TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Maja 2020, 17:43
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Fajny Kubuś Puchatek, dobry Ksiądz i pan Metoda

Fajny Kubuś Puchatek, dobry Ksiądz i pan Metoda

Księżom stawia się bardzo różne wymagania, często słyszymy narzekania, że w naszych czasach brakuje prawdziwych osobowości wśród duchowieństwa, ale wydaje się, że na pierwszy plan wysuwa się postulat, że ksiądz powinien być fajny. Ale czy fajny ksiądz to na pewno dobry ksiądz?

Mam zamiar pisać dzisiaj o duszpasterzowaniu, a więc na pewno będzie poważnie, choć zaczniemy od dowcipu.

Fajny, ale czy dobry?
O Kubusiu Puchatku. W uroczych o nim opowieściach, Kubuś przedstawiony jest jako mieszkający w Stumilowym Lesie miś o bardzo małym rozumku. Puchatek jest bardzo wesoły, sympatyczny, ma grono przyjaciół, z którymi przeżywa rozmaite przygody, no i – jak to niedźwiedź – lubi miód. I właśnie w związku ze słabością misia do miodu, jakiś czas temu usłyszałem następujący dowcip:
„Któregoś pięknego dnia Kubuś Puchatek przybiega do swego przyjaciela Prosiaczka i w wielkim podnieceniu woła do niego:
- Prosiaczku! Prosiaczku! Krzyś dał nam obu dziesięć słoików miodziku. Siedem dla mnie i siedem dla ciebie.
Ponieważ Prosiaczek był zwierzątkiem o nieco większym rozumku niż miś, błyskawicznie dokonał dość skomplikowanych obliczeń i już po trzech minutach doszedł do wniosku, że z tymi słoikami miodu jest coś nie tak.
- Zaraz, zaraz, Kubusiu! – zaprotestował w związku z tym. – Jeśli Krzyś dał dziesięć słoików i w tym siedem jest dla ciebie, a siedem dla mnie, to rachunek się nie zgadza.
Miś chwilę milczał, próbował (również chwilę) przeprowadzić odpowiednią matematyczną analizę całego problemu, na koniec zaś wzruszył ramionami i rzekł:
- Ja tam nie wiem… Ale swoje siedem słoików już zjadłem”.
O czym jest ten dowcip? Myślę, że można go interpretować jako banalne skądinąd wskazanie, iż niekoniecznie ktoś, kto jest fajny, jest tym samym dobry. Kubuś (ten z dowcipu) jest fajny, bo jest sympatyczny, wesoły i w ogóle daje się lubić („Czy jest ktoś w tej sali, kto nie lubi Kubusia Puchatka?!”), ale niestety, nie jest dobry. Nie jest dobry, ponieważ przy całej swojej imponującej „fajności”, jest jednocześnie ulegającym własnym słabościom egoistą. Problemem misia nie jest mały rozumek, lecz chroniczne łakomstwo (z którym raczej nie walczy), oraz skłonność do fałszu (bo okazał się być fałszywym przyjacielem Prosiaczka). Wady nieumiarkowania i skłonności do fałszu świadczą o wzmiankowanym wyżej egoizmie Puchatka, czyli o czymś takim w jego naturze, co (i tu przechodzimy do interesującego nas zagadnienia duszpasterzowania w Kościele) przeszkadza darom Bożym zakorzenić się w jego sercu i uczynić zeń dobre, Boże narzędzie.
Żeby było jasne: ja nie chcę sugerować, że jakiś uchodzący za fajnego ksiądz, na przykład ojciec Szustak, jest owym Kubusiem Puchatkiem. Jeśli już, to piszę o sobie. Zanim wyjaśnię tę zawiłość, zwróćmy się ku innemu kapłanowi, niestety, już nieżyjącemu.
Czy mamy nawracać?
Świętej pamięci ks. Jan Twardowski… Jan od biedronki, ważki i mrówki… Ksiądz i poeta… Dobry poeta, dobry ksiądz. I jego nieszczęsny wiersz, pt.: „Wyjaśnienie”. Wiersz zapewne znany, ale na wszelki wypadek przytoczmy go w całości:
Wyjaśnienie
Nie przyszedłem pana nawracać
zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania
jestem od dawna obdarty z błyszczenia
jak bohater w zwolnionym tempie
nie będę panu wiercić dziury w brzuchu
pytając co pan sądzi o Mertonie
nie będę podskakiwał w dyskusji jak indor
z czerwoną kapką na nosie
nie wypięknieję jak kaczor w październiku
nie podyktuję łez, które się do wszystkiego przyznają
nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką

po prostu usiądę przy panu
i zwierzę swój sekret
że ja, ksiądz,
wierzę Panu Bogu jak dziecko

