TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Września 2020, 09:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 334

Jasna i ta druga strona księżyca 334

Po czwartej Mszy niedzielnej pot lał się z niego strugami. Kilka upalnych dni z rzędu sprawiło, że w kościele było cały czas gorąco. Niestety, nowych betonowych struktur nie da się porównać ze starymi kamiennymi czy ceglanymi kościołami, które nawet w takie upały zachowywały w swoich wnętrzach przyjemny chłód.

Może nie było to główną przyczyną, ale jedną z pomniejszych, dla których Mateusz od zawsze marzył, aby pracować w starym kościele, a tymczasem albo musiał budować nowy, albo jak teraz, dostał mu się świeżo wybudowany.
- I to Panie Jezu nie jest okay – szepnął do swoich myśli. - Jakbym wiedział, że masz zamiar robić mi na przekór, to bym marzył o nowoczesnych. Ale teraz już za późno. I trzeba się męczyć.
Ludzie szybko opuścili kościół i nikt nie przyszedł z żadną sprawą. Mateusz spojrzał na ekran komórki. Dochodziła 17.00. Jeszcze raz otworzył esemesa od Oli: „Drogi Mateuszu, serdecznie zapraszamy na pożegnanie lata. Przypominam Ci, że nie było Cię trzy lata z rzędu, a my specjalnie dla Ciebie spotykamy się w niedzielę, bo Ty w soboty nie możesz. Nie mogę uwierzyć, że za nami nie tęsknisz. Przynajmniej tym razem nie daj plamy. Zaczynamy o 17.00, ale dojedź kiedy możesz. Trochę posiedzimy. Pozdrawiamy. Ola i Tola”. Kiedy otrzymał tę wiadomość kilka dni wcześniej, naprawdę się ucieszył, że mimo wszystko stara paczka przyjaciół spotyka się nadal w niedzielę, a nie w sobotę, bo w soboty nie miał szans. Odpisał natychmiast, że się postara, czyli użył sformułowania, którego sam bardzo nie lubił. No ale teraz już musiał zdecydować i to szybko, co z tego starania się wyjdzie. Do rodzinnej miejscowości miał nieco ponad dwie godziny jazdy, więc dotrze około 19.30. Maksymalnie dwie godziny z przyjaciółmi, potem z powrotem, żeby około północy być w parafii, bo przecież jutro rano Msza o 7.00. Wymęczyła go ta niedziela, ale to spotkanie było naprawdę unikalne. Część przyjaciół mieszkała w Anglii, część w Irlandii i to „pożegnanie lata” było okazją jedyną na rok. A oprócz tych emigrantów byli i ci miejscowi, no i możliwość zobaczenia wszystkich razem. Przyjaciół ze szkoły średniej, z ministrantury, z pielgrzymek pieszych i wyjazdów w góry i na Mazury. Których widywał absolutnie zbyt rzadko. Rzecz do spalenia się ze wstydu. Mimo, że coraz gorzej jeździło mu się nocą dłużej się nie zastanawiał, tylko zrobił sobie ogromną kawę w kubku termicznym i wsiadł w samochód. Kiedy tylko ruszył, natychmiast poczuł wielką radość i ekscytację i to było niesamowite. Jeszcze kilkadziesiąt sekund wcześniej bił się z myślami, a teraz odczuwał te dylematy jako idiotyczne. Jak mógł się w ogóle zastanawiać??? Przez chwilę zaczął się nawet doszukiwać w tym swoistej teologii, a mianowicie pokusa do lenistwa była tak silna, bo przecież diabelska, że podjęcie decyzji wydawało się jakimś niemal nadludzkim wysiłkiem, ale kiedy ją podjął, radość, Boża radość, nie miał co do tego wątpliwości, wyśmiewała wręcz te wcześniejsze dylematy. A dwie godziny w samochodzie, to czas żeby sobie różne rzeczy przemyśleć i coraz rzadziej spotykana okazja, aby