TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Maja 2021, 18:28
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 344

Jasna i ta druga strona księżyca 344

Dawid odłożył brewiarz na półkę z książkami, przeciągnął się i spojrzał na zegarek. Dochodziła 8.00.
- I co ja mam teraz ze sobą zrobić? - jęknął półgłosem przeglądając kalendarz w smartfonie na próżno szukając w nim jakichś umówionych spotkań.

Wyjrzał przez okno z nadzieją, że może ktoś się pojawi na zaśnieżonym podwórzu, ale i stamtąd nie przyszedł żaden sygnał życia. Jego wzrok powędrował powtórnie na biurko, na którym znajdowało się kilka książek, wszystkie otwarte, ale odwrócone grzbietami do góry. Choć ich tematyka była różna, począwszy od beletrystyki kończąc na czymś zdecydowanie teologicznym, żadna z nich nie potrafiła go wciągnąć. Nie da się ukryć, że czytanie nie było jego ulubioną formą czasu. Może nie był jak ów taksówkarz, który kiedy rozpoznał w swoim kliencie znanego z telewizji biskupa Fultona Sheena zapytał go, czy napisał jakąś książkę, a po odpowiedzi tego ostatniego, że owszem, odparł, że na pewno jego książkę by kupił, ale niestety, on już jedną książkę posiadał, więc nic z tego... Zdecydowanie z nim nie było tak źle. Książek miał sporo, ale też przeczytał w swoim życiu tylko to, co musiał. I nawet pandemia nie była w stanie zmienić jego upodobań. Poranna telewizja z jej bzdurami nie wchodziła w grę, meczów żadnych rano nie ma, a powtórek nie lubił, więc jedyne co mu pozostało to pójść pomarudzić Szymonowi albo proboszczowi. Proboszczowi lepiej jednak było się nie narzucać, bo jeszcze znajdzie jakąś robotę, więc pozostaje jedynie Szymon.
- W życiu bym nie pomyślał, że zatęsknię za szkołą... - westchnął. - Nawet tą zdalną. Przynajmniej człowiek z kimś pogada – mamrotał pod nosem wsłuchując się w sygnał komórki po wybraniu numeru Szymona. Jednak żadnego sygnału nie było poza komunikatem, że abonent ma wyłączony telefon albo jest poza zasięgiem.
- No tak, nie miał Mszy rano to może jeszcze śpi – zawyrokował Dawid. Przez chwilę jeszcze rozważał różne opcje, w tym nawet bardzo pobożne, typu adoracja Najświętszego Sakramentu, ale potem jego wzrok jeszcze raz zatrzymał się na zaśnieżonym podwórzu. I wtedy szybko zajrzał na grupę ministrancką na messengerze i okazało się, że chłopaki są jeszcze bardziej poirytowani bezczynnością niż on. Jeden z nich proponował wyprawę na pobliską górkę zwaną Babichą, bo ponoć kiedyś porastające ją lasy pełne były grzybów, a ponieważ było niedaleko od miasta kobiety lubiły tam wybrać się na grzyby. Dawid szybko włączył się w rozmowę swoich ministrantów i zaproponował „tajną wyprawę” na Babichę. Po pierwsze - wszyscy w maskach. Po drugie - dobrze ubrani. Po trzecie - żadnych sanek, żeby nikt się nie domyślił dokąd idą i po co. Po czwarte - zbieramy się pod Babichą. Oczywiście nie jest to zbiórka ministrantów, tylko przypadkowe spotkanie w terenie, jednak rodzice powinni wiedzieć, gdzie są chłopcy i że są pod opieką księdza wikariusza.
Po niespełna pół godzinie Dawid dotarł pod Babichę, gdzie było już około dziesięciu chłopaków.
- Coś ty przyniósł Bartek? - zapytał chłopaka, który siedział na jakimś żelastwie.
- Proszę księdza, to są takie stare miski do wyrzucenia, ale po śniegu idą jak złoto – odparł Bartek, podając jedną z misek Dawidowi, a kolejne jeszcze kilku chłopakom.
