TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 16 Lipca 2020, 05:19
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 328

Jasna i ta druga strona księżyca 328

- Ja to już zaczynam myśleć, że nasz rocznik jakoś Panu Bogu podpadł – ks. Robert nerwowo popijał coca-colę ze szklanki. - Akurat jak przypadł nasz srebrny jubileusz kapłaństwa, to musiał nas pokarać tym wirusem i przygotowywane przez cały rok obchody poszły, delikatnie rzecz ujmując, na marne.
- Podążając tym tokiem rozumowania, to również obecny rocznik dzieci pierwszokomunijnych, młodzieży przygotowującej się do bierzmowania, wszystkie pary małżeńskie obchodzące jubileusze, maturzyści, no i nie wiem kto jeszcze, ale pewnie by się uzbierało znacznie więcej, też musieli Panu Bogu podpaść – odpowiedział Mateusz przyglądając się z uśmiechem żalącemu się koledze.
- A pomyśl o tych, którzy podczas tej zarazy umierali – dopowiedział ks. Łukasz. - Nie dość, że czasami nawet rodziny nie mogły ich pożegnać, to jeszcze prosto z kostnicy nieśli ich na cmentarz. Wyobraź sobie, że u nas zmarł były kościelny, który chyba z pięćdziesiąt lat wiernie służył Kościołowi, syna księdza wychował i na pogrzebie, oczywiście w wersji epidemicznej, miał pięć osób. Epidemia wszystkim dała się we znaki.
- W sumie tak, ale ci zmarli to chociaż mogli Panu Bogu od razu wygarnąć, co o tym myślą, a my musimy czekać, aż nas Najwyższy odwoła. Albo do złotego jubileuszu, no ale kto tego dożyje? - nie dawał za wygraną Robert.
- Zamiast narzekać to się ciesz, że chociaż Sebastian zaprosił nas na kolację rocznicową, bo gdyby nie on, to nic byśmy nie mieli. A tak nawiasem mówiąc, Robert, to była twoja kolej zorganizowania spotkania rocznicowego – ks. Andrzej jak zawsze nie owijał w bawełnę i choć z uśmiechem, to jednak wbił koledze małą szpileczkę.
- Wiem, masz rację, dzięki Sebastian. Mnie tak to wszystko wkurzyło, że nawet nie pomyślałem, że przecież kolację dla kolegów mogłem spokojnie zorganizować – Robert spuścił głowę.
- Nie ma sprawy! - Sebastian klasnął w dłonie.
- W końcu mam największą plebanię i możemy nawet zachować wszelkie bezpieczne dystanse, a u ciebie to trzeba prawie jeden drugiemu na kolanach siedzieć. To co, chłopaki, siadamy do stołu? Wszystko gotowe.
- Mieliśmy zacząć o 20.00, jest za piętnaście, a brakuje jeszcze Piotrka i Mirka. Uważam, że powinniśmy poczekać – powiedział Zbyszek, senior roku, a wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem.
- To poczekamy! - powiedział Sebastian. - Czy ktoś życzy sobie jeszcze coś zimnego do picia?
- Jakbyś miał jakieś piwko bezalkoholowe, to poproszę – powiedział Łukasz. - Robert, a co ty takiego przygotowywałeś na ten twój jubileusz, że tak cię nosi? - zapytał kolegę, na którego zwróciły się oczy wszystkich pozostałych.
- Wiecie, że ja mam największą parafię, choć rzeczywiście, jak powiedział Sebastian, mieszkam na jednym pokoiku, bo budowa plebanii jeszcze nie ruszyła, ale wiernych mam najwięcej, więc u mnie praktycznie niczego nie da się zrobić na mała skalę – rozpoczął Robert, a koledzy zaczęli wymieniać porozumiewawcze i nieco kpiące spojrzenia.
- Czyżbyś zaprosił Lady Gagę z koncertem? - nie powstrzymał się Andrzej.
- Nie miała wolnych terminów – nie dawał się zbić z tropu Robert. - Ale tak, miał być wielki festyn, dwa lata wcześniej zamówiłem zespół Bajm...
- Bajm? - przerwał mu Sebastian. - Przecież ta wokalistka ma poglądy delikatnie mówiąc mało katolickie...
- A znajdź mi jakiegoś porządnego wykonawcę popu, który ma poglądy katolickie! Poza tym ona miała śpiewać do tańca, a nie dawać świadectwo i zależało mi, żeby był ktoś z najwyższej półki. Ale, i tu cię może zaskoczę, podczas Mszy jubileuszowej miał śpiewać chór polifoniczny z katedry we Lwowie. I co, szczęka opadła? - Robert nie ukrywał satysfakcji.
- No dobra, to już znamy elementy ludyczne i duchowe, a co z kulinariami? - dopytywał Mateusz.
- Niestety, u nas w okolicy nie ma żadnej większej restauracji, więc musiałem wynająć taką salę weselną, żeby pomieścić 300 gości – odpowiedział Robert.
- 300 gości? Jak na twoich parafian to grubo za mało, a na rodzinę i przyjaciół to o wiele za dużo. Ja planowałem uroczystą Mszę Świętą, a po niej obiad na 150 osób, rodzina i przyjaciele z wszystkich parafii, gdzie pracowałem, plus księża z dekanatu – dzielił się swoim pomysłem na obchody Sebastian. - A ty kogo zamierzałeś zaprosić?