Dlaczego ten wiersz nazywam nieszczęsnym? Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że ów wiersz jest przewrotny. Przewrotny nie ze względu na jakąś obecną w utworze ironię czy dowcip, lecz ze względu na postrzeganie przez poetę miłości bliźniego w sposób, który nie tyle jest dziwny, bądź mało precyzyjny, co raczej niepokojący.
Ks. Twardowski, jak każdy dobry poeta, swoim wierszem zadaje pytania. Moim zdaniem owe pytania dotyczą właśnie miłości i jeśli poważnie je potraktować, to wynika z nich, że ksiądz kocha drugiego człowieka wówczas, gdy zamiast głoszenia Ewangelii – zwłaszcza głoszenia w sposób przeintelektualizowany, bądź nawet agresywny – opowiada temu człowiekowi o swojej tajemnicy (tajemnicy pojmowanej jako coś najbardziej i najgłębiej osobistego), którą jest dziecięce przeżywanie wiary. Powie ktoś: ks. Twardowski nie przeciwstawia głoszenia Ewangelii osobistemu świadectwu; on tylko uważa, że najlepiej głosi Ewangelię ten, kto owe osobiste świadectwo daje. Chętnie się z tym zgodzę, pytanie tylko, czemu to osobiste świadectwo (czyli najlepszy sposób głoszenia Ewangelii) ma służyć? Nawróceniu? Przecież „nie przyszedłem pana nawracać”! Jeśli więc nie o nawrócenie chodzi, to o co? Może o to, by głoszący i słuchający dobrze się czuli we wzajemnych relacjach? Żeby im było miło, zgodnie i pogodnie? Niestety wiersz tego nie wyjaśnia, co nie zmienia faktu, że sama myśl o nawracaniu kogoś, jest – według poety – myślą nieładną. Dlaczego nieładną? Pewnie dlatego, że treść pojęcia „nawrócenie” (w chrześcijaństwie kojarząca się jednoznacznie pozytywnie), w dzisiejszym świecie odbierana jest negatywnie, bo nawracanie to inaczej mówiąc narzucanie czegoś, a może nawet robienie komuś wody z mózgu.
Co poeta miał więc na myśli, że klasycznie zapytam? Otóż miał on na myśli to, że próba nawracania kogoś to nic innego, jak niedopuszczalna ingerencja w tożsamość tego człowieka (zwłaszcza, gdy z indyczą furią wlewa się do ucha jakąś – ponoć świętą – teologię), oraz narzucanie poglądów (poprzez wwiercanie się Mertonem w brzuch), co jest nie do pogodzenia z miłością bliźniego. Natomiast działania zmierzające do tego, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie, są po prostu kwintesencją tejże miłości.
Nie chcę by powyższa – niewątpliwie powierzchowna – analiza „Wyjaśnienia” sprowadzała się tylko do łatwego skądinąd szyderstwa. Nie chcę tego tym bardziej, że możliwa jest też inna interpretacja tego wiersza – interpretacja, która z nieszczęsnego, uczyni ów utwór szczęsnym (choć w swoim charakterze pozostanie on w dalszym ciągu przewrotnym). Bo może być przecież i tak, że ks. Twardowski zwraca naszą uwagę na oczywistą prawdę, iż kiedyś dążenie do nawrócenia innych ludzi – czyli zabieganie o ich zbawienie – było w świecie chrześcijańskim świadectwem wielkiej do nich miłości, natomiast dzisiaj dążenie do nawrócenia innych ludzi jest w najlepszym wypadku świadectwem braku delikatności, a często powodem do wstydu. I ironizując - „nie przyszedłem pana nawracać” - poeta po prostu piętnuje brak odwagi tych duszpasterzy, którzy ducha czasu mylą z Duchem Świętym, albo – inaczej mówiąc -są fajni, ale nie są dobrzy.

