TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 05 Sierpnia 2020, 06:35
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXI

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXI


- Proszę księdza, możemy pogadać? - zapytała Martyna tonem, który nie zwiastował dobrych wiadomości. - Wiem, że już za chwilę zaczyna się sylwestrowa impreza, ale jak się dzisiaj nie odważę, to pewnie już nigdy.

- Impreza nie zając, nie ucieknie - uśmiechnął się Mateusz, choć w skrytości ducha wolałby jeszcze wszystkiego podoglądać. Dopiero co wrócił z kolędy, ponieważ Ksiądz Proboszcz pod tym względem był nieugięty: nawet w Sylwestra chodzi się po kolędzie, choć oczywiście tylko do godziny 15. A była to pierwsza impreza sylwestrowa organizowana w parafii i zależało mu, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, właśnie ze względu na Proboszcza, który z trudem dał się przekonać na takie „wariactwa”. Umowa była jasna, jeśli będą jakiekolwiek problemy czy skargi, będzie to impreza podwójna: pierwsza i ostatnia. Mateusz zgodził się na ten jasny układ. Chętnie by więc jeszcze raz wszystko sprawdził, ale nie chciał zniechęcać dziewczyny, która z natury była nieśmiała i nawet do spowiedzi chodziła do franciszkanów. 

- Słucham cię, Martyno, co cię gryzie? - zapytał uśmiechając się do dziewczyny.

- Proszę księdza, proszę mi szczerze powiedzieć, czy ze mną jest coś nie tak? - zapytała Martyna.

- Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi... - Mateusz był zupełnie zbity z tropu.

- Widzi ksiądz, bo ja tak sobie myślę, że mam te dziewiętnaście lat, zawsze jeśli ktokolwiek mnie o coś poprosi, nigdy nie odmawiam, bez względu na to, czy chodzi o pomoc w nauce, zajęcie się czyimś dzieckiem, czy nawet ukrywanie koleżanki, w znaczeniu, wie ksiądz: „jakby się mama pytała, to spałam u ciebie”. Niech się ksiądz tak na mnie nie patrzy, wiem, że tak nie powinnam, ale było to w przypadku koleżanki, co do której jestem pewna, że się nie wpakuje w problemy. 

- Moim zdaniem, jeśli ktoś tak ściemnia rodzicom to się właśnie pakuje w problemy - wtrącił Mateusz - no ale nie o tym teraz rozmawiamy.

- Właśnie - zgodziła się Martyna. - Ale wracamy do mnie. No więc wydaje mi się, że jestem dobrą i w sumie uczynną koleżanką i przyjaciółką. Może jestem troszeczkę przy kości - przy tych słowach Martyna nieco się zaczerwieniła, ale Mateusz udał, że tego nie zauważył - ale przecież inne dziewczyny są nawet grubsze ode mnie i... wszystkie mają chłopaka, niektóre wręcz zmieniają chłopaków jak rękawiczki, a ja ciągle jestem sama. Mnie się już nawet w domu pytają, czy ja się do zakonu nie wybieram - zaśmiała się - zwłaszcza od kiedy ksiądz jest u nas w parafii i ciągle coś działamy. Wie ksiądz, moi rodzice nie są zbyt religijni i ciągle mnie pytają, czy nie jestem w sekcie, albo czy się wybieram do zakonu. Niech mi ksiądz powie, ale tak szczerze, czy coś jest ze mną nie tak? Może mi z buzi brzydko pachnie, albo co, bo ja już sama nie wiem - kończyła już ze łzami w oczach zdesperowana dziewczyna.

- Martynko, przede wszystkim musisz mi wpierw wyjaśnić, kto ci takich głupot nawciskał, że ty jesteś przy kości? - zapytał Mateusz trochę dlatego, że rzeczywiście dziewczyna miała normalną kobiecą figurę, a trochę dlatego, żeby mieć chwilę czasu na przemyślenie odpowiedzi.

- No wie ksiądz, jak się porównam z Dorotą czy Martą, to znaczy ja się nawet nie porównuję, ale jak ciągle słyszę, że one są na diecie, że muszą zrzucić parę kilo, no to już sama nie wiem - wyjaśniła Martyna.

- A czy ty nie masz swojego rozumu? Źle się czujesz ze swoją sylwetką? - zapytał Mateusz.

- Ja się czuję znakomicie, ale jak słyszę takie rzeczy i pytam się siebie, dlaczego ciągle jestem sama, to robię dwa plus dwa i mi wychodzi cztery - odpowiedziała dziewczyna. - Proszę księdza, ja sobie wyobrażam, jak żałośnie brzmi to, co mówię, ale po prostu jest mi smutno, że ciągle jestem sama. To wszystko. Z tego się biorą później różne idiotyczne wywody. Niech mi ksiądz powie po prostu, czy jest we mnie coś, co innych, zwłaszcza chłopaków odpycha, ja to przyjmę. Nie będę histeryzować, po prostu chcę wiedzieć - zakończyła ze spuszczoną głową.

- Martynko, posłuchaj mnie uważnie, bo to będzie wszystko, co mogę ci powiedzieć. Ależ oczywiście, że nie ma w tobie nic odpychającego. Jesteś piękną dziewczyną, a nawet powiedziałbym jak na twój wiek jesteś bardzo kobieca, nie ma już w tobie prawie nic z siusiumajtki i chłopaków trochę to przeraża. Oni wiedzą, że z tobą to już trzeba myśleć na poważnie, że nie można cię wziąć do kina dwa razy, żeby potrzymać za kolano a potem pogonić i szukać następnej.

