TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Maja 2020, 18:00
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 326

Jasna i ta druga strona księżyca 326

- I wyobraź sobie, że naprawdę przyjechała policja policzyć mi ludzi w kościele. Jeden tajniak jakiś atakuje mnie, że łamię przepisy, moja parafianka atakuje mnie, że „wyganiam” ludzi z kościoła, normalnie zwariować można - opowiadał Mateusz koledze.
- Zapłaciłeś mandat? - zapytał Maciej.
- Nie, policjanci byli w porządku, uwierzyli, że policzyliśmy na początku i było ok, ale potem kilka osób weszło już po rozpoczęciu Mszy. Doradzili tylko, żeby ewentualnie jak mamy komplet po prostu zamykać drzwi na klucz... Ale nie spodziewałem się, wiesz, że ORMO wiecznie żywe... - Mateusz miał ciągle w pamięci tyradę „ormowca” na temat Kościoła i księży.
- A tak ogólnie to jak to wszystko znosisz bracie? - głos Macieja w słuchawce wydawał się być odprężony i spokojny.
- Powiem ci szczerze, że dość kiepsko się w tym odnajduję – odpowiedział Mateusz, rozsiadając się wygodnie w fotelu i wyciągając nogi przed siebie, jakby szykował się na wyjątkowo długą, ale relaksującą rozmowę. Sam się zdziwił przyjętej postawie, bo odkąd pamiętał, rozmowy telefonicznie zawsze odbywał na stojąco i starał się je zakończyć jak najprędzej. Zostało mu to z czasów młodości, kiedy każdy telefon z domu mógł oznaczać problemy. Problemy zakończyły się kilkanaście lat temu, a jemu nawyk pozostał. Ale dzisiaj właściwie nie miał nic do roboty, a rozmowy potrzebował jak powietrza. Może stąd takie rozluźnienie i pozycja zwiastująca dłuższą pogawędkę. - Masz chwilę?
- A co, chcesz się wyżalić? Wstydziłbyś się, przecież masz dwóch wikariuszy i gospodynię, masz się do kogo odezwać. To ja dopiero powinienem wpaść w depresję – Maciej udawał oburzenie, ale w jego głosie wyraźnie przebijały nuty optymizmu.
- Ale widzę, że bynajmniej w depresję nie wpadasz. Zresztą wcale się nie dziwię, dla proboszczów na małych wiejskich parafiach wiele się nie zmieniło, bo porządnej roboty nigdy nie macie - odgryzł się Mateusz ze śmiechem.
- Zgadza się! Odkąd mamy tego koronawirusa, to ja nawet wstaję godzinę wcześniej, żeby godzinę dłużej nic nie robić. Bardzo to lubię, szkoda marnować czasu na spanie – Maciej spokojnie brnął w konwencję żartu.
- A szczerze mówiąc – Mateusz spoważniał, - to powiem ci, że gospodyni od dwóch tygodni nie przychodzi, bo Szymon podejrzanie kaszlał i stwierdziła, że ani chybi jest zainfekowany, a ona się boi. Nie dziwię się kobiecie wcale. Ale trochę jestem zdziwiony, jeśli chodzi o wikariuszy, nie żebym się skarżył, bo im też to powiedziałem, ale teraz jak nie mają szkoły i posiłki robimy sobie sami, widzę ich znacznie mniej niż normalnie. W głowę zachodzę jak to możliwe, ale Dawid mi tłumaczył, że sytuacja jest tak dynamiczna, tyle wiadomości na portalach społecznościowych, tyle komentarzy do podzielenia z innymi kolegami księżmi, że na nic innego nie mają czasu. Ja sobie zdaję sprawę, że jestem trochę odrealniony bez Facebooka i innych tego typu bzdur, ale nie potrafię zrozumieć, jak można tak nieustannie się tym emocjonować. To jest życie na takiej petardzie, że ja bym absolutnie zwariował. Oglądam telewizję informacyjną średnio pięć minut na dwa dni, a i tak mam tego dosyć. Nie mam pojęcia jak ludzie to wytrzymują - zakończył swój wywód Mateusz.
- Takie kompulsywne sprawdzanie wiadomości to już chyba choroba cywilizacyjna naszych czasów, a w momentach tak trudnych jak obecny, to się jeszcze bardziej uwidacznia. Ja jak wiesz jestem jednym z tych, co to nie tylko podjęli się celibatu, ale jeszcze samotność wybrali za przyjaciółkę i powiem ci, że już dawno nie przeżywałem tak pięknego czasu. Ludzi, poza tymi, którzy zamówili intencję mszalną i pojawiają się w kościele, w ogóle nie widzę. Pogoda jest przepiękna. Żadna policja mi się tutaj nie zapuszcza, bo mają dość roboty w kontrolowaniu tych, co mają kwarantannę, więc sobie spokojnie łażę po lesie nie stwarzając absolutnie żadnego zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych, no bo dla kogo? W związku z tym czuję się świetnie i bardzo dobrze śpię. Trochę żartowałem z tym wstawaniem godzinę wcześniej, ale tylko trochę, bo naprawdę bez problemów i wypoczęty budzę się wcześniej niż zwykle. Uporządkowałem sobie wszystkie sprawy w kancelarii parafialnej, a teraz powoli majsterkuję z panem Wickiem przy dekoracjach na Triduum. I jeszcze jedno, tylko się nie śmiej... Zacząłem pisać książkę - powiedział Maciej i zamilkł.
