TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 04:18
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część L

Jasna i ta druga strona księży(ca) część L

Mateusz przyglądał się swojej sypialni, która wyglądała jak pobojowisko, albo sklep z ciuchami na wagę, przez który właśnie przeszły tabuny wybrednych, acz źle wychowanych klientów. Rzeczy do prania mieszały się z tymi wypranymi oczekującymi żelazka, a te wyprane i wyprasowane... no właśnie, tych ostatnich nie mógł znaleźć.
- Po prostu nie mam co na siebie włożyć! – powiedział sam do siebie teatralnym głosem, uśmiechając się i zastanawiając, ile razy niektórzy mężowie muszą usłyszeć takie zdanie od swoich małżonek, stojących przed wypchanymi do granic możliwości szafami. Następnie przez chwilę zamyślił się, czy może jednak nie chciałby usłyszeć takich słów od swojej... żony. Gdyby ją miał oczywiście. Bieszczadzki epizod związany z jednym z jego „podpadniętych” lektorów, Robertem Smoczyńskim zwanym Smokiem, który zakochał się być może pierwszy raz w życiu, i to chyba z wzajemnością i niemal pozwolił aby jego kompleksy zdusiły to uczucie w zarodku, przywołały do świadomości Mateusza niektóre wspomnienia z jego własnej młodości. Jeśli pominąć pewne drobne różnice w charakterze, Smoku był rzeczywiście bardzo podobny do tego zakompleksionego młodzieńca, którym był Mateusz przynajmniej do 19 roku życia. I podobnie jak Smoku niemal się poddał wobec durnej uwagi jakiegoś osiłka o małym mózgu, który przekonywał go, że nie jest godzien takiej dziewczyny jak Ola z Białegostoku, tak Mateusz, kiedy w młodości jakieś uczucie rodziło się w jego sercu, przekonywał sam siebie, bez czyjejkolwiek pomocy, że nie jest wystarczająco przystojny, inteligentny, a przede wszystkim wystarczająco bogaty, aby się ze swoim uczuciem uzewnętrzniać. Z perspektywy czasu widział w tym jakąś logikę, która wpisywała się w drogę jego powołania i w ostatecznym rozrachunku doprowadziła go do stanu dzisiejszego: jest szczęśliwym kapłanem. Ale z drugiej strony, czasami zdarzało mu się, zwłaszcza kiedy przyglądał się dyskretnie i z życzliwością młodzieży, z którą pracował i widział ich pierwsze zaplątania się w miłosne pnącza, powrócić z nutką żalu i nostalgii do tamtych czasów i żałował, że wówczas nie miał więcej odwagi, aby o swoich uczuciach powiedzieć. Czy byłby dzisiaj księdzem?
- Na bank! – odpowiedział głośno sam sobie i szybko wciągnął niewyprasowane spodnie i takąż koszulę i zbiegł po schodach do kancelarii aby sprawdzić jak wyglądały zapisy na zbliżającą się pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. W tym roku wyjątkowo dobrze udało im się dopasować wakacyjny grafik i Mateusz mógł pojechać z lektorami w góry, pójść na pielgrzymkę i jeszcze mieć niemal trzy tygodnie na odpoczynek. Ksiądz Proboszcz po raz pierwszy zgodził się podzielić swój miesięczny urlop na dwa dwutygodniowe wyjazdy i dzięki temu mogli wszystko dobrze ułożyć.
- Posiedziałbym tu jeszcze ze dwa lata i doszlibyśmy do współpracy doskonałej – powiedział cicho Mateusz ale szybko dodał – Ale może jeszcze tylko ten rok i już wystarczy.
Szukając w kancelarii listy pielgrzymów zastanawiał się, czy fakt, że mówi sam do siebie jest oznaką głębokiego życia wewnętrznego, czy też początkiem choroby psychicznej, ale jego rozważania szybko się urwały, kiedy zobaczył listę. Było na niej zaledwie 20 nazwisk... A została jeszcze tylko jedna niedziela i w przyszłym tygodniu wychodzili. Mateusz zmartwił się, bo przecież tak mała grupa jest idealna na... kółko biblijne, a nie na pieszą pielgrzymkę. Pierwsza myśl, skąd w nim ciągle tyle krytycyzmu i to często złośliwego, dotyczyła oczywiście księdza Proboszcza, czy nie zapomniał odpowiednio zaprosić i zachęcić ludzi do uczestnictwa, ale wiedział, że to niesprawiedliwe, bo Proboszcz na pewno zrobił co mógł. Humor poprawił mu się wyraźnie, kiedy zobaczył na liście nazwisko Roberta Smoczyńskiego a tuż pod nim niejaką Aleksandrę Dumską.
- Proszę, proszę, jak się Smoku wyrobił – powiedział z uśmiechem Mateusz. 