- Tylko by spróbowali! - wtrąciła Martyna.

- No sama widzisz, nawet nie próbują - uśmiechnął się Mateusz. - Ale zapewniam cię, że sam słyszałem przynajmniej od trzech chłopaków, że jak tylko im przejdzie ochota na głupoty, to - i tu cytuję – „uderzam do Martyny, tylko czy ona mnie zechce?”. Możesz mi wierzyć albo nie, ale tak właśnie myślą. Oni mają wręcz stracha, że dasz im kosza - zakończył Mateusz. Martyna przez chwilę milczała, jakby jeszcze raz przetwarzała w myślach to wszystko, co jej powiedział. Aż wreszcie zapytała.

- Proszę księdza, to jeszcze tylko mam jedno pytanie, oczywiście jeśli może ksiądz powiedzieć. Czy jednym z tych trzech chłopaków jest... Radek?

- Jasne, że mogę ci powiedzieć. Nie. Radek nigdy mi takich rzeczy nie mówił - powiedział Mateusz i dostrzegł jakby zawód na jej twarzy. - Chłopaki, o których mówiłem, to babiarze, latają za spódnicami, jak chłop za zbożem. Natomiast Radek za nikim nie lata, bo on nie ma oczu dla nikogo, jak tylko dla ciebie, Martyna, nie widzisz tego?

- Żartuje ksiądz - Martyna aż rozbłysła na twarzy na jego słowa.

- Nie jestem ślepy i nie mam piętnastu lat. Ale powiedziałem ci wszystko, co mogłem, rozumiesz? A teraz zmykaj. Aha, niech cię ręka Boska broni przed jakimś odchudzaniem, jeszcze w anoreksję wpadniesz - pomstował Mateusz, ale Martyna wyściskała go i powiedziała:

- Życie mi ksiądz uratował. Muszę lecieć się przebrać. Zobaczymy się za godzinę - krzyknęła i wybiegła.

***

Zabawa sylwestrowa była znakomita. Mateusz bał się trochę, że chłopaki wniosą jakiś alkohol, nie wszystkich przecież znał wystarczająco dobrze, ale nic takiego nie miało miejsca. Młodzież ciągle jeszcze potrafi bawić się bez „poprawiaczy” humoru. Przygotowali taką parodię programu „Mam talent”, że Mateusz autentycznie popłakał się ze śmiechu. Zwłaszcza gdy Radek, który popisywał się talentem do „bycia księdzem” zbierał na tackę. Zauważył też, że najbardziej oklaskiwała go Martyna i Radek też to zauważył. Później nie odstępowali siebie ani na krok.

Pół godziny przed północą Mateusz ogłosił, że o północy czeka w kościele na wszystkich, którzy chcą Nowy Rok przywitać z Panem Bogiem.

- A jak ktoś nie chce? - zapytał ktoś z tyłu.

- Pan Bóg nikogo nie zmusza, kim jestem ja, żebym zmuszał? Każdy jest wolny i wybiera z kim chce wejść w Nowy Rok - powiedział poważnie Mateusz. Na chwilę zapadła cisza, a potem Radek krzyknął:

- Ja z Martynką! Muzyka! - i ruszył na parkiet. Ktoś podkręcił mocniej wzmacniacz i inni również dołączyli do Radka i Martyny, a Mateusz poszedł do siebie, aby się pomodlić i podziękować Bogu za kończący się rok.

Za pięć dwunasta zszedł do zakrystii ubrał szaty liturgiczne i szczerze mówiąc zaczął się niepokoić. Kościół był puściutki. Na chwilę wpadła do zakrystii Martyna z podziękowaniami dla „swatki” roku i zaraz zniknęła. Mateusz pomyślał, jak wielu rzeczy, których nie nauczono go w seminarium musiał się podejmować w kapłańskiej codzienności, ale też niepokoił się coraz bardziej.

„A jeśli rzeczywiście nikt nie przyjdzie na Mszę?” - myślał i już popadał w desperację, kiedy do zakrystii przyszedł jeden z lektorów, już w albie i powiedział:

- Proszę księdza, wszystko gotowe. Jesteśmy wszyscy przed głównym wejściem, krzyż, procesja, kadzidło i wszyscy wierni - uśmiechnął się. - W kościele będzie tylko kilka świeczek, jedna przy Mszale, żeby ksiądz widział i tyle. Unplugged, rozumie ksiądz, bez prądu, cała Msza.

Kiedy wyszedł przed kościół scholka przy akompaniamencie trzech gitar rozpoczęła śpiew i weszli do ciemnego kościoła. Było niesamowicie podniośle. Mateusz uczynił znak krzyża. Przed sobą widział tylko błyszczące oczy młodych ludzi, którzy nie chcieli wejść w Nowy Rok bez Pana Boga i napełniło go to taką słodyczą jaką tylko Pan Bóg daje. Kiedy śpiewali akt pokuty w tyle kościoła zapaliła się lampka w konfesjonale. Ksiądz Proboszcz był z nimi. „Jak dobrze jest być w Kościele” - pomyślał.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!