TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Września 2020, 02:35
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXVII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXVII

Bardzo się cieszył z tej Drogi krzyżowej i jak zawsze w takich sytuacjach późnym wieczorem wsiadł w samochód i ruszył do Macieja. Nie ukrywał, że obecność kominka na plebanii Macieja sprawiała, że łatwo było mu podjąć decyzję o odwiedzinach, zwłaszcza od późnej jesieni do wczesnej wiosny, ale oprócz kominka był jeszcze jeden istotny fakt. A właściwie nie fakt, tylko pakt, który zawarli w czasach seminaryjnych. Chodziło o inicjatywy duszpasterskie. Było to w okresie, kiedy Mateusz w rodzinnej parafii, choć było aż trzech wikariuszy, rzadko słyszał w ich codziennych rozmowach kwestie dotyczące pracy w parafii. Rozmawiało się o filmach, samochodach i meczach. I kiedy pewnego razu Mateusz odwiedził Macieja w jego rodzinnej parafii i zostali zaproszeni na kawę do wikariusza, przeżył szok. Jako kleryk czwartego roku nie mógł się nadziwić słuchając wikariuszy z parafii Macieja rozmawiających przy kawie o grupach duszpasterskich, inscenizacjach dla dzieci, pielgrzymkach, wymieniających materiały, jakiś list papieża do młodzieży i tak bitą godzinę.

- Czy oni się widują raz na miesiąc? – pytał zaskoczony Mateusz.

- Nie, dlaczego? – dziwił się jego pytaniem Maciej. – Normalna rozmowa codzienna moich księżyków. Czasami to już mi się ich słuchać nie chce. Chłopie, jakby byli zaprogramowani!

Maciej niemal się żalił i Mateusz go rozumiał, bo przyjaciel był typem, którego kiedyś nazywało się człowiekiem renesansu o rozległych zainteresowaniach, o których lubił porozmawiać. Ale z drugiej strony zazdrościł mu tych wikariuszy. Nie żeby u niego w parafii nic się nie działo, ale jakby każdy sobie rzepkę skrobał, nie było tej wymiany myśli i koordynacji działań. Porównując to z dzisiejszymi czasami to jakby widział dokładnie to samo w parafii Jezusa Miłosiernego w ostatnich latach przed odejściem zasłużonego prałata Mariana. Ale ponoć po zmianie proboszcza, nomen omen znowu Marian przyszedł, współpraca jest bardzo dobra. Ale wracając do przeszłości, to właśnie owego wieczoru zawarli z Maciejem pakt, że będą się zawsze dzielić pomysłami duszpasterskimi.

- Słuchaj, ale żeby było jasne – zastrzegał się Maciej – nie będziemy rozmawiać non stop, tylko i wyłącznie o duszpasterstwie, jak te moje księżyki. Jak zobaczysz dobry film to też mi powiesz, ok?

- Dobra, dobra. Najpierw poczekajmy aż będziemy księżmi – śmiał się na to Mateusz i dziwnym trafem obaj na kapłaństwo musieli poczekać nieco dłużej niż inni. Może to przez ten renesans? Bóg wie.

Ale dzisiaj jechał do Macieja, aby zgodnie z obietnicą opowiedzieć mu o swojej Drodze krzyżowej, która zachwyciła wszystkich, łącznie z Proboszczem.

- Ta, którą ja przygotowałem kilkanaście lat temu była bardziej rewolucyjna jak na owe czasy, ale to, co ksiądz przedstawił z młodzieżą też było przejmujące – skomentował przełożony Mateusza. 

Zadzwonił do drzwi i wiedział, że musi chwilę poczekać. Nie, nie podejrzewał swojego przyjaciela o tak wczesne pójście do łóżka. Po prostu jego plebania była tak wielka, że potrzebował kilku chwil, aby dojść do drzwi wejściowych. O dziwo jednak Maciej otworzył mu... już w piżamie. Mateusz szybko przygasił uśmiech na twarzy. Zbyt dobrze znał przyjaciela: jeśli o tej porze był w piżamie, to coś go musiało nieźle przygnębić i lepiej było najpierw go wysłuchać niż chwalić się swoimi sukcesami. Maciej nie był nigdy zazdrosny, ale Mateusz wiedział, że nie jest dobrym sposobem podnoszenie kogoś na duchu opowiadając mu o własnych dokonaniach.

- Mateusz! Czy nieszczęścia zawsze przychodzą parami? – takie przywitanie wcale Mateusza nie zdziwiło.

- Też się cieszę, że cię widzę – odrzekł przekornie i z uśmiechem. – Mam nadzieję, że przynajmniej w kominku napalone, bo tylko dlatego warto tu przyjechać, zważywszy że gospodarz ma zawsze kwaśną minę. Co się stało, że cię tak wcześnie w piżamkę popchnęło?

- Wchodź, chyba jeszcze nie wygasło, zaraz podrzucimy trochę dębiny – zaprosił go do środka Maciej. – Właśnie zakończyliśmy dzisiaj rekolekcje wielkopostne i jestem wnerwiony.

- Co tak cię wnerwiło: rekolekcjonista czy frekwencja? – zapytał Mateusz.

- W sumie to jedno i drugie – odpowiedział Maciej dorzucając drewna do kominka, w którym buchnął wesoły płomień, aż się Mateuszowi oczy zaświeciły.