Liczy się troska o zbawienie ludzi
Duszpasterze to w olbrzymiej większości proste chłopaki. Ich prostota polega na tym, że nie kombinują, tzn. starają się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób. Niestety, nie każdemu się to udaje. Owszem, każdy (prawie każdy) próbuje, ale nie każdemu jest to dane. Czy Kościół się tym przejmuje? Niekoniecznie. Bo choć miło jest posłuchać dobrego, wręcz charyzmatycznego kaznodziei lub skorzystać z posługi wnikliwego, wręcz wybitnego spowiednika, to duszpasterzy tego rodzaju jest tak mało, że w skali całego Kościoła są w zasadzie praktycznie pomijalni. Owocność działania Kościoła nie jest bowiem zależna od obecności w nim znakomitości kaznodziejskich, lecz od stałej, nieustępliwej, odważnej, pełnej wiary, nadziei i miłości troski o zbawienie ludzi. Tylko to się liczy: troska o zbawienie ludzi. Troska, której kształt jest określony przez Rzym. I duszpasterze (proste chłopaki) właśnie ową troską Rzymem naznaczoną mają się charakteryzować, co nie oznacza, że nie mają dbać o uzupełnienie swoich ewentualnych deficytów: kaznodziejskich, organizacyjnych, intelektualnych, duchowych…
Innymi słowy mówiąc, Kościół działa swoją strukturą (mówiąc o strukturze mam na myśli także i to, że – jak powiedział kard. Wyszyński – „Kościół jest żyjącym i działającym we współczesnym świecie Chrystusem”), a nie „duszpasterskimi wybitnościami”. Nie jest więc problemem brak (albo nadmiar) znakomitości w Kościele. Problemem jest to, że tak owe znakomitości, jak i owi „przeciętniacy” mogą zgłupieć i zamiast być dobrzy (tzn. odznaczać się troską o zbawienie ludzi, którym posługują), stają się fajni (tzn. odznaczają się troską, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie).
Pewien znajomy zwrócił się do mnie z następującą kwestią: „Chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to możliwe co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego szatana?” Próbując odpowiedzieć na tak postawione pytanie, muszę poczynić pewne uściślenie. Otóż domniemywam, że jednak nie wszyscy parafianie owego księdza kochają, oraz że owa miłość do księdza, rozumiana jest tutaj jako zaledwie uczucie sympatii. Pytanie dotyczy więc sytuacji, w której parafianie (nie wszyscy) po prostu księdza lubią i gdzieś w tym wszystkim czuje się swąd szatana. Dlaczego nie wszyscy owego księdza lubią? To proste. Nie wszyscy go lubią, „bo jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”. Znacznie istotniejsze jest owo lubienie. Przyjrzyjmy się temu.

Pojawia się pan Metoda
Duszpasterz to prosty chłopak. Nie kombinuje, tzn. stara się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób, czyli zachowując łączność z Rzymem i powodowany troską o zbawienie bliźniego, usiłuje dotrzeć do jego serca, by pomóc temuż bliźniemu osiągnąć niebo. Ludzkie serca są jednak w większości zamknięte i nie jest łatwo je poruszyć. Z tego powodu w tym właśnie momencie pojawia się pan Metoda. Pan ów może przychodzić od Ducha Świętego, ale równie dobrze może przychodzić od „tego, który nie przepuszcza żadnej okazji”, czyli od szatana. Bez względu na to od kogo pan Metoda przychodzi, przychodzi po to, by podpowiedzieć duszpasterzowi jakich sposobów ma się imać, by twarde ludzkie serca poruszyć. Jeśli duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od Ducha Świętego, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się dobrym księdzem. Jeśli zaś duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od „tego, który nie przepuszcza żadnej okazji”, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się fajnym księdzem.
Pan Metoda przychodzący od Ducha Świętego, radzi duszpasterzowi, by zabiegał o zbawienie ludzkich dusz „w porę i nie w porę”; by pamiętał nie tylko o wszystkich uczynkach miłosiernych co do ciała, ale także o wszystkich uczynkach miłosiernych co do duszy; by nawracał; by nie siebie pokazywał, lecz Chrystusa; by uczył bezwarunkowej wierności wobec Rzymu; by w jego osobistym życiu, z miłości do Chrystusa obecne były post, modlitwa, jałmużna i zwykła ludzka przyzwoitość. Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym oporem: bywa ceniony, ale niekoniecznie jest lubiany.
Pan Metoda przychodzący od „tego drugiego”, radzi duszpasterzowi, by dbał o siebie; by nie był zanadto wymagający, bo straci w ludzkich oczach; by zawsze wychodził naprzeciw ludzkim oczekiwaniom; by pamiętał, że musi się oszczędzać, bo swoje siły musi rozłożyć na długi czas i długą drogę; by korzystał z życia i innym na to pozwalał; by pokazywał albo wyłącznie „ludzką” twarz Chrystusa i chrześcijaństwa, albo wyłącznie boskość Zbawiciela i Jego Kościoła; by wierność wobec Rzymu propagował w zależności od tego, co Rzym głosi i kto w Rzymie zasiada; by uczynki pobożne praktykował albo ze względu na komfort duszy i ciała, albo ze względu na wierność konserwatywnym ideałom. Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym aplauzem: jest i ceniony i lubiany.
Oczywiście, te dwie postawy rzadko kiedy występują w stanie czystym. Najczęściej to wszystko (pan Metoda od Ducha Świętego i pan Metoda od „tego, który nie przepuszcza”...) jest przemieszane ze sobą. Pytanie, czego jest więcej? I co bardziej służy sprawie zbawienia? Po owocach poznajemy. A ortodoksja – zapyta ktoś? Ortodoksja… Tak, ona jest ważna. Tyle tylko, że jej waga ujawnia się tak naprawdę wówczas, gdy duszpasterz podejmuje całkowicie świadomą decyzję (czyli nie ma mowy o pomyłce, niedbalstwie, bądź niedouczeniu), by z jakichś powodów – choćby dla sławy, dla zysku, dla podreperowania zranionego ego, itd. – być nie-ortodoksyjnym, bądź ortodoksyjnie rozmytym. Przykład? Proszę uprzejmie.