Owego pamiętnego wieczoru w Ustrzykach Górnych, kiedy Robert opowiedział mu cały epizod z Olą i piwem, bardzo chciał pomóc chłopcu aby wyszedł z twarzą z sytuacji, a może nawet zaprzyjaźnił się z tą dziewczyną, która takie wrażenie na nim wywarła. I tego Mateusz był pewien, ale nie miał zielonego pojęcia, jak wyjaśnić sprawę na forum całej grupy. Nie spał całą noc. Kiedy rano na śniadaniu Jakub i Maciej pytali go czy ma już jakieś rozwiązanie, rzucił tylko, że po śniadaniu wszystko się wyjaśni. Nie dodał tylko, że ma nadzieję, że wszystko się wyjaśni. A tymczasem... rzeczywiście się wyjaśniło. Pod koniec śniadania niespodziewanie zapanowała cisza, choć trzeba przyznać, że generalnie atmosfera była pod psem i nie było zwyczajnego harmidru, i powstali trzej chłopcy, którzy byli prezesami lektorów w trzech wspólnotach.
- Proszę księży – rozpoczął Michał od księdza Macieja, - my już wszystko dokładnie wiemy co się wczoraj wydarzyło i jest nam przykro, że koledzy zawiedli zaufanie wszystkich. Ale wiemy WSZYSTKO. Księża na pewno już zdecydowali, jakie konsekwencje wyciągnąć wobec chłopaków, ale my jako prezesi pomyśleliśmy, że może to jednak my zaproponujemy jakąś karę, tak, żeby już nikt z nas takich numerów więcej nie robił...
Michał zamilkł i z napięciem wpatrywał się w kapłanów.
- Owszem – odparł ks. Jakub – my już dokładnie wiemy co zrobimy, prawda? – tu Jakub spojrzał na Mateusza, który potwierdził skinieniem głowy oglądając swoje... paznokcie. – Ale, proszę, powiedz co wy proponujecie.
- Pomyśleliśmy, żeby za karę chłopaki dzisiaj nie poszli w góry, tylko zostali w schronisku i przygotowali taką przepraszającą kolację... Ja wiem, że to może niezbyt dotkliwa kara, ale oni naprawdę wiedzą co zrobili, no i... no i...
- Każdy z nas chyba zrobiłby to samo – wtrącił się któryś z chłopaków.
- Czyli wszyscy postąpilibyście tak samo? – zapytał Jakub.
- Tak! – gruchnęło z wszystkich gardeł.
- To wszyscy będziecie ukarani. Wszyscy zostajemy na miejscu, podpadziochy przygotowują kolację a z całą resztą idziemy do kościółka i naprawimy ten rozwalony płot. Stoi? – zapytał Jakub, a Mateusz kopał go pod stołem w kostkę, bo Jakub od rana marudził, że dzisiaj chętnie by nigdzie nie szedł bo go boli kręgosłup. W ten sposób upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Bieszczadzka wyprawa już do końca przebiegła bez żadnych trudności i w świetnej atmosferze, z kończącą wspólną dyskoteką z oazą z Białegostoku. I jak się okazuje również Robert namówił Olę na pielgrzymkę z własną parafią, choć diecezje to przecież odległe.
- O ile z parafii uda się sklecić grupę – westchnął Mateusz, szukając pomysłu na zaangażowanie ludzi w pielgrzymkę w ostatnią niedzielę, którą miał do dyspozycji.
***
W niedzielę ludzie, którzy przychodzili na Mszę Świętą, ze zdziwieniem zobaczyli dwie olbrzymie plansze po obu stronach wejścia do kościoła. Na planszach przyklejono setki kolorowych powiększonych zdjęć z poprzednich pielgrzymek z humorystycznymi komentarzami, a młodzież z gitarami, bongo i innymi instrumentami wyśpiewywali przed i po każdej Mszy Świętej. Dziewczyny po Mszy serwowały tzw. kanapki pielgrzymkowe a dwie pielęgniarki z olbrzymimi strzykawkami proponowały szczepionkę przeciw pielgrzymkowej głupawce. Była nawet para małżonków, którzy pobrali się kilka tygodni temu, a poznali się na pielgrzymce. Pokazywali na planszach swoje zdjęcia z pielgrzymki i ze ślubu. A wszyscy udawali zdesperowanych, bo wyjście grupy na tegoroczną pielgrzymkę stało pod znakiem zapytania. Happening udał się doskonale. Okazało się raz jeszcze, że do ludzi trzeba podejść osobiście i do każdego powiedzieć: „Fajnie by było gdybyś poszedł z nami”. Do wieczora zgłosiło się ponad 50 osób a wiele innych postanowiło jeszcze się zastanowić. Najszczęśliwszy z faktu, że grupa jednak wyjdzie, był oczywiście Robert Smoczyński, choć odgrażał się, że z Olą to by i tak poszedł, choćby mieli iść sami. A po chwili z szelmowskim uśmiechem dodał: „A może nawet tak byłoby lepiej”.      

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!