TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Września 2019, 19:32
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

„Cud“ lubelski i historia Zygmunta Dambka

„Cud“ lubelski i historia Zygmunta Dambka

Na obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej w katedrze lubelskiej 70 lat temu zauważono zmiany. Ówczesny Ordynariusz powołał wtedy komisję do zbadania tej sprawy, w skład której wszedł mój dziadek Zygmunt. Niestety władze komunistyczne aresztowały i więziły członków komisji. Dziadek po przymusowym opuszczeniu Lublina, zamieszkał w Odolanowie.

„Pozostaje odrobina świadectw i pamięci - dziś już własna, ale przejęta z drugiej ręki, od tych którzy pamiętali lepiej i dokładniej, nie mówili jednak wszystkiego albo mówili chaotycznie, albo ich nie słuchaliśmy” (A. Rottenberg, „Proszę bardzo“). Albo nie mówili wcale. Jak mój dziadek - Zygmunt Dambek. Dziadek zmarł w lutym 1992 roku. Miałam wtedy osiem lat i nie uświadamiałam sobie wówczas, że trzeba za wszelką cenę ocalać pamięć przodków. Byłam po prostu za mała. Dopiero po latach, jako licealistka, a potem studentka, przypadkowo odkrywałam w małych dawkach rodzinne zdjęcia, dokumenty, listy, fragmenty z książek o Odolanowie. Przypominałam sobie również pojawiające się od czasu do czasu, szeptem prowadzone przez dorosłych, rozmowy, podczas których padały słowa „Lublin”, „więzienie”, „przesłuchania”, “cud“, itd. Dziadka już nie było, nie potrafiłam poskładać tych „puzzli” pamięci w całość, a zależało mi na zrekonstruowaniu rodzinnej przeszłości. 

Łzy na obrazie. Badania

W niedzielę, 3 lipca 1949 roku w katedrze lubelskiej na wizerunku Madonny namalowanej jeszcze przed wojną na wzór jasnogórskiej ikony pojawiły się łzy. Zmiany na obrazie zauważyła, około godziny 15.00, pracująca w świątyni siostra Barbara, która poinformowała o tym kościelnego Józefa Wójtowicza, a zaraz potem wiadomość dotarła do biskupa pomocniczego Zdzisława Golińskiego. Rzeczywiście, pod prawym okiem Matki Bożej widniała bordowa łza.

3 lipca 1949 roku dziadka nie było w Lublinie, a o „płaczącej Matce Boskiej” dowiedział się dopiero następnego dnia. Wracał wówczas pociągiem od żony, która przebywała akurat u swoich rodziców w pobliskiej wsi. Pokonując trasę ze stacji do domu dziadek zauważył przed katedrą niespotykany dotąd tłum. Zapytał przechodniów o przyczynę tego zgromadzenia, w odpowiedzi usłyszał, że na obrazie Matki Boskiej pojawiły się łzy. Nie przejmując się jednak tym, udał się do pracy, do szpitala szarytek. Po południu dziadek, jak zeznał potem w protokole przesłuchania z 26 sierpnia 1949 roku, dostał telefon od bpa Golińskiego, który powiadomił go o powołaniu komisji mającej zbadać skład cieczy na obrazie. Dziadek stawił się tego samego dnia o godzinie 19.00 w mieszkaniu duchownego. Tam zastał pozostałych członków komisji: mec. Stanisława Kalinowskiego, konserwatora Jana Powidzkiego, malarkę Łucję Bałzukiewiczównę, chemika Alojzego Paciorka, kanclerza ks. Wojciecha Olecha i bpa Zdzisława Golińskiego. 4 lipca wieczorem katedrę zamknięto, a komisja dokładnie obejrzała wiszący obraz. Po jego zdjęciu, opisaniu śladu ścieku łzy, „doktor Dambek pobrał lancetem próbkę cieczy z miejsca zacieku z podłożem olejnym z jego części zatokowej i dla kontroli próbkę farby z łuku brwiowego, oka lewego i ręki prawej Madonny”. Można o tym przeczytać w notatce z pracy komisji, znajdującej się dziś w archiwum archidiecezjalnym w Lublinie. Dziadek w swoim laboratorium w szpitalu szarytek 5 lipca dokonał analizy pobranej próbki dwiema metodami - mikroskopową i metodą chemiczną Meyera. Obie metody dały wynik negatywny - ciecz nie zawierała składników krwi czy łez, nie reagowała z żadnym odczynnikiem chemicznym. Ponownych badań nie przeprowadzono – „łzy” wyschły. Wysunięto też propozycję wysłania obrazu do Warszawy do zbadania aparatem Roentgena. Zaniechano jednak tych działań, prawdopodobnie obawiając się reakcji władz. Próbowano także dociec, dlaczego łza z obrazu nie spływała prosto wzdłuż nosa, ale biegła na ukos, zupełnie jak łza ludzka - od strony spojówki w kierunku policzka.