Dać świadectwo Prawdzie
Pewien ksiądz proboszcz, w uzasadnionej trosce o kościół zabiega o to, by tej świątyni dać nowy dach. Niestety parafia jest biedna i nie stać jej na taką inwestycję. I oto pojawia się sponsor, który składa ofertę sfinansowania remontu dachu. Proboszcz się cieszy, parafianie się cieszą. Tyle tylko, że jak się okazuje, ów sponsor od lat żyje bez ślubu z jakąś kobietą, mimo iż nie istnieją żadne przeszkody, by zawrzeć sakramentalne małżeństwo. Ale cóż, pecunia non olet, chce ów sponsor dar ofiarować, to dlaczego go nie przyjąć? Proboszcz i sponsor dochodzą do porozumienia.
Któregoś dnia przychodzi ten moment, kiedy niedzielne Słowo Boże mówi o świętości małżeństwa i przypomina o przykazaniu: „Nie cudzołóż!” Ksiądz proboszcz z wielkim zapałem i przekonaniem na każdej Mszy Świętej, zgodnie z nauką Kościoła, wykłada to co trzeba. Tyle tylko, że na trzeciej albo czwartej Eucharystii pojawia się w kościele wspomniany sponsor wraz ze swoją konkubiną. I siada w pierwszej ławce, by Proboszcz mógł go zobaczyć. I uśmiecha się do proboszcza. W końcu nadchodzi ta chwila, że trzeba wygłosić homilię… Co ów biedny duszpasterz zrobi? On wie oczywiście, że winien głosić to, czego Kościół naucza, ale wie też, że sponsor może się poczuć brutalnie upomniany owym nauczaniem, że może się z tego powodu obrazić i swoją donację cofnąć, a wtedy nie da się przecież remontu dachu przeprowadzić… Pan Metoda od Ducha Świętego radzi proboszczowi, by w poczuciu pełnej wolności powiedział to, co mówił dotychczas, natomiast pan Metoda od „tego, który nie przepuszcza żadnej okazji” – zwłaszcza takiej Okazji – radzi proboszczowi, że trzeba powiedzieć coś innego, gdyż w tej sytuacji wierne trzymanie się nauczania Kościoła jest z racji oczywistych zbyt ryzykowne. Co proboszcz zrobi? Ponieważ właśnie tutaj jest miejsce na ową wspomnianą wyżej świadomą decyzję o ortodoksji, bądź nie-ortodoksji, sprawa staje się bardzo istotną, albowiem kontekst owej świadomej decyzji jest tak czy inaczej zbawczy (napomnieć, czyli zatroszczyć się o zbawienie; nie napominać, czyli uznać, że na tym etapie, w tej dziejowej chwili, coś innego jest od zbawienia ważniejsze).
Zmęczyłem się tym pisaniem, ponieważ męczącym jest tłumaczenie rzeczy oczywistych.

Ks. Rafał Krakowiak

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!