TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 05 Sierpnia 2020, 05:58
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXII

Czym byłoby moje kapłańskie życie bez kolędy?

Takie pytanie postawił sobie Mateusz po rozmowie z kolegą, który od kilku miesięcy został oddelegowany przez biskupa ordynariusza do pracy w instytucjach centralnych. Zapytany jak mu się żyje poza duszpasterstwem odpowiedział, że po raz pierwszy od wielu lat normalnie przeżył święta Bożego Narodzenia, bez tej wiszącej nad głową, psychicznej gilotyny pod tytułem: „Nazajutrz zaczyna się kolęda“. Może dość drastycznie powiedziane, ale rzeczywiście ks. Leszek pracował ostatnie lata w dużej parafii, gdzie każdego dnia odwiedzali nawet ponad 40 rodzin, więc można było go zrozumieć. Chociaż, może to legendy, a może nie, Mateusz słyszał, że w innej parafii, u św. Kosmy i Damiana wikariusze ruszali każdego dnia mając w planie nawet 70 rodzin! Trudno więc się dziwić, że perspektywa pracy w tej parafii nie należała do pożądanych pośród młodych księży i ponoć ilość codziennych wizyt duszpasterskich nie była tego jedyną przyczyną.

Ale cóż, takie parafie są bardzo potrzebne, patrząc od kapłańskiej strony, bo dopóki człowiek tam nie trafi, to wie, że ani Pan Bóg nie wystawia go na próbę, ani Ksiądz Biskup (co przeważnie oznacza to samo). Poważnie jednak mówiąc u św. Kosmy i Damiana jest masa wspaniałych ludzi, dla których chce się pracować i to potwierdzają zgodnie wszyscy księża, którzy tam pracowali. No i powiedzmy jeszcze i to, że nie każda parafia może się poszczycić takim proboszczem, którego często biorą za biskupa! Takie to już jest kapłańskie życie, że tak naprawdę nie ma parafii dobrych i złych. Wszystkie parafie są dobre, ale też i każda z nich ma różne trudne sytuacje. Na przykład taki Maciej, podczas swojej pierwszej kolędy proboszczowskiej musiał docierać do niektórych domów po uda w wodzie! Bo choć to piękny teren, nazywany polską Saksonią, to niestety podatny na powodzie, no i Maciej ma pół parafii zalanej, akurat wodą. Bo z kolei inny kolega jest, można powiedzieć w krajowym centrum pędzenia bimbru, i tam też nieraz co poniektóry zdarzy się zalany… A wracając do Macieja, to gdyby mu nie pożyczyli takich rybackich gumowców, to nie mógłby nawiedzić niektórych domostw. 

Myśląc o tym wszystkim Mateusz nie miał żadnych powodów do narzekań. Ksiądz Proboszcz nie wyznaczał nigdy więcej niż 30 rodzin, czasem zdarzało się nawet mniej niż 20 na jedno popołudnie. Parafii nigdy nie groziła powódź i praktycznie wszędzie jest blisko, nie trzeba nawet brać samochodu. Niemniej był to ciężki okres. Pierwsza odpowiedź jaka przychodziła mu do głowy na pytanie o to, jakie byłoby jego życie bez kolędy, była prosta: „Rok znowu miałby dwanaście miesięcy, a nie jedenaście, jak teraz“. Oj, ciężko mu jest. Bo z jednej strony sam pamiętał czasy kiedy był w liceum, jak bardzo denerwował się, że w parafii wszystko oprócz Eucharystii szło na drugi plan, bo była kolęda. Z drugiej strony, teraz jako ksiądz widzi jak trudno wszystko pogodzić. No bo jeżeli normalnie, pomiędzy szkołą a innymi zajęciami w parafii lata z wywalonym językiem, to teraz trzeba jeszcze dołożyć każdego dnia 6 godzin kolędowania i nieraz naprawdę się nie da. Trzeba coś przełożyć, a nieraz odwołać. Ale w tym roku Mateusz uparł się, że nic nie będzie odwoływał. Proboszcz na takie postawienie sprawy tylko się uśmiechnął i tak ułożył plan kolędy, aby Mateusz mógł zawsze być na miejscu na różne spotkania. Z tego tytułu wydłuży im się wszystko o kilka dni. Ale Mateusz wierzył, że jeśli nawet jest to miesiąc „wyjęty“ z jego życia, to na pewno jest ofiarowany tym, do których się chodzi. A niektórym jest bardzo potrzebny, jak się wczoraj po raz kolejny przekonał.

- Proszę, niech ksiądz wejdzie, skoro się pofatygował aż tutaj... – przywitał go mężczyzna około pięćdziesiątki.

- Dziękuję, wchodzimy chłopaki – powiedział Mateusz do ministrantów.

- O nie, nie! Chłopczyki niech poczekają na zewnątrz, sam chyba się też ksiądz potrafi pomodlić, prawda? – z wyraźną ironią w głosie rzekł mężczyzna, a Mateusz już wtedy miał ochotę po prostu odwrócić się i wyjść, ledwie się powstrzymał.

- Skoro pan uważa, że wystarczy jeśli się pomodlimy razem, ja i pan, to cóż, chłopaki poczekają – powiedział siląc się na spokój.