- Jak wiecie, ja zanim zostałem proboszczem zaliczyłem więcej parafii niż ktokolwiek inny z naszego rocznika, ale mimo, że wszędzie byłem krótko, to nigdzie nie brakowało mi przyjaciół. No i ten chór z Lwowa też miał być na obiedzie. Ale, jak wiadomo, wszystko spełzło na panewce... A wy jakie mieliście plany? Sebastian już powiedział, a reszta?
- Ja myślałem trochę podobnie do ciebie, tylko oczywiście na znacznie mniejszą skalę – uśmiechnął się Mateusz. - Miał być obiad o 12.00 dla księży i rodziny, Msza o 14.00, a potem piknik dla całej parafii. Kiedy się okazało, że nic z tego nie będzie, stwierdziłem, że albo świętujemy z całą wspólnotą, albo wcale. Nie chciałem imprezki dla elity. Z tego wszystkiego nawet nie wydrukowałem pamiątkowych obrazków.
- Co za skąpiec z ciebie! - ze śmiechem skomentował Andrzej. - Ja w sumie kombinowałem podobnie, nic nie wyszło, ale obrazki chociaż zrobiłem.
- Ja obrazki też mam, a planowałem Mszę i kolację dla około 100 - 150 osób. Ostatecznie nic nie wyszło, ale była rodzina i kilku przyjaciół, więc na plebanii podjąłem jakieś 30 osób – powiedział Łukasz.
- Czyli nikt nie zrobił tego co planował? - Robert jakby szukał pocieszenia.
- Na to wygląda – odparł Szymon, który chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale w tym momencie z hukiem wkroczył do pokoju ks. Piotr.
- O rany, chłopaki, jak się cieszę, że was widzę! - krzyknął rzucając płaszcz na oparcie fotela.
- Tak się stęskniłeś? - zapytał Sebastian.
- Też, ale przede wszystkim tak się dzisiaj wkurzyłem na moich parafian, że mam dość! Nie wiem czy nie prosić o zmianę – wysapał Piotr opadając na fotel.
- A co się stało? Tacki zapomnieli zebrać, czy co? - żartował Mateusz, wzbudzając ogólną wesołość.
- Nie, słuchajcie. Odprawiam Mszę, no i oczywiście, jak prawie co niedzielę, jest jakaś para z dzieckiem, które cały czas... nie mówię, że przeszkadza, popłakuje, gada, bo to się zdarza i nie mam z tym żadnych problemów... Ale nie! Ono ryczy! Ja wiem, że nie mogę nic powiedzieć, bo zaraz stanę się wrogiem dzieci, co to wyrzuca je z kościoła, więc całą swoją energię wkładam w to, żeby mimo wszystko spokojnie prowadzić liturgię. Na kazaniu musiałem się wznieść na szczyty wytrzymałości, ale wytrzymałem, tyle że niestety zupełnie zgubiłem wątek i tak naprawdę sam nie wiem o czym to kazanie było. Podczas przeistoczenia ludzie się odwracali i rzucali gniewne spojrzenia w kierunku młodej rodzinki, no ale oni heroicznie trwali na posterunku. Ja ich zresztą rozumiem, bo pewnie w domu są przyzwyczajeni. Ja sam nie wiem jaką mocą woli dotrwałem do końca Mszy Świętej, no i wreszcie wchodzę do zakrystii, odmawiam z ministrantami modlitwę, a potem zwracam się do kościelnego i mówię: „Zastanawiam się, co musiałoby zrobić to dziecko, żeby oni się domyślili, że może to jednak rozprasza innych...” I wyobraźcie sobie, że w tym momencie słyszę taki trzask drzwi, że mało nie powypadały rzeczy z szaf. Co się okazało? Akurat jak mówiłem te słowa, oni wchodzili do zakrystii i usłyszeli mój komentarz. Trzasnęli drzwiami i poooszli! A ja biegiem za nimi, proszę, żeby się zatrzymali. Nic z tego. Nawet wam nie powtórzę co tam do mnie z daleka mówili – zakończył Piotr i najwyraźniej mu ulżyło.
- I z powodu tego byś chciał zmienić parafię? Z powodu jednej rodziny? - zdziwił się Mateusz.
- Znaczy się, oni raczej nie byli z mojej parafii, bo bym ich rozpoznał... Może przyszli po jakieś zaświadczenie, nie wiem... No ale że nikt z moich parafin im nic nie powiedział, jakoś dyskretnie.. No to mnie właśnie denerwuje – tłumaczył Piotr nie rozumiejąc zdziwienia kolegów.
- E, ty to jednak zawsze robisz z igły widły – machnął ręką Sebastian. - Powiedz lepiej, jak miał wyglądać twój jubileusz.
- Czemu jak miał wyglądać? Mogę opowiedzieć, jak wyglądał – żachnął się Piotr.
- Zrobiłeś normalne obchody takie jak planowałeś? - Robert aż zbladł.
- No ja to w sumie nic nie planowałem, ale parafianie zrobili wielką imprezę, nawet moich rodziców zaprosili, ba rodziców, całą rodzinę i delegacje z wszystkich moich poprzednich parafii. Koło Gospodyń Wiejskich przygotowało tyle jedzenia, że jeszcze nawet w samochodzie mam dla was trochę. Wszystko zaplanowali, ja nawet nic nie wiedziałem. Nie przejmowali się żadną kwarantanną, chociaż tak porozstawiali stoły, że odległości były ok. W szoku byłem, ale było naprawdę super – uśmiechnął się Piotrek.
- I ty chcesz prosić o zmianę parafii... - Robert kręcił głową z niedowierzaniem.
- Ty, Pietrek, jak już będziesz w tej kurii – Łukasz złożył ręce w błagalnym geście - to wskaż mnie łaskawie na swojego następcę.

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!