TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Września 2020, 02:37
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXI

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXI

Jeżeli Mateusz czegoś się bał w kapłańskim życiu to przede wszystkim rutyny. Kiedy był jeszcze klerykiem i śledził codzienny rytm życia, w którym każdy dzień był taki sam jak poprzedni, trochę się obawiał, że mu się to wszystko znudzi. Porównując życie księdza z życiem męża i ojca wydawało mu się, że w życiu tego drugiego jest o wiele więcej momentów zwrotnych, po których nic już nie jest takie samo jak wcześniej: najpierw się zakochuje i oczywiście nic nie jest takie jak przedtem; potem żeni się i zamieszkuje ze swoją żoną i znowu wielka zmiana. Potem przychodzi na świat pierwsze dziecko i ponownie ten świat się wywraca do góry nogami, a potem kolejne dzieci; dzieci później idą do szkoły, na studia, zakochują się, żenią się, wyprowadzają z domu – to są wielkie sprawy. A potem trzeba znowu nauczyć się żyć tylko z żoną, bo dzieci się wyniosły, a żona tylko teoretycznie taka sama, bo przecież o dwadzieścia lat starsza. A potem przychodzą wnuki i znowu zaczyna się coś nowego. W porównaniu z tym wszystkim życie księdza jawiło mu się nazbyt statyczne: trzy, cztery razy zmieni parafię w coraz dłuższych odstępach czasu, by w końcu osiąść w którejś na dwadzieścia kilka lat. Jedyna zmiana zasadnicza to chyba ta, kiedy po raz pierwszy zostanie proboszczem. Tak mu się wydawało w seminarium i tej rutyny trochę się obawiał.

Oczywiście dzisiaj patrzył na to z perspektywy kilkunastu lat kapłaństwa i wiedział już doskonale, że jego obawy były niesłuszne. Ile się działo w jego życiu! Jego kapłaństwo było tak pełne wydarzeń, relacji, radości i rozczarowań, że mógłby tym obdzielić kilku kolegów z wielodzietnymi rodzinami na utrzymaniu. A przede wszystkim był szczęśliwy i ciągle „głodny“ Boga i ludzi. Jaka tam nuda! No i teraz Jan Paweł II raz jeszcze, tym razem już z Nieba, choć po raz kolejny poprzez Plac Świętego Piotra w Rzymie, dostarczył mu tak wielkiej dawki energii duchowej, a nawet fizycznej, że kiedy po powrocie z pielgrzymki wrócił do codziennych zajęć, nikt nie mógł za nim nadążyć. Wiadomo, końcówka maja, w szkole nikt nie myśli o niczym innym jak tylko o wakacjach, w parafii po uroczystościach Pierwszej Komunii trwa już tylko oczekiwanie na Boże Ciało, a Mateusz biegał jak nakręcony kipiąc wręcz pomysłami.

- Jutro chyba się wybiorę do księdza Kazia do Boćkowa – powiedział przy kolacji.

- No, no! Widzę, że jakoś się ksiądz zupełnie przełamał do tej parafii. Jak miał ksiądz tam jechać na Wigilię Paschalną to się wydawało, że księdza wysyłam do Guantanamo – powiedział z przekąsem Proboszcz.

- Nie byłem wtedy szczęśliwy, fakt, chciałem przeżywać liturgię z naszymi – przyznał Mateusz – ale widzi Ksiądz Proboszcz, jak to wszystko się ułożyło: potem dzięki temu mogłem pojechać do Rzymu na beatyfikację, podczas pielgrzymki poznałem tych ludzi i jutro po Mszy wieczornej jest tam spotkanie popielgrzymkowe. Chcą pokazać trochę zdjęć księdzu Kaziowi i pomyślałem, że podlecę do nich z rzutnikiem i pooglądamy w dużym formacie. Trochę tych ludzi polubiłem – zakończył Mateusz.

- Do Rzymu pojechał ksiądz dlatego, że ja się na to zgodziłem, proszę o tym nie zapominać. A może ksiądz się szykuje na probostwo w Boćkowie? – zapytał nagle Proboszcz. – Ksiądz Kazimierz zdaje się w lipcu przejdzie na emeryturę. Ksiądz Biskup proponował mu pozostanie jeszcze na rok, ale on się nie czuje na siłach, zwłaszcza po tym omdleniu w Wielką Sobotę. Nawet mi mówił, że widziałby księdza na swoim miejscu – mówił Proboszcz uważnie wpatrując się w oczy zupełnie zaskoczonego Mateusza.

- Naprawdę myśli Ksiądz Proboszcz, że jadę jutro do Boćkowa, bo mam zamiar zostać tam proboszczem? – zapytał nieco rozczarowany podejrzeniami swojego zwierzchnika.

- To, co ksiądz zamierza nie jest aż takie istotne, bo i tak decyduje biskup, a opinii zasięgnie ewentualnie u mnie – odpowiedział chłodno Proboszcz. – Ale rzeczywiście, tak się ksiądz nagle zapalił do tej parafii...

- Proszę mi wierzyć, nie myślałem o Boćkowie w ten sposób, choć rzeczywiście ludzi, którzy ze mną byli w Rzymie polubiłem. A kiedy i gdzie zostanę proboszczem to oczywiście jest w rękach Księdza Biskupa i ja na pewno nie będę o nic prosił – wyjaśnił ostro Mateusz.