- Wiesz co? Właśnie sobie zdałem sprawę, że jakby mnie Ksiądz Biskup wysłał na najgorszą i najmniejszą parafię w diecezji, z najwyższym procentem ateistów i Świadków Jehowy, alkoholizmu i narkomanii, na terenach zalewanych przez powódź każdego roku, z kościołem do remontu, ale by mi powiedział, że jest kominek na plebanii, to wziąłbym bez wahania... Ale przepraszam, przerwałem ci Maciuś, czyli wkurzyłeś się na frekwencję i rekolekcjonistę, tak?

- Jesteś debil Mateusz, przecież kominek możesz sobie wszędzie wybudować. Na męczeństwo można się zgodzić za wiarę, a nie dla kominka – skomentował już nieco żywszym głosem Maciej. – No więc wkurzyli mnie ci zakonnicy, bo czasem to jest tak, że jak jakiś proboszcz ich prosi co roku to wysyłają ci piąty garnitur. Mój poprzednik zapraszał ich od lat i na ten rok byli już zamówieni, więc nic nie mogłem zrobić, a poza tym to nie spodziewałem się takich szopek: przez cztery dni przewinęło się trzech różnych, bo każdy miał jakieś sprawy do załatwienia. No więc podziękowałem im za współpracę, a w przyszłym roku sam wybiorę rekolekcjonistę. Jednak muszę przyznać, że mówili ciekawie i dlatego jeszcze bardziej jestem wkurzony na moich parafian. Na świętą frekwencję. Bo wiesz co? Ja już sam nie wiem, jak można ich bardziej zachęcić – rozłożył ręce Maciej.

- A zrobiłeś ten baner, o którym ci mówiłem w tamtym roku? – zapytał Mateusz.

- Dwa! Z obu stron wioski, plus tablica ewangelizacyjna przy kościele. Przez miesiąc to wisiało, ale powiem ci jeszcze więcej. Przygotowałem ładny program rekolekcji i wysłałem go pocztą do wszystkich mieszkań w mojej parafii.

- Żartujesz! To musiało cię kosztować fortunę: koperty, znaczki, no i ile roboty – dziwił się Mateusz.

- Nie, wbrew pozorom to wcale nie kosztuje dużo. Dowiedziałem się na poczcie. Wystarczy podpisać umowę, zostawiasz im zaproszenia, czyli plan rekolekcji bez kopert i płacisz 8 groszy za sztukę – wyjaśnił Maciej.

- Naprawdę? Tak tanio to kosztuje? Czyli jeśli ty masz czterysta rodzin to zapłaciłeś…

- 32 złote plus koszt wydruku na mojej drukarce – dokończył Maciej.

- Rewelacja! Taki patent i nic nie mówisz? Trzeba to jakoś rozpowszechnić wśród księży – gorączkował się Mateusz pełen podziwu dla kolegi.

- Co z tego? Właśnie dlatego jestem taki zły, bo ludzi była garstka – wyznał rozczarowany Maciej. – I projekcje filmów dla dzieci i młodzieży były, i dyskusje i polowanie na skarb, wszystko jakby rzucanie grochem o ścianę. Ludzi było tyle co w niedziele o średniej frekwencji. Ja już sam nie wiem, jak jeszcze można tych ludzi zachęcić.

- Nawet się nie pytam, czy modliliście się w tej intencji, bo pamiętam, że jak byłem u ciebie ostatnio to już wtedy słyszałem... - Mateusz nie wiedział jak podnieść kolegę na duchu.

- Zastanawiam się, czy nie będzie trzeba na przyszły rok ludzi wysłać normalnie jak za pierwszych chrześcijan, od drzwi do drzwi, niech zapraszają na rekolekcje – powiedział Maciej.

- Nie myśl, że to takie łatwe. Mówił mi Włodziu, że proponował to w swojej parafii, a wiesz jakich on ma fajnych i zaangażowanych ludzi, i nie przeszło. Ludzie się nie kwapili. Ale nie załamuj się Maciej, robimy, co możemy...

- A kto się załamuje? Nie jestem załamany tylko wkurzony, a to jest różnica. Ale dzisiaj się pomodlę, niech słońce nie zachodzi nad moim gniewem i jutro orzemy dalej! Idę do komórki po jeszcze trochę tej dębiny, bo zaraz zgaśnie. Jakby ktoś dzwonił, to odbierz proszę i ewentualnie przetrzymaj chwilkę na linii. Zaraz będę – Maciej zarzucił kurtkę na piżamę i wyszedł na zewnątrz. Właśnie w tym momencie zadzwonił telefon.

- Parafia Matki Bożej Łaskawej, Ksiądz Proboszcz na chwilę wyszedł, ale zaraz będzie – powiedział Mateusz do słuchawki.

- Nie szkodzi. Proszę tylko powiedzieć proboszczowi, że stał się cud. Mój ojciec od trzydziestu lat nie był w kościele, a teraz dzień w dzień chodził na rekolekcje. Powiedział, że jak ktoś pisemnie zaprasza, to tylko cham nie pójdzie. Niech pan powie proboszczowi, na pewno się ucieszy: ojciec się nawet wyspowiadał. I właśnie umarł.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!