TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 19 Stycznia 2020, 01:36
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXIX

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXIX

Co tu ukrywać, całe to zamieszanie związane ze zmianami w diecezji, nie pozostało bez znaku w świadomości Mateusza. Rzeczywiście, chyba za bardzo nastawił się na to, że zostanie proboszczem i choć przecież ostatecznie sam był w jakimś sensie kowalem własnego losu, bo to on zasugerował biskupowi, że bez żadnych problemów może zostać na kolejny rok jako wikariusz księdza kanonika, to teraz czuł taką dziwną pustkę i rozczarowanie.

„Jaki człowiek potrafi być durny! – myślał Mateusz. – Zawsze byśmy chcieli, nawet jako księża, mieć więcej do powiedzenia w sprawach naszej posługi, chcielibyśmy, aby posłuszeństwo, które przecież przyrzekaliśmy było jednak przedmiotem jakiejś mediacji, aby biskup się nas pytał zanim nas gdzieś pośle, a później kiedy tak rzeczywiście jest, to byśmy woleli, żeby jednak ktoś zdecydował za nas. Bo wtedy można mieć pretensje do kogoś innego, a nie do siebie.... Ale ja przecież nie mam pretensji do siebie...”

Sam już nie mógł się połapać we własnych myślach. A przecież trzeba się brać do roboty, bo wakacje się rozpoczęły i trzeba dopracować wyjazd w góry z młodzieżą no i sierpniową pielgrzymkę, na którą znowu było bardzo niewiele zapisów.

- Tak się już przyzwyczailiśmy do ofert last minute Panie Boże, że nawet z zapisami na pielgrzymkę czekamy do ostatniej chwili – powiedział głośno Mateusz i natychmiast się roześmiał, bo znowu złapał się na tym, że kiedy ma jakieś dziwne myśli, głupie albo grzeszne, to zaraz potem mówi coś głośno do Pana Boga, jakby w nadziei, że Bóg jego myśli nie słyszał... – Ale z tym last minute to muszę sobie gdzieś zanotować, może się przydać na jakąś akcję z zapisami – powiedział tym razem do siebie.

Tak. Najlepiej będzie, jeśli przestanie wracać myślami do tego niedoszłego proboszczostwa i po prostu weźmie się do roboty, w końcu sam tego chciał.

„Już raz był tzw. premier z Krakowa a teraz wcale go w polityce nie ma. Żebym i ja tak nie skończył” – pomyślał Mateusz i poczuł się jakoś radośniej na duszy. Sięgnął po koronkę, najlepszy prozac jaki kiedykolwiek wymyślono na stany depresyjne i miał zacząć modlić się do Bożego miłosierdzia, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pulsowało imię Ani. Ucieszył się, ponieważ od paru miesięcy jej nie słyszał i nawet się stęsknił.

- Aniu! Jak miło, że dzwonisz, nie słyszymy się przynajmniej od marca – wykrzyknął w słuchawkę.

- I jeszcze powiedz, że to moja wina – roześmiała się Ania, aż się Mateuszowi wszystko w głowie rozdzwoniło, niczym japońskie dzwoneczki rozwieszone w otwartych oknach, – jeśli miałabym czekać na twój telefon, to chyba prędzej powtórnego przyjścia Pana Jezusa bym się doczekała.

- To akurat byłoby super, jakby Pan Jezus przyszedł, ale nie przesadzaj, czasami do ciebie dzwonię – mówił Mateusz usiłując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miało to miejsce, bezskutecznie. – Co u ciebie? Co z Jackiem?

- Mój kochany mąż, niestety, nie dał znaku życia od prawie roku. Teściowa mówiła mi, że dalej pije i coraz z nim gorzej. Ostatnio dzwonił do niej, oczywiście pijany, ale tłumaczył, że nie pozostało mu nic innego, bo i tak umrze. Nie wiem czy był u jakiegoś lekarza, ale pamiętam, że czasami lubił mnie tak postraszyć, że niby pije, bo ma raka, ale zawsze były to bujdy. Tyle że do swojej mamy nigdy takich rzeczy nie mówił, teraz zdarzyło się to po raz pierwszy. Już sama nie wiem czy się tym martwić – tłumaczyła smutnym głosem Ania.

- Słuchaj, ale ty go w ogóle nie widzisz od tego czasu, kiedy się wyprowadził? – dziwił się Mateusz.

- Próbowałam kilka razy, ale nigdy nie udało mi się z nim spotkać. On teraz mieszka ze swoim wujkiem, bratem mamy, który też ma problem alkoholowy i też odszedł od żony, ale ma bardzo dobrą rentę. Mieszka koło Suwałk. Byłam tam cztery albo pięć razy, raz nawet z teściową, ale nigdy nie udało mi się go spotkać. Ostatnio byłam w maju –odpowiedziała Ania lekko zaniepokojonym głosem, jakby nagle pomyślała, że Mateusz może sobie o niej coś złego pomyśleć.