odmówić Różaniec. Cały Różaniec. Cztery części. Dwie w jedną stronę i dwie w drugą. W końcu tylu ludzi jest przekonanych, że on się za nich modli. I w sumie modli się za wszystkich, ale odkąd bodaj z pięć lat temu, jedna ze starych znajomych zapytała go, czy się za nią i jej siostrę modli, a on odpowiedział, że oczywiście i wtedy padło pytanie: „Ale modlisz się konkretnie za mnie i Asię? Po imieniu?” I wtedy musiał powiedzieć, że aż tak indywidualnie to nie. I widział taki zawód na twarzy tej przecież dorosłej już kobiety, że od tego czasu znacznie się poprawił i często przytaczał Panu Bogu całe litanie swoich przyjaciół i znajomych. Niestety, od tego czasu, ani z Sylwią, ani z jej siostrą Joanną się nie spotkał, ale dzisiaj mógłby udzielić innej odpowiedzi. Podróż zleciała szybko i rzeczywiście kilkanaście minut po 19.00 już mógł witać się z wszystkimi. Zabawnie to wyglądało zwłaszcza z dziećmi, z których ani on od razu wszystkich nie rozpoznał, a dzieci z kolei też podejrzliwie patrzyły na wujka Mateusza, którego widziały parę razy w życiu. Z dorosłymi było znacznie łatwiej. Przez dwie godziny nie usiadł ani na chwilę, przechodząc od grupki do grupki i próbując nadrobić utracone lata.
- Mateusz, może napijesz się wina? - zaproponował Piotrek, na stałe mieszkający właśnie z Olą i dziećmi w Londynie, ale pełniący trochę obowiązki gospodarza, bo byli w ogrodzie siostry Oli, Toli która mieszkała tu z mężem i córkami.
- Dziękuję, ale ja jeszcze dzisiaj wracam do siebie – odparł Mateusz z uśmiechem.
- Naprawdę? Jechałeś taki kawał drogi specjalnie do nas na dwie godziny??? O rany, a ja tak kiepsko ubrany w jakimś fartuchu, jakbym wiedział, to bym chociaż jakąś porządną koszulę założył – Piotrkowi humor dopisywał.
- Mateusz, muszę cię o coś zapytać – Hania wzięła go na bok. - Wytłumacz mi, dlaczego są takie problemy w mniejszych miejscowościach z otrzymaniem Komunii na rękę? Moja szwagierka, bardzo wierząca kobieta, całe życie na pielgrzymki chodziła, no ale przyjmuje Komunię na rękę i w jednej parafii ksiądz jej nie dał. Powiedział, że albo do ust, albo wcale. No to jak to w końcu jest?
- Hania, temat jest długi i ja oczywiście nie wiem, co ten konkretny ksiądz ma na myśli. Są dopuszczalne obie formy przyjmowania Komunii, i na rękę i do ust i ja osobiście uważam, że zarówno ci, którzy podają tylko do ust, jak i ci, którzy tylko na rękę, bo są też i tacy, nie postępują właściwie, skoro Kościół taką możliwość dopuszcza. Już nie wchodząc w kwestie związane z Covidem, to księża, którzy wzbraniają się przed udzielaniem Komunii na rękę, po prostu mają na uwadze, że Jezus jest obecny w każdej partykule, czyli w każdej najmniejszej nawet cząstce konsekrowanego Komunikanta, i kładąc go na dłoni stwarza się ryzyko, że jakieś drobne cząsteczki na niej zostaną, a potem upadną. Chodzi po prostu o cześć dla każdej cząsteczki Eucharystii, żeby zachować je przed przypadkowym nawet znieważeniem. Nie chcę teraz wchodzić w kwestie, w jaki sposób została dopuszczona ta forma przyjmowania Komunii na rękę, bo to osobny temat, ale dzisiaj w świetle tego, co zadecydowali nasi biskupi, wierni powinni mieć możliwość przyjęcia Komunii Świętej zarówno w jeden, jak i drugi sposób – zakończył swój wywód Mateusz.