- A reszta? - zapytał Dawid.
- Mamy worki po nawozie z sianem. Lepsze niż te miski – przechwalał się od razu Wiktor.
- No to szturmujemy! - rzucił Dawid, który wreszcie poczuł, że mu krew żwawiej płynie w żyłach. Chłopcy z wrzaskiem ruszyli za nim, i tego wrzasku już się nie dało opanować przez kolejne dwie godziny. Zjeżdżali, wywracali się, biegli znowu na górę, śniegu było coraz mniej, coraz więcej piasku, lecz nikomu to nie przeszkadzało. W pewnym momencie Dawid wyrżnął miską o wystający korzeń i zatrzymał się na kilka minut, aby rozmasować bolącą część ciała i przyglądał się chłopakom. Niektórzy z nich mieli pewnie w domu sprzęt narciarski warty grube tysiące. Niektórzy bywali z rodziną na nartach w alpejskich kurortach. Inni w życiu nart nie mieli i Alp nie widzieli. I nie było między nimi żadnej różnicy. Zjeżdżali na tych workach i miskach niczym na olimpijskich bobslejach, a radość mieli większą niż olimpijczycy, bo nikt nie musiał wygrać, a właściwie wszyscy wygrywali. Nikt nie szukał smartfona. Kiedy wracali obolali do miasta Dawid zapytał, czy ktoś zrobił jakieś zdjęcie. Okazało się, że nikt. Nie odczuli w ogóle potrzeby sięgnięcia po telefon.
- Może to i lepiej, bo przecież jest kwarantanna – skwitował Dawid. - Słuchajcie, poprawić maski, zachowujemy dystans i grupami idziemy na salkę na plebanii. Dzisiaj tam nikogo nie ma, nikt nie będzie biadolił. Zamówimy pizzę. Co wy na to?
- Super! - przekrzykiwali się jeden przez drugiego.
- To dajcie znać rodzicom, że nie będziecie na obiedzie – przykazał Dawid. Kiedy weszli na plebanię okazało się, że na salce był... Szymon z młodzieżą.
***
- Panie Jezu, jak mi w najbliższym czasie nie otworzą basenu i kina to zwariuję, ostrzegam cię lojalnie. Tak się nie da żyć – powiedział Szymon w kierunku obrazu Jezusa Miłosiernego, który miał nad łóżkiem. - Jak ludzie mogli kiedyś żyć bez basenu i kina? Chyba dlatego ci gawędziarze wędrowni robili taką furorę. Chociaż w pandemii to i gawędziarze by mieli lockdown – myślał głośno. Nie miał za wielu alternatyw. Proboszcza lepiej omijać z daleka, bo zaraz jakąś robotę wynajdzie, Dawid pewnie gra w jakieś gry strategiczne on line z ministrantami. A co on ma ze sobą zrobić? Dziwny był ten styczeń. Bez kolędy. Bez szkoły. Bez możliwości wyjazdu. Sięgnął po telefon z nadzieją, że może do kogoś zadzwoni z kolegów z rocznika, może coś zaproponują. Okazało się, że bateria wyładowana. Podłączył więc ładowarkę i jak tylko ekran się rozjaśnił i wpisał PIN ukazał się komunikat o nieodebranym połączeniu od Dawida. Już miał oddzwonić, kiedy telefon rozwibrował się wraz z nowym połączeniem. Michalina z grupy młodzieżowej. Przez chwilę wahał się czy odebrać, czy dzwonić najpierw do Dawida, ostatecznie jednak odebrał.
- Szczęść Boże, proszę księdza, nie ma jakiegoś spotkania? My już w domu nie dajemy rady, a tak dawno nie było nic na salkach – powiedziała od razu dziewczyna.
- Michalina, no przecież wiesz, że jest kwarantanna. Nie można się spotykać – odparł Szymon.
