieć, że mnie się nie za bardzo podoba to co ksiądz napisał na tym obrazku, że niby Bóg uwodzi – wyrwała go z jego rozważań pani Raszkiewicz. - Bo dla mnie to tak trochę brzmi jakby, bo ja wiem? Oszukiwać? Wie ksiądz o co mi chodzi? Jakby nie przymierzając jaki chłopak wziął dziewczynę i uwiódł a potem zostawił, jeszcze nie daj Boże w ciąży, o!

Mateusz aż podskoczył i omal nie rozlał kawy, którą pan Kraszkiewicz właśnie mu podał, przypominając sobie, że celem jego wizyty jest nie rozważanie swojego motta, ale rozmowa o... No właśnie, o czym? Czasami Mateusz w bezmyślny sposób zgadzał się na takie właśnie jak ta interwencje, a potem był zły na siebie, bo w sumie to miała rację pani Kraszkiewiczowa. Wpada do ich do domu po, jak się okazuje, piętnastu latach, i co? I co ma im powiedzieć?

- A ja bardzo lubię to księdza motto – z szerokim uśmiechem powiedział pan Kraszkiewicz. - A ty już się tak Zosiu nie dopytuj co księdza Mateusza sprowadziło do nas po tylu latach, bo to Opatrzność Boża. Już nie pamiętasz jak rozmawialiśmy w piątek i sama mówiłaś, jakby to było dobrze, gdyby tak ksiądz Mateusz się odezwał?

Mateusz natychmiast wyczuł swoją szansę. Przede wszystkim pan Kraszkiewicz przypomniał imię żony i był wreszcie jakiś przyczółek, którego się uczepić.

- Naprawdę Pani Zofio pamiętała pani o mnie? No to bardzo się cieszę, że jakoś tak Pan Bóg znowu nam pozwolił się spotkać - powiedział Mateusz.

- Ten mój mąż to musi zawsze wszystko wychlapać, jak przekupki na targu – udawała obrażoną pani Kraszkiewicz. - Ale rzeczywiście księże Mateuszu, parę dni temu rozmawialiśmy z mężem o naszej Werci...

- Bo widzi ksiądz – z nieco zasępioną miną wtrącił się pan Kraszkiewicz – pamięta ksiądz naszą Weronikę, zawsze taka pogodynka, uśmiechnięta, pełna radości no i generalnie wszystko zawsze nam mówiła. Ale od kilku tygodni wydaje się jakby dosłownie zgasła. Smutna taka, często zamyka się w pokoju, żona nawet słyszała kilka razy szloch...

- No i właśnie wtedy sobie pomyśleliśmy o księdzu, bo ona do żadnego kapłana nie była tak przywiązana jak do księdza – powiedziała pani Zofia. - No, ale to było na zasadzie „szkoda że go tu nie ma”, a dzisiaj ksiądz przychodzi – uśmiechnęła się.

- Nie bardzo wiemy o co chodzi – podjął wątek pan Kraszkiewicz – i martwimy się, bo to przecież nasza jedynaczka, dlatego zawsze chowaliśmy ją w takim duchu, aby nigdy nie obawiała się być z nami szczera. I teraz jest nam nawet trochę przykro, że kiedy coś prawdopodobnie poważnego ją trapi, nie przychodzi z tym do nas. Nie wiem, czy nam nie ufa, czy boi się? I tak pomyśleliśmy, że gdyby ksiądz tu był, to byśmy poprosili, żeby ksiądz z nią porozmawiał i powiedział jej, że w nas ma zawsze swoich sprzymierzeńców. A może księdzu powie co ją trapi.

- A próbowali państwo z Weroniką porozmawiać? - zapytał Mateusz.

- Ja raz próbowałam, ale zakończyło się na „Mamo, proszę cię, daj mi spokój” - opowiadała pani Zofia, – a mąż nawet nie próbował. Ale powiem księdzu szczerze, że obawiam się najgorszego.

- Oj tam od razu najgorszego – przerwał jej nieco zirytowany pan Kraszkiewicz. - Jak tak będziesz podchodzić do sprawy, to jeśli masz rację, jeszcze pogorszysz sytuację. 

Przez chwilę nikt nic nie mówił.

- Tak proszę księdza, obawiam się że nasza Wercia jest w ciąży – powiedziała pani Kraszkiewicz

- Kotuś, jeśli już, to w stanie błogosławionym, nie mówi się „w ciąży”...

- Ona jest w ciąży! - przerwała mu pani Kraszkiewicz patrząc Mateuszowi prosto w oczy. Najwyraźniej musiała coś wyczytać w jego twarzy. - Prawda, księże Mateuszu? Nasza Wercia jest w ciąży i przysłała księdza, tak? Boże taki wstyd, nasza córka zamiast najpierw przyjść do rodziców idzie do księdza, którego nie widziała dwadzieścia lat! - pani Zofia zaczęła się wachlować... łyżeczką od herbaty.

- Zosiu, nie zapominaj, że Weronika ma 21 lat – spokojnie wtrącił pan Kraszkiewicz.

- Czyli, że już może być sobie w ciąży, tak? Bo jest pełnoletnia?

- Nie o to mi chodzi, ale księdza Mateusza poznała będąc trochę starsza niż to wynika z twoich rachub – tłumaczył ojciec Weroniki.

- Co ty jakieś głupoty gadasz? Nasza córka jest w ciąży, rozumiesz??? I nam nie powiedziała – pani Raszkiewicz zdawała się tracić panowanie nad sobą.

- Kochanie uspokój się, po pierwsze, jeśli to prawda, a księdzu nie dałaś jeszcze dojść do słowa, to trzeba przede wszystkim zająć się nią z miłością, żeby nie podjęła jakiejś tragicznej decyzji.

- A po drugie? - zapytała małżonka ciągle wachlując się łyżeczką od herbaty.
- Po drugie, jeśli nam nie powiedziała, to znaczy, że nam nie ufa i to jest bardzo bolesne i kto wie, może to nasza wina – powiedział smutno pan Kraszkiewicz. W tym momencie Mateusz uznał, że już nie może dłużej milczeć.
- Hm – odchrząknął głośno jakby chciał dać do zrozumienia, że wchodzi do rozmowy. - Co to ja zdążyłem powiedzieć? Dzień dobry? I już pani Zofia zdążyła z mojej twarzy wyczytać, że Weronika jest w ciąży. Powiedzieć o mnie otwarta książka, to mało... Ale rzeczywiście, spotkałem Weronikę wczoraj wieczorem, zupełnie przypadkiem, i powiedziała mi. Ale panie Kraszkiewicz, proszę mi wierzyć, jedyną racją dla której tak ciężko było jej powiedzieć wam wszystko, jest poczucie, jak bardzo was zawodzi. 

Jeszcze dobre pół godziny rozmawiali, ale Mateusz zrozumiał, że w tej rodzinie dziecko nie będzie zagrożone, a wręcz przeciwnie, co nie znaczyło, że nie trzeba będzie próbować odzyskać ojca. Ale póki co najważniejsze było dziecko.

- Babcia, podaj cukier – powiedział w pewnym momencie pan Kraszkiewicz do swojej małżonki, która udała, że gromi go wzrokiem. Mateusz uznał, że może się już pożegnać. Kiedy wyszedł, pan Kraszkiewicz popatrzył z miłością na swoją żonę.

- Zosiu, czy w Ewangelii jest napisane jak Joachim i Anna zareagowali, gdy dowiedzieli się, że Najświętsza Panienka a ich córka będzie mamą?

- Chyba nie, misiu, będziemy musieli improwizować.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!