- Książkę? - Mateusz zerwał się na równe nogi jakby go prąd poraził. Przez dłuższą chwilę nie potrafił wydusić z siebie słowa, tak był zaskoczony. W sumie to nawet był zły, tylko nie wiedział na kogo. Maciej pisze książkę! Przecież to on, Mateusz miał dar słowa i lekkość wypowiedzi, której wielu mu zazdrościło, to on miał w głowie właściwie trzy gotowe książki, ale to Maciej coś pisze? A nie on? Jego milczenie trwało stanowczo za długo, a on był kompletnie porażony i zawstydzony swoimi myślami, był totalnie zażenowany swoją małostkowością.
- Mateusz, jesteś tam? - głos Macieja był pełen zakłopotania, jakby się domyślał myśli Mateusza. - Pewnie sobie myślisz, co ja mogę mieć do powiedzenia... - dodał.
- Nie, absolutnie! Ależ skąd! - przerwał mu Mateusz. - Wiesz, po prostu totalnie mnie zaskoczyłeś... I tak, zawstydziłeś mnie, bo przecież ja od lat marudzę, że mam coś napisać i na marudzeniu się kończy, a ty po prostu zacząłeś pisać... Przepraszam cię, Maciek, rzeczywiście jakieś durne myśli mnie naszły, a tak naprawdę jesteś pierwszą osobą, którą znam, która po prostu, tak jak nas uczy Pan Jezus, a za nim Święty Paweł, zaczęła wyprowadzać jakieś dobro ze złej sytuacji. Wszyscy narzekamy, że świat się wali, że już nic nie będzie takie samo jak wcześniej, ale nikt nie próbuje wystartować z czymś nowym. Oprócz ciebie. Tak, że brachu naprawdę cię podziwiam. Naprawdę! I życzę, żeby powstał bestseller! To o czym będzie ta książka? - zapytał na koniec Mateusz już spokojny i autentycznie zainteresowany pomysłem przyjaciela.
- No, na pewno będzie w niej dużo ciebie, bo przecież wiele rzeczy zrobiliśmy w życiu razem, a to będzie książka o kapłaństwie i przyjaźni. Zastanawiam się jeszcze, czy ma to być całkiem autobiograficzne, czy jednak włączyć jakieś dodatkowe epizody i zrobić z tego beletrystykę. Chciałbym, żeby to było jakąś przeciwwagą dla tych wszystkich kubłów pomyj na głowy ludzi Kościoła, ale jeszcze nie widzę ostatecznego kształtu - entuzjazmował się Maciej.
- I jak ci idzie? - dopytywał Mateusz.
- Mam prawie 100 stron...
- Sto stron? To bardzo dużo, no chyba że piszesz czcionką dwudziestką - uśmiechnął się Mateusz.
- Dziesiątką. Arialem - wytłumaczył Maciej, a Mateusz popadł w jeszcze większy stupor.
- To jeszcze mi tylko powiedz, kiedy zacząłeś pisać, żebym miał pełny ogląd sytuacji – poprosił jeszcze Mateusz.
- W czwartek - odparł Maciej.
- W ostatni czwartek? – upewniał się Mateusz.
- Tak, jutro minie tydzień odkąd zacząłem. Ale to wiesz jeszcze bez porządnej redakcji, bez korekty...
- Chłopie, czyli piszesz ponad 10 stron dziennie? To ten Remigiusz Mróz to się przy tobie chowa... - Mateusz był coraz bardziej zdumiony, ale początkowa żółć już mu się przelała, więc w tej chwili myślał już bardzo pozytywnie i szczerze swojego przyjaciela podziwiał. - Nigdy mi się nie udało napisać dziesięciu stron tekstu w jeden dzień - przyznał zupełnie szczerze po chwili.
- No ze mnie to się na razie wylewa strumieniem, ale nie wiem jak długo to potrwa - uśmiechnął się rozbrajająco Maciej.
- Czyli tobie koronawirus bardzo jest na rękę - podsumował Mateusz.
- Bez przesady. Pamiętaj, że ja nie uczę w żadnej szkole, a z niedzielnej tacki przy dziesięciu osobach mam ze dwadzieścia złotych, z tego parafii nie da się utrzymać na powierzchni. A przecież mam jeszcze kredyt na panele fotowoltaiczne... Wolę nie myśleć, co się stanie jak to potrwa dłużej... Ale myślę, że pisanie mi już zostanie na dłużej. Nie wiem, czy to będzie się nadawało do druku, choć nie ukrywam, że nie piszę do szuflady... Jedno jest pewne. Zanim to gdziekolwiek pokażę, ty będziesz pierwszym, który to przeczyta -stwierdził Maciej.
- Z wielką przyjemnością – odparł Mateusz.
- Wiesz, jestem tak ciekawy tej twojej książki, że natychmiast wsiadłbym w auto i pojechał do ciebie - zauważył.
- Nic z tego. Jest kwarantanna, to po pierwsze, a po drugie, zobaczysz dopiero jak będzie w całości - uspokajał go Maciej.
- Może będziesz inspiracją dla mnie - powiedział cicho Mateusz.
- Ty nie czekaj na inspirację, tylko siadaj do biurka póki masz tyle wolnego czasu. Przecież to nie będzie trwać wiecznie, mam nadzieję. A może nam się uda wydać książki jednocześnie i będziemy mieć wspólne spotkania autorskie - rozmarzył się Maciej.
- Tak, tak! I podpisane kontrakty i wypłacone zaliczki na kolejne książki, co? - zakpił Mateusz. - Ale co by nie było, zaskoczyłeś mnie dzisiaj niesamowicie i życzę, żeby ci się udało. Naprawdę podniosłeś mnie na duchu! Bo w sumie to zadzwoniłem, żebyśmy sobie razem ponarzekali, a tymczasem ty nie dość, że nie narzekasz, a nawiasem mówiąc to nie zazdroszczę ci tego kredytu w obecnych czasach, to jeszcze pokazałeś mi jak można wyrwać się do przodu. Dziękuję. I wracaj do pisania!

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!