Dziadek spisał protokół, który przekazał bpowi Golińskiemu. Natomiast bp Piotr Kałwa wystosował list do wiernych, że prace komisji nie dają podstaw do tego, by zdarzenie uznać za cud. Zwrócił się także z prośbą o to, by zaprzestano pielgrzymek do katedry. Jednak bez skutku. O łzach z obrazu Madonny zrobiło się głośno w całym kraju i poza jego granicami - mówiono o tym nawet w BBC. Sam list wzbudził sprzeciw ze strony władz, ale i wiernych, którzy woleli, żeby oficjalnie ogłoszono cud. Władze z kolei odebrały to pismo, jako „wykręt” Kościoła. Zarzucano, że badania nie były precyzyjnie przeprowadzone, a biskup pochopnie zaprzeczył zjawisku. W prasie natomiast można było przeczytać o ciemnogrodzie i masach prostaczków otumanionych zabobonami i kłamstwami kleru. 

Lublin - miasto twierdza

Lublin szybko stał się miastem zamkniętym: na obrzeżach ustawiono patrole niepozwalające nikomu na wjazd do centrum. Obawiając się napływu pielgrzymów wstrzymano sprzedaż biletów kolejowych. W związku z tym ludzie podejmowali piesze wędrówki. Porządku w mieście pilnowała zwiększona liczba milicjantów, później także wojsko. Jak wynika z protokołów przesłuchania z 8 września 1949 roku, dziadek, tuż po wydarzeniach w katedrze, kilkukrotnie był wzywany do wypadków rzekomych uzdrowień: m.in. odzyskania wzroku czy ustąpienia paraliżu nóg, o czym na bieżąco informował kapłanów: bpa Golińskiego i ks. Tadeusza Malca, co ciekawiło władze. 

W tym też czasie coraz częściej dochodziło do prowokacji ze strony władz i aresztowań. Najtragiczniejsza z nich miała miejsce o świcie 13 lipca, gdy pod katedrą wybuchła panika, a wycofujący się z placu katedralnego ludzie stratowali 21-letnia Helenę Rabczuk. Byli ranni. Niemalże natychmiast wszczęto śledztwo, a odpowiedzialnością za jej śmierć obarczono władze kościelne. Po kolejnej prowokacji, 17 lipca, zatrzymano ponad 600 osób. Aresztowane, tego dnia i w ciągu kilkunastu następnych, osoby milicja nazywała pogardliwie „cudakami”. 

8 sierpnia władze kościelne postanowiły zamknąć katedrę. Decyzję tę tłumaczono tym, że fronton świątyni jest zrujnowany, a dalszy napływ pielgrzymów może doprowadzić do kolejnych tragedii. Stopniowo pielgrzymki ustały. 

Aresztowanie i więzienie

Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zatrzymał dziadka 26 sierpnia 1949 roku. Był „podejrzany o branie czynnego udziału w zbiegowisku publicznym 17 lipca 1949 roku w związku z rzekomym cudem w katedrze lubelskiej”, jak widnieje w karcie postanowienia o zatrzymaniu oznaczonej jako ściśle tajne. Zabrano mu wówczas wszystkie osobiste rzeczy, jakie miał tego dnia przy sobie, m.in. pieniądze, wszelkie dokumenty, karty żywnościowe, książeczkę do nabożeństwa i różaniec, z którym dziadek się nie rozstawał. 15 września 1949 roku został przesłuchany w charakterze podejrzanego. 

Do więzienia, mieszczącego się wówczas na Zamku lubelskim, trafił 2 listopada 1949 roku około godziny 15.00. Tego dnia osadzono tam również kilkanaście innych osób, wśród nich znaleźli się uczniowie, pracownicy naukowi, przyrodnicy, pszczelarze, rolnicy. Każdego dnia przybywali kolejni. Dziadek, jak i inni, po rejestracji dostał drelichowe, więzienne ubranie, miskę i łyżkę. Zanim jednak więźniowie otrzymali pierwszy posiłek mijało kilka dni, a pierwsza strawa była tak cuchnąca, że nawet najbardziej wygłodniali nie byli w stanie jej zjeść. Osadzeni przechodzili następnie przez tzw. kwarantannę. Nocne przesłuchania to kolejny stały element. Podczas pierwszego robiono wszystkim trzy fotografie: jedną z profilu, drugą z przodu, a trzecią w kapeluszu bądź chuście na głowie. Pobierano odciski palców. Potem najczęściej następowało przesłuchanie, którego przebieg przypominał te odbywające się w aresztach śledczych. Dziadka, jak również wielu innych, nie ominął karcer. Do tego dostosowano specjalny loch pod basztą zamkową - ciemne, betonowe miejsce wielkości szafy z wgłębieniem wypełnionym wodą. Więźniowie stali kilkanaście godzin po kostki w wodzie. Dziadek, jako lekarz-więzień, nierzadko, w miarę swoich możliwości, starał się pomóc każdemu cierpiącemu. Najsłabsi mogli liczyć na odrobinę tranu zmieszanego z suszoną cebulą. To jednak nie zwalniało nikogo z żadnego punktu więziennego regulaminu. W takich warunkach dziadek spędził blisko dziewięć miesięcy.

19 lipca 1950 roku prokurator Sądu Apelacyjnego w Lublinie H. Furmankiewicz wydał nakaz zwolnienia Zygmunta Dambka z więzienia w Lublinie. Śledztwo umorzono. Następnego dnia około godziny 16.00 dziadek został zwolniony z aresztu prewencyjnego. Kara jednak nie skończyła się wraz z opuszczeniem murów więzienia.  Dziadkowi zabroniono przebywać w Lublinie i jego okolicach. Nakazano całkowite milczenie. Przeniósł się do Odolanowa, w którym mieszkał i pracował do końca życia. 

Tekst Małgorzata Dambek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!