TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 07 Kwietnia 2020, 02:17
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca część LVII

Jasna i ta druga strona księżyca część LVII

To pytanie dręczyło go już od dłuższego czasu. Tak naprawdę zaczęło się to chyba dokładnie w tym momencie, kiedy zdał sobie sprawę, że jest szczęśliwy, bez żadnego, ale to żadnego określenia i bez żadnego dopełnienia. Wcześniej zdarzało mu się mówić, że jest w sumie szczęśliwy, ale na przykład sytuacja w domu rodzinnym nie pozwala mu być całkiem spokojnym. Albo, że jest szczęśliwym księdzem, bo ksiądz jak wiadomo, nie może mieć rodziny, więc choć brak żony i dzieci mu doskwiera, to jednak w życiu kapłańskim ma wszystko, by czuć się szczęśliwym kapłanem. Pewnie, gdyby nie był księdzem... Zawsze było jakieś ale, albo jakiś lęk, albo jakieś określenie, które jego deklarowane szczęście ograniczało do pewnej konkretnej sytuacji. Aż pewnego dnia, mówiąc naukę do młodzieży o szczęściu właśnie i o miłości, powiedział swoim słuchaczom: „A teraz dam wam kilka minut na zastanowienie. Biorąc pod uwagę to wszystko, co sobie powiedzieliśmy, spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy jesteś naprawdę szczęśliwy? Bądźcie ze sobą szczerzy, szukajcie prawdziwej odpowiedzi, bo jakkolwiek by ona nie była smutna dla was, macie przecież całe życie przed sobą i jeszcze wszystko można odkręcić, rozmontować i później układać od nowa, krok po kroku. Ale trzeba być ze sobą szczerym. Nie myślcie, co chcielibyście, aby inni o was usłyszeli, albo myśleli. To jest prawda, którą zachowacie dla siebie. Nie będzie żadnego dzielenia się tymi przemyśleniami, nie będzie trzeba tego ubierać w słowa. Bądźcie ze sobą szczerzy. Macie pięć minut. Czy jesteś szczęśliwy?”

To były prawie dokładnie te słowa, albo bardzo podobne i później on również usiadł i sam zadał sobie to pytanie. Ludzie może nieraz myślą, że ksiądz mówi kazanie czy homilię tylko do nich, a sam jest jakby poza tym. Dlatego nieraz może się denerwują: jak on śmie nas pouczać? Za kogo on się uważa? Błąd! Ludzie powinni wiedzieć, że ksiądz zadaje sobie dokładnie te same pytania, które zadaje im. Tak przynajmniej jest w jego przypadku. Nawet jeśli nieraz zdarza się, że coś go bardzo sprowokuje do poruszenia w homilii jakiegoś problemu, który teoretycznie nie dotyka go osobiście, to później kiedy Boży Duch go „przeczołga” i wraca na miejsce po kazaniu, powtarza sobie w myślach „A jednak cię dotyczy, głupolu, widzisz?”

I kiedy tak wpatrywał się w tych młodych ludzi i patrzył na kościół i na Kościół, który był jego Kościołem i pomyślał o rodzinie, która na świat go wydała, a z której już tak niewiele pozostało po tej stronie widnokresu, i jeszcze o Przyjaciołach pomyślał i nie mógł się ich doliczyć i przestał. I poczuł taki spokój w sercu i ciepło. Wtedy właśnie zrozumiał i odpowiedział sobie: „Tak! Jestem szczęśliwy. Szczęśliwy i kropka”. Cholera jasna! Nie musiał nic dodawać. Szukał, szukał, ale nic nie było. Szczęśliwy i kropka. Fakt, łzy mu poszły, ale trudno się dziwić, skoro płacze nawet na głupich filmach... Od tego czasu minęło może z pięć lat, różnie jest, nieraz nawet i smutno mocno, bo ktoś odchodzi na zawsze i nie wiadomo, czy od razu w Jasność, ale podejrzenia są, że na Jasność to zbyt długo się w cieniach chował i trochę mu zajmie zanim się odcieni, albo ktoś 24 minuty przez telefon próbuje cię przekonać, że w tobie podobieństwa do Boga nie ma wcale i nawet do słowa dojść nie pozwoli. Tak różnie jest, ale jest ciągle to poczucie szczęścia i kropka. I w związku z tym właśnie męczy go to pytanie. Czy ludzie, których spotkał w życiu, z którymi jego los kiedyś się splótł, a później rozplótł, na których kiedyś strasznie mu zależało, a często i dzisiaj mu zależy, czy oni są szczęśliwi? Dobra, żeby być do końca szczerym, to najbardziej to pytanie nurtowało go w relacji do tych wszystkich dziewcząt, do których serce kiedyś szybciej mu zabiło. Bo ciągle ma wrażenie, jakby im wszystkim źle się w życiu potoczyło. I męczy go to, bo niby dlaczego tylko on ma być szczęśliwym?