- Ale w małych grupach, do pięciu osób i w maseczkach, to chyba można? Zawsze było coś do roboty w kościele, a teraz nie ma nic? - żaliła się dziewczyna.
- A, jeśli chodzi o robotę to daj mi chwilę pomyśleć – Szymon nigdy nikogo chętnego do roboty nie odprawiał z kwitkiem. - Michasia, oddzwonię do ciebie za pięć minut, dobra? - Szymon przerwał połączenie i szybko wybrał numer do proboszcza.
- Szczęść Boże proboszcz, co tam dobrego słychać z rana? - zagaił Szymon.
- Szczęść Boże – odparł wyraźnie zaskoczony Mateusz. - Jak znam życie, to pewnie czegoś potrzebujesz, bo jeszcze nigdy do mnie nie dzwoniłeś o tej porze.
- E tam, proboszcz taki materialista... Tak dzwonię, bo się zastanawiałem, czy mamy te pakiety kolędowe przygotowane, bo jakby co, to jestem wolny, mógłbym się tym zająć – nieco obruszony tłumaczył Szymon.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - odpowiedział Mateusz. - Co prawda zwierzaki w Wigilię nie przemówiły ludzkim głosem, ale wikariusz nieco później jak najbardziej – zażartował Mateusz. - Byłoby super jakbyś to wszystko popakował w woreczki celofanowe, które leżą w kancelarii.
- Nie ma sprawy proboszcz, mówisz i masz – odparł Szymon i zakończył połączenie, aby natychmiast oddzwonić do Michaliny.
- Michalina, dawaj z tą ekipą, jest robota – powiedział jak tylko odebrała.
- Super! Nie będę musiała sprzątać w domu – ucieszyła się dziewczyna i też szybko się rozłączyła.
Po kilkunastu minutach w salce było około ośmiu osób i mała manufaktura zaczęła działać. Powoli całe pudła wypełniały się woreczkami celofanowymi, w których młodzi poukładali buteleczki z wodą święconą, książeczki o Eucharystii, foldery parafialne i obrazki z błogosławieństwem.
- Jestem wzruszony – powiedział Szymon patrząc na młodych, - że tak bardzo pragniecie pomagać w parafii.
- Wie ksiądz, to o wiele lepsze, niż sprzątanie w domu – powiedziała Michalina.
- A ja mam znakomity sposób, żeby nie sprzątać – powiedział Szymon. - Po prostu nie bałaganię.
- No tak, ale ksiądz mieszka sam, to ma łatwiej – skwitowała Zuzia. - A my jeszcze musimy posprzątać po mamie – dodała na co wszyscy ryknęli śmiechem.
- Całe szczęście, że twoja mama tego nie słyszy – powiedział Szymon, kiedy już się jakoś opanowali. - A poza tym nie śmiejcie się tak głośno, bo wiecie, że nie wolno się spotykać, nie chcę żeby ktoś na nas doniósł.
- Uwaga! - uciszyła wszystkich Michalina. - Nie chcę księdza straszyć, ale chyba ktoś właśnie idzie – powiedziała szeptem.
Rzeczywiście, po chwili drzwi salki się otworzyły i pojawił się w nich ksiądz Dawid na czele grupy ministrantów. Wrzask jaki wybuchł w tym momencie ze strony obu grup był nie do opanowania. Dawid z trudem dopytał się, jakie pizze ma zamówić, a Szymon gestem dał mu do zrozumienia, że się dokłada i żeby doliczyć również jego ekipę.
***
Mateusz odłożył Brewiarz na biurko i ciężko westchnął. Co tu zrobić z takim pięknym słonecznym dniem, w śnieżnej aurze – myślał – kiedy pandemia zamknęła wszystkich w domu. Wikariusze pewnie mają dziesiątki pomysłów, jak spędzić ten czas i on jak był młodszy, też by pewnie miał. Ale ma swoje lata i możliwości są następujące: zaległości w biurze parafialnym albo lektura. A może spacer?

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!