Jeszcze kilka indywidualnych rozmów i trzeba było zacząć się żegnać ze wszystkimi, co też musiało trochę potrwać.
- Mateusz, już się zbierasz? Ty chyba żartujesz? - Romek całkiem poważnie próbował go powstrzymać. - Człowieku, przecież tu połowa osób na ciebie czekała, żeby z tobą pogadać. Rozmawiałeś już z moją żoną? A z Agnieszką? A z Tolą? Cały rok czekają kobiety, bo my chłopaki to jakoś sobie poradzimy, no człowieku, nie możesz wpaść na chwilę i zaraz się zbierać. Nie masz parafian tylko tam u siebie, nie zapominaj o tym – zakończył już z uśmiechem Romek, ale miał rację. Mateusz nie wiedział co powiedzieć.
- Chyba musimy się wybrać wszyscy razem na jakieś kajaki, jak Wojtyła ze swoim „środowiskiem” - powiedział wreszcie.
- No właśnie - poparła go Aga. - Musi być na neutralnym gruncie, bo jak jesteśmy u kogoś, to musi przygotować jedzenie, doglądać, no i na parę dni przynajmniej, bo w dwie godziny to zawsze ktoś się nie dopcha.
- No to u nas w „Londku” na Sylwestra, Mateusz, co ty na to? - zapytała Ola.
- Gdyby Londek to był Lądek, to jeszcze pół biedy, ale to Londyn, daleko, no i Sylwester to dla mnie nie jest najlepszy moment, żeby się urywać z parafii – Mateusz nie dawał większych szans tej propozycji.
- Oj, księdzu proboszczowi żaden termin nie pasuje! Nie masz jakichś kolegów, żeby cię zastąpili? No nie wygłupiaj się – głosy dobiegały z różnych stron.
- Zobaczymy! Naprawdę było miło zobaczyć wasze gęby, nawet jeśli nie ze wszystkimi udało się pogadać – powiedział Mateusz. - No i jeszcze tylko dodam, że odległość w obie strony jest taka sama - zauważył.
- Akurat! Zawsze jak dzwonimy to masz 150 Mszy i ani chwili czasu dla nas.
- To nie dzwońcie, tylko przyjedźcie – uśmiechnął się Mateusz, który nie chciał już polemizować. I tak był na straconej pozycji.
Kiedy już jechał samochodem w „Trójce” pani redaktor nie wiedzieć dlaczego puszczała w całości płytę Pink Floyd. Nie pamiętał, aby to radio w ostatnich czasach nadawało całe płyty i to bez słowa komentarza. A była to właśnie ta muzyka, która jednoznacznie kojarzyła mu się z tą grupą przyjaciół, których właśnie odwiedził. To z nimi uczył się Floydów, Doorsów, Dire Straits, Cohena. To były ścieżki dźwiękowe ich wspólnej młodości. I przez całą powrotną drogę miał w oczach i w myślach wspomnienia z różnych wspólnych momentów. Myślał też o Janie Pawle II. Właśnie niedawno czytał, jak Karol Wojtyła markotniał, kiedy dobiegały końca jego wspólne wakacje z przyjaciółmi. Jak chodził sam po sitowiu albo wypływał kajakiem na jezioro. Jakby się już powoli przyzwyczajał, że tych przyjaciół dłuższy czas przy nim nie będzie. No ale on przynajmniej spędzał z nimi ze dwa tygodnie, a nie dwie godziny. Zanim zabrał się za kolejne części Różańca, Mateusz postanowił, że jeżeli Pan Bóg da dożyć, a Covid nie przeszkodzi, to w przyszłym roku on sam osobiście zadba o dłuższe spotkania ze starą ekipą. Przynajmniej kilka dni. Kolejne dziesiątki Różańca były właśnie w tej intencji. Zobaczymy. Mateusz miał przecież olbrzymią listę dobrych intencji i planów, których nie zrealizował. Oby ten pomysł nie dołączył do tej listy.

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!