Wczoraj iTunes jakby na złość wybierał mu losowo piosenki, które wszystkie kojarzyły się z jednym okresem jego życia. Ostatnie lata ogólniaka i pierwsze seminaryjne. Dire Straits, Pink Floyd, Stare Dobre Małżeństwo i takie tam klimaty. I oczywiście jedna dziewczyna. Gosia. Najpiękniejsza przyjaźń okresu młodości. Czysta jak źródlana woda i szalona jak koźlęta, o których w Pieśni nad Pieśniami. Wtedy wystarczyłaby iskra, aby to wszystko zapłonęło i płonęło być może na wieki. Ale on poszedł do seminarium i pozostał wierny swojemu wyborowi. I Gosia też była wierna jego wyborowi, choć w pewnym momencie dała mu do zrozumienia, że mogłoby być inaczej. Ale on został już uwiedziony i pozwolił się uwieść Wszechmogącemu, więc tematu nie było. I wczoraj nie wytrzymał. Wysłał smsa do Gosi, dziś mężatki z trójką dzieci, żyjącej na obczyźnie:

„Małgoś! Właśnie gra mi tu natrętnie Stare Dobre i takie też czasy wspominam... Powiedz mi, jesteś szczęśliwa?” Po wysłaniu przeczytał jeszcze raz wiadomość i stwierdził, że jest kretynem. Gośka na pewno pomyśli, że się upił, albo czegoś najarał. Napisał więc następnego smsa: „Jestem absolutnie trzeźwy i w dodatku szczęśliwy ;-) Tak mi się zebrało na wspominki i autentycznie zastanawiam się, czy osoby które kiedyś mocno kochałem są szczęśliwe jak ja...” Nie żeby to zabrzmiało lepiej, ale przynajmniej spróbował poprawić sytuację. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać.

„Mateusz, jak to strasznie brzmi, kiedy piszesz, że mnie kochałeś w czasie przeszłym...”

Szybko odpisał, że ciągle ją kocha, tak jak się kocha przyjaciół, i tu nic się nie zmieniło, ale nie ma już tego szaleństwa, którego być nie może. I po raz kolejny zapytał, czy jest szczęśliwa. Sms z odpowiedzią zaczynał się od słów: „Powiem tak: nie jestem nieszczęśliwa...” Dalszej treści już dzisiaj nie pamiętał, choć minęło zaledwie 24 godziny. I cały dzień rozmyślał o różnych swoich przyjaciołach i przyjaciółkach z dawnych lat i z fragmentarycznych informacji, jakie posiadał wynikało, że mało kto „ocalał”. Że w większości przypadków jest tak, jak napisała mu w mailu jedna z dawnych uczennic, kiedy zapytał ją jak leci: „Szału nie ma...” A przecież pamiętał jak bardzo była zakochana w swoim chłopaku, dzisiaj mężu. I smutno mu było bardzo. Myślał też oczywiście o Ani, o której Maciej powiedział mu, że się przeprowadziła razem z mężem, by pomóc mu w zerwaniu z nałogiem alkoholizmu. Która to już próba? Czy będzie wreszcie udana? Jeśli Gosia była najważniejszą dziewczyną, którą poznał zanim jeszcze był klerykiem, to Ania była tą najważniejszą i najbardziej pomocną, od kiedy był księdzem. Nieraz też myślał, że również najładniejszą, ale przecież to jest najmniej istotne. Przynajmniej powinno być najmniej istotne. 

„Boże, a dlaczego niby mam do niej nie zadzwonić i zapytać jak leci? Przecież to nie grzech, w końcu jesteśmy przyjaciółmi od lat...” bił się z myślami, bo przecież doskonale wiedział, że serce mu się krajało, kiedy patrzył na krzywdę tej dziewczyny.

I nie wytrzymał. Sięgnął po komórkę i wyszukał na liście kontaktów jej numer. Wyszukał! Ładnie powiedziane, przecież był pierwszy...

Liczył sygnały: pierwszy..., drugi..., trzeci... Wreszcie Ania odpowiedziała swoim dźwięcznym głosem: „Ania Konieczna. Przypuszczalnie szukam swojej komórki w torebce i nie mogę znaleźć... Kobiety tak mają. Możesz zostawić wiadomość po sygnale albo spróbować później. W międzyczasie pomódl się za mnie. Piiiiiiiiiiiiiii”

No tak, to była wiadomość nagrana na sekretarce, a Mateusz jeszcze przez chwilę miał przyspieszony oddech. Nie zostawił jednak żadnej informacji. Był pewien, że bez żadnego problemu zadzwoni później. Odsłuchanie informacji na sekretarce napełniło go jakimś wewnętrznym pokojem. Musiał przyznać, że Ania nigdy nie traciła rezonu, nigdy nie była banalna, nawet kiedy nagrywała informację na telefonicznej sekretarce. Mateusz był znowu głęboko przekonany, że jeśli Jacek ma jakieś szanse wyjścia z nałogu, to ma obok siebie najwłaściwszą osobę pod słońcem, aby odnieść sukces. Ania pomogła mu też zrozumieć, co może zrobić jeśli osoby, na których bardzo mu zależy, borykają się w poszukiwaniu własnego szczęścia. Uśmiechnął się. „Jak to było? Możesz nagrać się na sekretarce albo zadzwonić później, a w międzyczasie pomódl się za  mnie”.

  Jeremiasz Uwiedziony


Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!