TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Maja 2020, 18:10
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Dozwól mi z soba płakać

Dozwól mi z soba płakać

Zawsze bardzo lubiłam nabożeństwa Gorzkich żali i chętnie brałam w nich udział, oczywiście włączając się we wspólny śpiew. W tym roku jednak siedząc na chórze, gdzie mogłam zostać niewidoczna, bo siedziały tam może jeszcze trzy osoby, nie potrafiłam wydobyć z siebie słów pieśni. Od dnia poprzedniego w głowie miałam pewien obraz.
Na jednym z portali społecznościowych młody, wyglądający na zadbanego, wysportowanego i pewnego siebie mężczyzna zamieścił wpis, własne wspomnienie sprzed lat. Mały, około siedmioletni chłopiec siedzący w wannie, przerażony, zdezorientowany, nie mający pojęcia, co i dlaczego się właśnie stało, obolały i samotny. Za oknem słyszał głosy swoich bawiących się w chowanego rówieśników i oczywiste było dla niego, że zaraz do nich dołączy. Ale póki co, siedzi w tej wannie. Jego dzieciństwo zostało zgaszone tak, „jak gasi się niedopałek o asfalt” - napisał. Człowiek, który go skrzywdził, był przyjacielem rodziny, a rodzice jeśli w ogóle się dowiedzieli o tragedii syna, to prawdopodobnie stało się to po wielu latach. Wiele osób pisało w komentarzach słowa wsparcia i pocieszenia: „Podziwiam Twoją siłę i odwagę”, „Ogromny szacun dla tego gościa”, „Jesteś wielki”, „Odwaga”, „Wsadź pedofila. Niech zgnije”. On sam napisał: „Przetrwałem”, i jeszcze, że jest dumny z tego, kim teraz jest. I to wszystko pewnie prawda. Ale jakie to mogłoby mieć znaczenie dla siedmioletniego dziecka, które siedzi w wannie i cicho cierpi…? Gdy w czasie nabożeństwa zabrzmiała „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, słowa Maryi stały się wyrazem tego, co czułam, myśląc o tym chłopcu, który już od dawna nie był chłopcem, którego nawet nie znałam, od którego dzielił mnie czas i przestrzeń. Dlaczego tak się nim przejęłam? Nie mam pojęcia. Mogłam przecież pomyśleć: „Co za gość! Przeżył coś takiego i wyrósł na ludzi. Brawo!”. Maryja patrzyła na mękę swojego dorosłego już syna, silnego, również pewnego siebie mężczyzny o mocnym charakterze. Wiedziała, Kim jest, wierzyła Bogu, mogła więc spodziewać się, że Jezus w taki czy inny sposób poradzi sobie z tą sytuacją. A jednak „cała była w mdłości”, „miecz przenikał Jej serce i krew je zalewała”. Patrzyła na ból swojego dziecka i pragnęła wziąć na siebie Jego cierpienie. Z Jej ust nie padło: „Dasz radę, Synku”, ani „Ukarać tych, którzy Cię niewinnie krzywdzą!”. Taka jest rola matki. I nie chodzi o to, aby nie wspierać swojego dziecka, albo, żeby nie domagać się sprawiedliwości. Chodzi o to, że są rzeczy, nad którymi trzeba szlochać, są krzywdy tak straszne, że muszą zostać opłakane, jest żałoba, którą trzeba przeżyć. I dopiero potem można żyć. A są też dzieci, nad którymi nikt nie płacze. Z różnych powodów. Choćby dlatego, że nikt o ich cierpieniu nie wie. Zastanawiam się, czy chłopcu siedzącemu w wannie przyszło kiedyś do głowy, że zabójstwo dokonane na jego dzieciństwie zasługuje na to, by nad nim rozpaczać. Czy sam kiedykolwiek nad sobą zapłakał?

Małgorzata Młotek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!