TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 19 Października 2019, 01:45
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jak zostać słynnym pisarzem

Jak zostać słynnym pisarzem

Jak państwo zapewne wiecie kilka lat temu ukazała się u nas seria książek pod wspólnym tytułem „Resortowe dzieci”, gdzie można znaleźć informacje, a przynajmniej poszlaki, odnośnie sporej części naszej klasy politycznej, dziennikarskiej i służb specjalnych, dotyczące ich pochodzenia.

Zdaniem autorów publikacji, osoby te zrobiły karierę nie tyle dzięki swoim talentom i umiejętnościom, ale dzięki wpływowym rodzicom i koneksjom wywodzącym się z poprzedniego systemu, często wręcz sięgające czasów stalinowskich. Oczywiście w niektórych przypadkach są to sytuacje oczywiste, bo jeszcze pamiętamy rodziców czy nawet dziadków opisywanych bohaterów, w innych przypadkach mniej ewidentne... Warto w tym miejscu zauważyć pewną prawidłowość: to niesamowite jak wielu ludzi z dzisiejszego świecznika, i to ze wszystkich stron politycznego dyskursu, ma swój życiorys w Wikipedii, który rozpoczyna się od informacji, gdzie ukończył studia... Jakby spadali z kosmosu, nie wiadomo gdzie się urodzili, kim są czy byli rodzice. W takich sytuacjach bardzo łatwo narazić się na podejrzenia albo chociaż domysły. A jak mawiał wielokrotny włoski premier Giulio Andreotii „myśląc źle o ludziach, popełnia się grzech, ale jakże często, niestety, ma się rację”.
W każdym razie ja książek z serii „Resortowe dzieci” nie kupiłem ani nie czytałem. Chyba jakoś niespecjalnie lubię takie masowe demaskacje, zwłaszcza kiedy większość z nich jest odkryciem wody w kranie. Lubię poważne demaskacje, ale takie rzadko przebijają się do wielkiej publiczności.
Wystrzegam się też postawy, która sugeruje wszędzie spiski i zdrady, chociaż Bóg mi świadkiem, w naszych czasach trzeba mieć sporo psychicznej odporności albo kompletnie zrytą mózgownicę, żeby pewnych rzeczy nie dostrzegać. No i mam jakby nie spojrzeć doświadczenie swojego półwiecznego już życia i pewne rzeczy z tym doświadczeniem konfrontuję. I wychodzą mi pewne rzeczy na wierzch chcąc nie chcąc...
Pewnie się zastanawiacie wokół czego tak dzisiaj krążę... Jechałem samochodem i akurat nadawali w radio jakąś audycję literacką, a w każdym razie była to rozmowa z kobietą, autorką kilku książek, z których niektóre nagrodzono, inne przetłumaczono na kilka języków, słowem kobieta sukcesu. Nie pamiętam nazwiska i nie chcę nawet sprawdzać. Ale w rozmowie tej pojawiło się kilka wątków, które pootwierały mi pewne klapki w mózgu, których zwykle nie chcę otwierać (dlatego m.in. nie czytam „Resortowych dzieci” i tym podobnych). Otóż bohaterka audycji jest podróżniczką i opowiadała również o swojej pierwszej podróży zagranicznej. Był to wyjazd do Berlina Wschodniego w czasach kiedy jeszcze istniał Mur Berliński. I pani, która jak mówi pochodziła z najzwyklejszej rodziny z Kielc, opowiada jak pojechała do tego Berlina na wycieczkę i doskonale pamięta, że była w mundurku harcerskim, chociaż do harcerstwa nigdy nie należała. Zonk! A ja do harcerstwa należałem i doskonale pamiętam jak to funkcjonowało, a mianowicie kiedy pod egidą harcerstwa organizowało się jakieś atrakcyjne wyjazdy to nagle „umundurowywały” się różne dzieci, często nauczycielskie albo z innych ówczesnych elit, aż nieraz dla prawdziwych harcerzy nie było miejsca... Czy tak było w przypadku bohaterki radiowej audycji? Bóg raczy wiedzieć, ale mechanizm nie jest mi obcy. Potem pani pisarka ma różne inne przygody. Jedną z nich jest na przykład to, że tak z ulicy, jako studentka załapuje się na staż dziennikarski do „Polityki”... I nie żeby była tam jakąś stażystką od parzenia herbaty... Nie, nie! Ona robiła wszystko to, co inni dziennikarze, bo wielu było na urlopie. Tak przynajmniej mówiła. Potem jej zainteresowania i projekty, w których brała udział, kierują ją na Syberię. To tam m.in. pani odkrywa, że istnieje rosyjska wersja piosenki „Wsiąść do pociągu byle jakiego” w wykonaniu oczywiście niezatapialnej Maryli. Pani pisarka bardzo była zdziwiona, podczas gdy chyba nawet dzieci wiedzą, że pani Maryla wielką karierę robiła za towarzyszy... No i jest pani dzisiaj sławna i tłumaczona na języki obce! Być może nawet jest znakomitą pisarką, może kiedyś się o tym przekonam, ale ciężko mi uwierzyć, że jest to samorodek. Oczywiście mogę się mylić. Na pewno się mylę... Ale piszę ten dzisiejszy felieton, bo denerwuje mnie ten zabetonowany rynek wydawniczy, gdzie aby się przebić, trzeba mieć certyfikat. Uważam na przykład, że najlepszą książką jaka powstała o czasach PRL, który tutaj wyżej wspominałem jest książka Gabriela Maciejewskiego „Dzieci peerelu”, ale tej książki nie znajdziecie w księgarniach. Maciejewski założył wydawnictwo i sam sobie ją wydał, ale nikt się o niej nie zająknął. W jego wydawnictwie wydawane są absolutnie rewelacyjne książki dotyczące również historii Polski i Kościoła, ale nie znajdziecie ich w ogólnopolskiej dystrybucji, nawet katolickie media o nich milczą. I dlatego zostawię Was z tym pytaniem: kto wydaje te certyfikaty? A może naprawdę trzeba się urodzić we właściwej rodzinie? A może certyfikat trzeba podpisać?

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!