TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 01:47
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień X

Camino de Santiago - Dzień X

Noja - Santander


Dziesiąty dzień mojego pielgrzymowania uczciłem najpierw stosunkowo późną pobudką: zwlekam się z mojego wygodnego łóżka dopiero około 6.00. Jak pamiętacie, noc spędziłem w hoteliku mając do dyspozycji własny pokój z łazienką – jest to luksus, na który pielgrzym liczący każdy grosz (każde euro) może sobie pozwolić nader rzadko. Jednakże dzisiaj takie komfortowe warunki były dla mnie błogosławieństwem. Dlaczego? Aby to wyjaśnić muszę dokonać zdecydowanego coming out, czyli wyznać Wam całą prawdę. Otóż, jak wielu z Was się domyśliło (na przykład pewna sympatyczna pani nauczycielka z Rososzycy ;-) pielgrzym opisujący dla Was swoje perypetie na szlaku do Santiago de Compostella i redaktor „Opiekuna“ to jedna osoba. OK, to teraz już wszyscy wiedzą. Moje pielgrzymowanie jest nie tylko realizacją marzeń i odpowiedzią na duchowe potrzeby, ale również wyborem redakcyjnym, aby przez cały, ogłoszony przez Benedykta XVI, Rok Świętego Jakuba, nasi Czytelnicy mogli w pewnym sensie „przemierzać“ kolejne kilometry ku Santiago, by „dotrzeć“ tam w lipcu przyszłego roku, w dzień św. Jakuba. Ponieważ moja pielgrzymka jest zaplanowana na 28 dni łatwo policzyć, że relacje z pierwszych dwóch dni (nie licząc innych tekstów) muszę przesłać z trasy, podczas gdy wspomnienia z kolejnych dni mogę redagować już w Kaliszu, ponieważ ukażą się one po faktycznym zakończeniu mojego pielgrzymowania. I teraz wracamy do mojego wygodnego pokoju w Noja: dzisiaj rano muszę napisać i przesłać do redakcji relację z pierwszego dnia, a także tradycyjny wstępniak. Oczywiście zabranie na pielgrzymkę laptopa nie wchodziło w grę (nawet jeśli waży tylko półtora kilograma), więc moje artykuły muszę napisać na… telefonie komórkowym. Kiedy jestem w połowie artykułu i cieszę się, że idzie mi coraz sprawniej, ktoś do mnie dzwoni. Odpowiadam i… jak się okazuje po chwili, tracę wszystko co napisałem do tej pory. Boże! (wierzcie mi, nie było to wzywanie imienia Pana Boga nadaremnie) Zaczynam od nowa. Szczęśliwie o godzinie 10.00 obydwa teksty są napisane i wysłane via Internet do redakcji, a ja mogę ruszać na trasę. Wiem, jest strasznie późno, ale jestem szczęśliwy jak skowronek: nawet z trasy pielgrzymki wykonałem swoją pracę, a do pokonania mam zaledwie 28 kilometrów.

Nie tylko ja wyruszam na szlak tak późno. Tuż za miastem spotykam dwie Dunki i kolejnych kilka kilometrów pokonujemy razem. Kirsten ma 46 lat, a dwudziestoletnia Rikke to jej córka. Mama zwierza mi się, że jeszcze nigdy nie rozmawiała tak wiele ze swoją córką jak podczas tych kilku dni pielgrzymowania, a Rikke potwierdza. Kirsten jest pielęgniarką i opowiada o swojej pracy w Liberii, gdzie pojechała na pół roku jako wolontariuszka, jak wielkie wrażenie wywarła na niej straszna bieda ludzi, których jedyną winą jest to, że urodzili się pod tą, a nie inną szerokością geograficzną. Życie w Danii to zupełnie inna bajka. Kirsten opowiada, że jako młodzi małżonkowie z dwójką małych dzieci udali się w podróż dookoła świata. Rikke niewiele pamięta z tej podróży, ale rozpoczęła już swoje samodzielne życie i takie przygody stoją przed nią otworem. Co prawda w Noja spały w eleganckim hotelu i płaciła mama, ale już za kilka dni Kirsten wraca do Danii, a Rikke będzie dalej pielgrzymowała sama i za własne pieniądze.

- Zarabiasz już na siebie? – pytam zdziwiony, bo przed chwilą mówiła, że studiuje coś związanego z nanotechnologią.

- Jasne! – odpowiada Rikke. – Państwo utrzymuje studentów i dają nam tyle pieniędzy, że wystarcza również na wakacje.

- My jej wcale nie pomagamy – dodaje Kirsten. - Jedynie jak wraca do domu na weekendy żyje na nasz koszt.

- Państwo płaci wam za studiowanie… - powtarzam z niedowierzaniem i zdaję sobie sprawę, że jednak ciągle między nami, a nimi jest wielka różnica. Nie jest tak źle jak w Liberii, ale lata socjalistycznego eksperymentu ciągle odbijają się czkawką. Po dwóch godzinach dziewczyny proponują mi wspólny posiłek, ja jednak decyduję się nie przerywać marszu. Życzymy sobie „Buen camino“ i dalej idę sam. Ale niezbyt długo, bowiem wkrótce poznaję sympatycznego Baska. Juan Maria jest żonaty od 9 lat, ale nie chce mieć dzieci, a ma już 34 lata.

- Chłopie, na co ty czekasz? Jak bym nie był księdzem miałbym już przynajmniej czwórkę albo piątkę dzieciaków – biadolę. – Jak to jest? Że jeden chciałby a nie może, a drugi może a nie chce?

- No właśnie! – śmieje się Bask. – Ja jeszcze nie jestem gotowy.

- No to ja się będę za Ciebie modlił, co byś szybko dojrzał – obiecuję mu. Kto wie, czy Camino również i w jego przypadku nie okaże się punktem zwrotnym. Z Juanem Marią dochodzimy do Somo bardzo szybko, ponieważ narzuca on niesamowite tempo. Waży zaledwie 60 kg przy moim wzroście (178 cm), więc ledwie za nim nadążam. W Somo wsiadamy na statek, którym pokonujemy ostatnie 5 km dzielące nas od Santander. Kiedy wysiadam ze statku i podziwiam piękną panoramę stolicy Kantabrii pod drzewem spotykam siedzące… Martę i Martynę!

- Pośpiesz się, bo w albergue już prawie pełno – mówi „Iron“ Marta i umawiamy się, że później wybierzemy się razem na zwiedzanie XIII - wiecznej katedry, od której albergue dzieli zaledwie 100 m. Miło znów zobaczyć znajome twarze. 

Wieczór w telegraficznym skrócie: na kolację idziemy do baru prowadzonego przez Doris, gdzie oglądamy również mecz Holandia – Urugway. Wygrywa Holandia i cieszymy się razem z Samem. Sam pielgrzymował od trzech miesięcy: przeszedł całe Camino Frances i później od Santiago szedł szlakiem północnym aż do Santander. Jutro wraca samolotem do Holandii. Finał Mistrzostw Świata obejrzy już w domu. Jak ja mu zazdroszczę! Nie, nie tego finału w domu, tych trzech miesięcy pielgrzymowania.

Pielgrzym


Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!