- Rozumiem, strasznie mi przykro, Aniu, strasznie – powiedział cicho Mateusz i już chciał dodać, jak bardzo na nich liczył, takie dobre katolickie małżeństwo, zaangażowane w parafii, które miało być światłem świata i solą ziemi – tak przynajmniej prosił ich podczas ślubnej homilii – ale w porę ugryzł się w język i zamilkł.

- Mateuszu, a co u ciebie? – po chwili milczenia zapytała Ania. – Czy to prawda, że mogłeś być  od pierwszego lipca proboszczem w mojej parafii?

- A kto ci tak powiedział? – Smutek Mateusza przemienił się w zdumienie a nawet w złość – Maciej?

- Tak, Maciej. Rozmawiał z moją mamą i mówił, że mogłeś przyjść do nas, ale ostatecznie pozostałeś jeszcze na rok z twoim proboszczem. Miałeś w ogóle taką propozycję, żeby do nas przyjść? – zapytała.

- Właśnie Aniu, od tego pytania należałoby zacząć. Nie miałem, choć nie jest wykluczone, że mogłem mieć – odpowiedział Mateusz już spokojny, raz jeszcze pełen podziwu dla kobiety, która z nielicznych przecież informacji, które posiadała, potrafiła wyciągnąć odpowiednie wnioski, a przynajmniej nie wyciągała pochopnych. Opowiedział jej jak się rozegrała cała sytuacja i wytłumaczył, że bardzo dobry kapłan będzie ich proboszczem.

- No to przynajmniej już się nie muszę łudzić, że kiedyś ty będziesz moim proboszczem, skoro ten ksiądz Krzysztof taki młody, to pewnie u nas długo posiedzi – powiedziała Ania z jakąś taką ulgą w głosie.

- Wystarczy, że byłem twoim wikariuszem, chyba dosyć cię wtedy wymęczyłem z parafialnymi sprawami – powiedział. – Chociaż wiesz, nigdy nic nie wiadomo. Przecież ty już przynajmniej ze trzy razy zmieniałaś adres.

- A nie tak miało być. Miałam nadzieję, że pozostanę tam szczęśliwa z moim mężem do końca życia – powiedziała smutno Ania. – Ale nie o tym chciałam rozmawiać. Ja właśnie chciałabym, żebyś mnie jeszcze trochę pomęczył.

Jakkolwiek to co powiedziała Ania nie zabrzmiało w żaden sposób dwuznacznie, Mateusz zbaraniał.

- Co masz na myśli? – zapytał.

- Zastanawiam się, czy nie jedziesz gdzieś w góry i czy nie potrzebujesz kucharki – powiedziała Ania, a Mateusz poczuł lekkie ukłucie w sercu, – a właściwie dwóch kucharek – dokończyła.

- A kto byłby tą drugą? – zdziwił się Mateusz.

- Moja mama. Chciałabym ją gdzieś zabrać, ale raczej nie czułybyśmy się dobrze w jakimś pensjonacie, a z tobą to i Msza codziennie, no i na pewno dużo taniej. Nie skorzystałbyś z takiej oferty? Wiesz, że mama gotuje sto razy lepiej ode mnie – zaśmiała się głośno Ania, a Mateusz już się cieszył, bo to był naprawdę świetny pomysł. Z samą Anią to później znowu musiałby się tłumaczyć proboszczowi, jak jakiś smarkacz. Ale postanowił trochę się podroczyć.

- Właśnie, mama lepiej gotuje a nam jedna kucharka wystarczy – powiedział ze śmiechem.

- O, nie ma tak dobrze, to jest cały pakiet, dwa w jednym – odpowiedziała Ania.

- Niech się zastanowię... – udawał głębokie zamyślenie Mateusz. – Jeśli dołożysz jeszcze przygotowywanie z młodzieżą śpiewów na Eucharystię, pieczenie drożdżowca i sprzątanie pokoju księdza kierownika, to rozpatrzę twoją prośbę – żartował.

- Tylko pokój kierownika? A czemuż to taka łaska? Może wszystkie mam sprzątać? – przekomarzała się Ania a Mateusz dziękował Bogu. Nie za to że Ania z mamą pojadą z nim w Bieszczady. Za to, że Pan Bóg pozwolił mu przez pięć minut posłuchać kobiety, która najpierw doświadczona alkoholizmem męża, a potem przez niego porzucona, ani razu nie zwątpiła w sens życia, w Boga i nawet nie przestała tego męża kochać. A on przeżywa nie wiadomo jakie cierpienia młodego Wertera, bo mógł zostać proboszczem, a nie został i to z własnej woli. Jak to dobrze, że nikt mu w duszę, oprócz Pana Boga, nie zagląda.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!