- Od modlenia się to jest ksiądz – powiedział mężczyzna zamykając drzwi za Mateuszem. – Przecież to ksiądz bierze kopertę, a ja daję.

Mateusz po raz kolejny chciał się wycofać, ale ponieważ było to już ostatni postanowił nie dać się sprowokować. Wiedział już, że żadnej ofiary w tym domu nie przyjmie. Odmówił sam wszystkie modlitwy, łącznie z tymi dialogowanymi, a następnie zaproponował odczytanie fragmentu Pisma Świętego.

- Widzę, że się księdzu nie spieszy. Jak ksiądz chce może se odczytać, – odparł lekceważąco mężczyzna.

- A może pan zechce przeczytać? – zapytał niespodziewanie Mateusz.

- I znowu się ksiądz chce wymigać od swoich obowiązków. Ministranci od śpiewania kolęd, domownicy od czytania Pisma Świętego, a ksiądz od zbierania kopert – podsumował mężczyzna.

Na kolejną wzmiankę o kopertach Mateuszowi zachciało się śmiać.

- Przepraszam, jak pańska godność? – zapytał z lekkim uśmiechem i z jakąś taką łagodnością w głosie, której sam się u siebie nie spodziewał. Może to było po prostu zmęczenie. Pan też się pewnie zdziwił, bo odpowiedział niemal machinalnie.

- Roman Rak.

- Panie Romanie, czemu pan ciągle o tych kopertach? – zapytał Mateusz. – Ja nie mam najmniejszego zamiaru brać od pana jakiejkolwiek koperty czy ofiary, przyszedłem pobłogosławić dom i poznać naszych parafian.

- A ja nie mam zamiaru żadnej koperty księdzu dawać – odzyskał rezon pan Rak.

- No więc sam pan widzi, że nie mam sensu rozmawiać o czymś, czego ja nie mam zamiaru przyjąć, a pan dawać – znowu uśmiechnął się Mateusz. – To co, przeczyta pan ten fragment, czy ja mam przeczytać. Mam tu taki piękny z Ewangelii o tym, jak zbawienie przyszło do domu grzesznika...

- Ten grzesznik to niby ja, tak? A ksiądz to zbawienie, tak? – pytał pan Rak poirytowany.

- Nie, nie. To nie jest takie proste. W każdym domu są grzesznicy i każdy dom potrzebuje zbawienia. Na przykład u nas na plebanii też mieszka dwóch grzeszników, proboszcz i ja – powiedział całkiem poważnie Mateusz. Pan Rak spojrzał na niego podejrzliwie, ale kiedy zobaczył skupioną twarz Mateusza i wyciągniętą rękę z Biblią, przez chwilę jeszcze się wahał, ale później sięgnął po nią. Mateusz zauważył, że panu Rakowi trzęsą się ręce. Zaczął czytać perykopę ewangelijną o celniku, ale w pewnym momencie głos mu się załamał, a po policzkach spłynęły łzy. Mateusz wziął od niego Biblię i dokończył fragment, a później zamilkł.

- Byłem ministrantem i lektorem przez wiele lat... – rozpoczął łamiącym się głosem pan Roman. –  Dlatego nie chciałem, żeby ci chłopcy weszli. Bo widzę w nich jaki byłem i nie mogę tego znieść tego, kim się stałem... Bo we mnie łaska Boża została zmarnowana. Najpierw przez żonę, która rzuciła mnie dla kolegi z pracy, a potem to już sam ją marnowałem. Znaczy się łaskę Bożą. Kolejny nieudany związek i potem jeszcze jeden, też nieudany, choć była to kobieta z dziećmi, skrzywdzona jeszcze bardziej niż ja, której chciałem dać szczęście, a dzieciom zastąpić ojca. Też nie wyszło. I od tej chwili jestem sam, jeśli nie liczyć, wie ksiądz, takie tam przelotne... Zmarnowana łaska Boża. Zawsze mnie przed tym przestrzegała moja babcia, a mimo to wszystko zmarnowałem.

- Panie Romanie – spróbował nieśmiało wtrącić się Mateusz, - Pan Bóg na nikim nie stawia krzyżyka i z najgorszego grzechu potrafi wyprowadzić wielkie dobro. Sam fakt, że pan się otworzył...

- Zawsze tak mówicie – przerwał mu pan Roman. – Dla mnie jest już za późno. Ksiądz nie wie co ja robię, ksiądz nie wie co ja wypisuję w Internecie pod każdym artykułem, który dotyczy Kościoła i wiary. Ja tam zieję jadem! Jak potem czytam to co napisałem, to aż się nieraz przeżegnam. Jakby ksiądz to przeczytał i wiedział, że to ja, to nawet by tu dzisiaj ksiądz nogi nie postawił. Zresztą, pewnie teraz ksiądz sobie pójdzie...

- Nigdzie nie idę. Mamy do pogadania, nie sądzi pan? – odpowiedział Mateusz dopiero teraz siadając na krześle.

- Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem pan Roman

- Naprawdę! – odparł Mateusz.

- To może ksiądz zawoła też ministrantów, bo sam pamiętam ile się namarzłem chodząc z księdzem po kolędzie i czekając na dworze...

Jeremiasz Uwiedziony

 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!