- To skoro nie chce ksiądz tam być proboszczem, to co tam tak księdza ciągnie? Mówił mi ksiądz, że w pielgrzymce uczestniczyły głównie osoby w podeszłym wieku… - perorował Proboszcz, a Mateuszowi nagle wzrosło ciśnienie, bo doskonale wiedział, dokąd zmierza jego tok rozumowania.

- Jeżeli chce Ksiądz Proboszcz wiedzieć, czy były tam jakieś młodsze kobiety, to owszem, były! – powiedział nieco podniesionym głosem Mateusz, a Proboszcz przez chwilę nie odpowiadał przeżuwając kęs chleba. Po kilkudziesięciu sekundach podjął temat.

- Ależ ja nic nie sugerowałem, a księdza tak ubodło. Kto wie, dlaczego?

- Może dlatego, że za każdym razem, kiedy wyjeżdżam na jakąś pielgrzymkę i wracam ożywiony, szczęśliwy i naładowany – jak myślę – dobrą Bożą energią, to Ksiądz Proboszcz zawsze dopatruje się w tym czegoś dziwnego i pyta, czy kogoś nie poznałem. Mam tego dosyć! Pracujemy razem już trzeci rok i jeszcze Ksiądz Proboszcz mnie nie potrafi zrozumieć? Coś księdzu opowiem, może ksiądz zrozumie, dlaczego bolą mnie takie rzeczy – Mateusz był bardzo wzburzony.

- Proszę, słucham księdza – powiedział spokojnie i jakoś tak życzliwie Proboszcz, że Mateusz się uspokoił.

- Ksiądz Proboszcz wie, że kiedyś wyrzucono mnie z seminarium, prawda? Jednym z motywów tej decyzji była taka sytuacja. Jako klerycy na czwartym roku mieliśmy obowiązkową praktykę w organizacjach charytatywnych. Tworzyliśmy małe grupy i jeździliśmy do różnych placówek. Ja z kolegami jeździłem do pobliskiego Domu Dziecka i jeszcze inna grupa chłopaków z naszego roku też miała pod opieką inny Dom Dziecka. My z kolegami zaczęliśmy od pierwszej niedzieli października i niemal w każdą niedzielę, podczas naszego wolnego czasu, jeździliśmy do tych dzieciaków. Śpiewaliśmy z nimi, graliśmy, przygotowywaliśmy do Pierwszej Komunii, ale przede wszystkim byliśmy z nimi w te kolejne niedziele, kiedy one wychodziły na przystanek autobusowy i wracały zapłakane bo mama czy tata znowu nie przyjechali. I wtedy my robiliśmy wszystko, łącznie z robieniem z siebie błaznów, żeby im tę niedzielę jakoś osłodzić. To było chyba najlepsze, co zrobiłem podczas tych lat seminaryjnych. Proszę sobie wyobrazić, że chłopaki z tej drugiej grupy jakoś się nie mogli zebrać, faktem jest, że prawie wcale nie jeździli do swojego Domu Dziecka i kiedy tuż przed św. Mikołajem siostry prowadzące Dom zadzwoniły z pytaniem, dlaczego klerycy w tym roku nie przyjeżdżają, w seminarium wybuchła afera. Tylko na ławce oskarżonych nie wylądowali tamci, ale my! „Dlaczego oni tam tak często jeżdżą, do tego Domu Dziecka? A inni nie jeżdżą”. Wie ksiądz Proboszcz jaką sobie dali odpowiedź? Bo tam są młode i ładne wychowawczynie. Ze skutkiem natychmiastowym zakończono nasze wyjazdy i zdecydowano, że praktyki charytatywne będą przełożone i zaczną się ponownie w nowym roku akademickim – Mateusz aż szybciej oddychał na wspomnienie tamtych chwil.

- I co było dalej? – zapytał Proboszcz.

- Ja się z tym nie mogłem pogodzić. Fakt, wykazałem się nieposłuszeństwem, ale tłumaczyłem, że nie możemy tak tych dzieci w połowie roku zostawić. Miałem przed oczami te ich zapłakane twarze w niedzielne południe, kiedy przyjeżdżał autobus z Wrocławia i nikt z niego nie wysiadał. I teraz nawet nas już miało nie być, żeby choć trochę je pocieszyć. Miotałem się mocno, ale w końcu musiałem zaakceptować wolę przełożonych. Kilka miesięcy później oznajmiono mi, że muszę opuścić seminarium, a te moje protesty były jednym z ważniejszych motywów – Mateusz zamilkł i Proboszcz też nic nie mówił przez dłuższą chwilę.

- Ja nie mam pretensji o to usunięcie z seminarium – podjął cicho Mateusz. – Pan Bóg poprowadził mnie wspaniale przez kapłaństwo i jestem bardzo, bardzo szczęśliwym księdzem i naprawdę za wszystko, łącznie z tym wyrzuceniem mnie na piątym roku, codziennie Bogu dziękuję. Naprawdę. Ale jak ktoś w motywach mojej pracy duszpasterskiej, radości i chęci działania zaczyna się doszukiwać jakiejś kobiety, to normalnie szlag mnie trafia. Bo twarzy wychowawczyń z tego Domu Dziecka nie pamiętam ani jednej, zapłakane twarze dzieci, tak.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!