TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 04:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień IV

Camino de Santiago - Dzień IV

Deba - Marquina-Xemein


Chyba jednak nieco przesadziłem wczoraj z tym porównaniem mojej kondycji fizycznej po trzecim, tradycyjnie kryzysowym dniu pielgrzymowania, do zielonej Polski na tle pogrążonej w kryzysie szarej Europy. A może nie przesadziłem, może właśnie miałem rację? Mniejsza zresztą o Polskę, Europę i kryzys! Faktem jest, że kiedy tradycyjnie budzę się parę minut po piątej, aby ruszyć na kolejny czwarty etap mojej pielgrzymki do Santiago bolą mnie stopy, pięty, ścięgna, kostki i wszystko co tam się znajduje w tych okolicach. Zanim więc założę skarpetki, trzeba coś z tymi obolałymi stopami zrobić. Najpierw błogosławię Pana za Piotrusia o Niezwykle Rzadkim Nazwisku (żeby przeciąć spekulacje powiem od razu, że chodzi o Kowalskiego), który poradził mi przed wyjazdem zakup maści pod tytułem „Saldiam“ działającej przeciwbólowo i przeciw stanom zapalnym. W sumie to nawet trochę się cieszę, że coś się wreszcie przyda z tej ważącej chyba z kilogram kosmetyczko-apteczki. Jest jeszcze ciemno, więc po omacku (nam „skautom z PRL-u“ latarka przecież nie potrzebna) wyciągam tubkę i zaczynam smarować i masować najpierw bardziej bolącą lewą stopę. Pamiętam, że Piotruś polecając „Saldiam“ mówił mi, że jest bezzapachowy, więc nieco się dziwię czując lekko miętowy zapach… Nieee! To pasta do zębów! Gdybym przeklinał, to na bank bym zaklął, a tak to tylko pomstuję nad swoją głupotą (wybrać się na pielgrzymkę bez latarki!). W końcu znajduję właściwą tubkę, krótko masuję stopy i kończę ubieranie. Jeszcze tylko pochlapać twarz zimną wodą, szkło kontaktowe w lewe oko, kije w dłonie i wychodzimy na szlak jeszcze przed szóstą. Przed nami nieco ponad 22 km, jest trochę górek po drodze, ale chyba nie powinno być większych problemów. Zwłaszcza, że „Saldiam“ działa i dość szybko moje stopy dochodzą do wczorajszej, dobrej formy. Rozmawiamy z dziewczynami, że jeszcze kilka dni i z całą pewnością nasze organizmy, a zwłaszcza gnaty przyzwyczają się do wysiłku i będziemy maszerować jak świetnie naoliwione maszyny bez żadnych trudności. Trzeba tylko przetrwać ten pierwszy tydzień, no może dziesięć dni.
Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy dotarliśmy do Marquina-Xemein, naszej dzisiejszej mety. To znaczy, szczerze mówiąc spostrzegliśmy, bo choć cała droga była dość górzysta i właściwie w ogóle nie widzieliśmy morza (szkoda, bo to zawsze orzeźwiający widok), to jednak ostatnich kilkaset metrów, a może nawet więcej niż kilometr przed Marquiną to było jedno długachne i niesamowicie strome zejście, i to w dodatku w większości wybetonowane bądź wyasfaltowane. Nie wiem ile razy każdy z nas wyjęczał, że sto razy wolelibyśmy iść ostro pod górę, bo wydawało się, że za chwilę palce u stóp przebiją się przez buty i wyjadą na asfalt zostawiając podeszwy z tyłu.
Właściwie najlepszą formą na pokonanie takiego zejścia jest po prostu zbiegnięcie z góry. Pod warunkiem, że się zbytnio nie rozpędzisz, bo kto cię potem zatrzyma?
Kiedy wreszcie z tej „górki na pazurki“ docieramy do miasteczka, na samym jego początku czeka nas nagroda: prześliczna sześciokątna kaplica z XVIII w. poświęcona św. Miguelowi Arretxinaga, która niemal w całości jest wypełniona trzema naturalnymi skałami, pod którymi z kolei znajduje się mały kamienny ołtarz i figurka świętego. Ponoć Baskowie doszukują się w tej kaplicy jakichś szczególnych magicznych właściwości, ale nie mamy okazji tego sprawdzić również dlatego, że tuż obok kaplicy stoi Francuz Girard (Pamiętacie? Ten, który wie wszystko najlepiej na temat Camino i nie tylko) i tryumfalnie wskazuje nam budynek obok, w którego oknie na piętrze wdzięczy się para traperek.

- Albergue! – obwieszcza z dumą Girard z uśmiechem, który nie pozostawia wątpliwości, kto tu był pierwszy. Jednak według naszych informacji wynika, że albergue znajduje się w klasztorze kapucynów w centrum miasteczka, więc zostawiamy Francuza i idziemy dalej. OK, przyznaję się, czuję lekką satysfakcję, że utarliśmy mu trochę nosa ;-).
I tak oto o godzinie 13.00 jesteśmy na miejscu! Wow! Niestety braciszkowie otwierają podwoje dopiero o 16.00, więc po zrobieniu zakupów w supermarkecie i wypiciu kawy w barze, uwalamy się na trawniku na przeciw wejścia do albergue i odpoczywamy. Nawet przez przedsionek mózgu mi nie przejdzie myśl, że może by tak pójść jeszcze kilka kilometrów dalej do następnej miejscowości, w której można przenocować. O nie! W pierwsze dni nie ma co szarżować, jeszcze będzie czas aby nadrobić te cztery dni, których brakuje w moim programie.
Kiedy już się „zameldowaliśmy“ w albergue, po otrzymaniu pieczątki, zajęciu swojego łóżka i prysznicu wyruszam na samotną przechadzkę po miasteczku. Kilkadziesiąt minut spędzam w XV-wiecznym, gotyckim kościele Santa Maria Xemein. Uczę się, że podczas Camino trzeba być bardzo elastycznym: nieraz droga pozwala na modlitwę brewiarzową, a nieraz nie. Czasami są ludzie, którzy chcą porozmawiać i zauważam, że jestem już na mecie, a ledwie pomodliłem się jutrznią. Na szczęście przychodząc wcześnie na miejsce noclegu czasu na modlitwę nie brakuje. Ta pielgrzymka jest jak życie: nikt tu niczego nie ustala, nie zabrania, nie nakazuje, sam musisz sobie „kraść“ czas na wszystko. Przez te cztery dni ciągle spotykam te same osoby, współpielgrzymów. Wydaje się, jakbym znał ich od dawna. Marta, Ola, Paula, Agata i Martyna nie są już dla mnie grupą studentek. Już widzę, jak bardzo się od siebie różnią. Już widzę, że ta pielgrzymka będzie dla nich ważną lekcją. Wiele się dowiedzą o sobie nawzajem. Z ciekawością obserwuję również Anglika Martina i Francuza Girarda. Są jak stare małżeństwo. Nie. Nie stare DOBRE małżeństwo. Już nie dobre. Wyglądają jak para, która się chyba już „wypaliła“, ale „on“ jeszcze chce być razem z nią, drepcze za nią, stara się, ale „ona“ już zdecydowała, że nic z tego nie będzie, „ona“ jest już otwarta na nowe rozwiązania. „Ona“ to Francuz, a „on“ to Anglik. Aż smutno się robi patrząc jak Martin chodzi krok w krok za Girardem, a ten ostatni wyraźnie go lekceważy… To ważna lekcja dla mnie: tu też są ludzie, którzy mnie potrzebują, obym nie był takim Girardem… Do Santiago 730 km.

Pielgrzym

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!